|
Najpierwsza wiara w Polszcze panująca była
za Augusta III i jest dotychczas, acz ozięblejsza, katolicka rzymska.
Druga, od niepamiętnych czasów zadawniona, pełno wszędzie swoich
wyznawców mająca, żydowska. Trzecia, później z tureckiego
państwa wprowadzona w małej liczbie, bo tylko w Lucku na Wołyniu
i w Haliczu na Podolu, Karaimów; jest to sekta Starego Testamentu;
trzymają się Karaimi samej Biblii, odrzucają Talmud i inne
ustawy rabinów żydowskich. Są to podobno potomkowie Samarytanów, w
Ewangelii często wspomnionych. Żyją przemysłem tak jak
Żydzi, chodzą po polsku, a raczej po tatarsku z brodami, krymki
noszą pod czapkami, z Żydami nie cierpią się wzajemnie. Nie
dostało mi się nigdzie więcej ich widzieć, tylko w jednym
Łucku, gdzie może ich być na 80 gospodarza.
Czwarta wiara - luterska, piąta - kalwińska.
Tych dwóch wiar jest dosyć znaczna liczba po miastach i miasteczkach
wielkopolskich, mianowicie nad granicą szląską, bradeburską
i w Prusach. Jest dosyć familij szlacheckich lutrów i kalwinów, osobliwie
w Wielkiej Polszcze i w Litwie, a oprócz tego znajdują się w
Krakowskiem, Sendomirskiem i Lubelskiem. Po niektórych miastach mieli pod
panowaniem Augusta III swoje kościoły i oratoria, jako też
szkoły dla swojej młodzieży. Nie mieli jednak liberum exercitium
obrządków swoich, prócz w jednym Lesznie w Wielkiej Polszcze i w drugiej
Wschowie, w których dwóch miastach większa połowa mieszczan
składa się r dysydentów. W Lesznie lutrzy i kalwini mają swoje
kościoły. Miasto Wschowa z dawnych praw swoich nie przyjmuje
dotąd żadnego kalwina. Sami tylko są lutrzy i katolicy. Mieli
także lutrzy i kalwini po wielu wsiach i miastach kościoły, tak
z dawna prawami polskimi pozwolone, jako też podczas rewolucji szwedzkich
przy protekcji tych monarchów jako dysydentów powystawiane, które niektórzy
panowie polscy katolickiego wyznania odbierali im za dekretami trybunalskimi
albo też gwałtowną mocą wywracali.
Tak robił niejaki Bońkowski, miecznik
poznański. Ten jeździł z dragonią nadworną Krzysztofa
Szembeka, prymasa, od przysłowia, które miał w mowie, nazwanego Bale
bale. Gdzie tylko dysydenci nie mogli pokazać na swój kościół,
czyli jak przedtem zwano - krypci, prawa od Rzeczypospolitej albo choć
mieli prawo, ale od biskupa do reparacji jego, gdy się podstarzał,
nie mieli pozwolenia, a reparowali, wszędzie takowe krypie burzył lub
podcinał. Jeżeli zaś gdzie dysydenci oparli mu się
mocą i nie dozwolili burzenia krypta swego, porywał takowych do
trybunału, albo też dysydenci o gwałtowność poniesioną
na kryplu lub osobach swoich jego pozywali, tak że Regestr arianismi,
który wtenczas był w trybunale i do którego sprawy religii
należały, pełen był zawsze spraw Bońkowskiego przeciw
rozmaitym dysydentom. Dla czego pospolicie nazywano go plenipotentem Pana
Jezusa, na której plenipotencji, całe życie pilnowanej, stracił
dziedziczną fortunę ziemską w nadzieję otrzymania za to
niebieskiej.
Prymas Szembek wyżej wzmiankowany,
będąc wielce świątobliwym i pragnącym wytępienia
heretyków, dodawał mu znacznie pieniędzy na ten interes, który jednak
żadnego skutku nie miał, bo panowie inni, chcąc mieć miasta
i wsie jak najludniejsze, zewsząd dysydentów do swoich dóbr przyjmowali. W
miastach także królewskich i ekonomiach pod panowaniem saskim za
protekcją ministra dysydenta wielu Sasów lutrów osiadało, którzy
smakując sobie w polskim chlebie i mając się z niego dobrze,
niewiele o to dbali, że im kryplów stawiać nie pozwalano,
obywając się dawnymi, które utrzymanymi być mogły; a tak
żarliwość kilku nie przemogła protekcji większej
liczby. Po śmierci Bońkowskiego i Szembeka nicht już więcej
nie kłócił się z dysydentami, tylko jeden Kręski, szlachcic
z ziemi wieluńskiej, który na proces z kalwinami o krypel w Kręsku,
wsi jego dziedzicznej, całe życie toczony, strącił także
substancją, jak i Bońkowski, dzieci swoje w ubóstwie zostawiwszy.
Coraz bardziej pod panowaniem Augusta III
wzmagała się w Polszcze luteria i kalwinizm. Przy dworze królewskim
najwięcej było lutrów, jako Sasów u króla Sasa. Panowie wielcy
najwięcej podobali sobie w służących dysydentach, iż
ci ludzie, chcąc się utrzymać i dorobić chleba w obcym
kraju, sprawowali się skromniej, trzeźwiej i z większą
aplikacją niż Polacy. Biskupi nawet i prałaci, porzuciwszy
dawniejsze szkrupuły, mieścili w usługach swoich dysydentów. A
tak te wiarki nie mając z niskąd wstrętu, owszem miłe u
pierwszych osób przytulenie, cisnęli się, jak mogli, do Polski i
rozmnażali.
Szósta wiara mahometańska, ta zaś
gniazdo swoje ma w Litwie, wprowadzone od Witolda, książęcia
litewskiego, który kilkadziesiąt familij tatarskich sprowadził z
Półwyspu Krymskiego i tam ich osadził, nadawszy niektóre grunta
dziedzicznym prawem, które do dziś dnia posiadają.
Siódma - schizmatycka grecka; ta się
znajdowała pod panowaniem Augusta III na Podlasiu w Drohiczynie, w dobrach
słuckich książąt Radziwiłłów, w Litwie i na Rusi
po wielu miejscach. Ósma - filipowców; ta się znajduje na Rusi
tylko i w małej liczbie; ma to być jeden gatunek z kwakrami, o
których zaraz. Dziewiąta - manistów albo kwakrów, którzy
się lokowali około Gdańska i w samy m Gdańsku.
Dziesiąta - farmasonów, czyli freymasonów,
jeżeli się ta kompania wiarą nazwać może, bo
pospolicie ci, co są farmazonami, powiadają, że ta ich kompania
nic do wiary nie należy, tylko jest jak konfraternia; przyjmują do
niej wszelkiej wiary ludzi, rozmaitych stanów, nawet i duchownych, którzy
mają przymioty od tej wiary, czyli konfraterni, przepisane; ale tak
przymioty osób, jako też powinności konfraterni chowają pod
wielkim sekretem, którego dotychczas nie docieczono, choć na to w
różnych państwach surowe urzędowe bywały inkwizycje.
Fraumasonowie mają między sobą jakieś niedościgłe
znaki, po których jeden drugiego pozna, choć do siebie słowa o tym,
że są farmazonami, nie przemówią, i kto trzeci niefarmazon będzie
między nimi, tego znaku wcale nie postrzeże. Do Polski tę
sektę, czyli konfraternią, przywiózł z Paryża Andrzej
Mokronowski, który umarł wojewodą mazowieckim.
Gdy się ta sekta rozeszła między pany
po Warszawie, a żaden z tych sektarzów nie chciał się do niej
zrazu przyznać, konsystorz warszawski nie mając, komu by mógł
proces formować, i nie wiedząc o co, wydał tylko rozkaz do
duchowieństwa, ażeby prawowiernych przestrzegało z ambon o
pojawiającej się nowej sekcie, aby się jej strzegli; która musi
być zła, gdy się na jaw nie chce wydać, bo co dobrego,
światła nie unika. To wołanie po ambonach uczyniwszy
zwierszchność duchowna, podług swojej troskliwości
pasterskiej o owieczki prawowierne, nareszcie umilkła, nie wiedząc
dalej, przeciw komu wołać i o co. Farmazonowie zaś swoje
zgromadzenie w sekrecie powiększali, raz rosnąc, drugi raz
malejąc, według liczby przybywających do nich albo
odstępujących. Rzecz podziwienia godna, że między tylu
osobami rozmaitego stanu, w różnych państwach, przy rozmaitych
usiłowaniach zwierszchności krajowych, nie znalazł się ani
jeden taki farmazon, który by wydał ustawy tego bractwa. Nawet ci, którzy
odstąpili od niego, z ściśle zachowanym sekretem poumierali.
Nawet ten sam Mokronowski, wódz polskich farmazonów, umierając w Warszawie
z katolicką wyprawą duszy w drogę wieczności, po uczynionej
spowiedzi, po przyjęciu wiatyku i ostatniego pomazania, gdy do przytomnych
wyrzekł te słowa: "Teraz będę spokojnie umierał,
kiedym się z Bogiem moim pojednał", po staremu o fraumasonach
nic a nic nie doniósł, choć w młodszym wieku, że jest
farmazonem, z tym się nie taił.
Ku końcu panowania Augusta III przybyła do
Polski sekta jedenasta - ciapciuchów. Początek jej takowy: Żyd
bogaty w tureckim państwie, imieniem Frenek, będąc wielkim
czytelnikiem Biblii, stosując wszystkie proroctwa z tymi skutkami, które
zaszły w religii i narodzie żydowskim, został przekonanym,
że Mesjasz przepowiedziany przez proroków już przyszedł, że
zatem Stary Zakon ustał, a nowe prawo koniecznie do zbawienia potrzebne
zajaśniało, którego światłem (jak on powiadał) tak
był na rozumie i woli przeniknionym, że żadną miarą
nie mógł się dłużej pozostać w dawnych
błędach żydowskich. Tego oświecenia boskiego zwierzył
się kilkom przyjaciołom swoim, a ci znowu pociągnęli do
niego więcej innych Żydów, tak iż w kilkanaście familij
wyszedł z Tureczczyzny do Polski, ponieważ tam czynić
odmianę w religii niebezpieczno mu zdawało się. Ukazał
się najprzód w diecezji kijowskiej, potem w łuckiej, coraz
większą liczbę Żydów do siebie pociągając,
ponieważ będąc wielce bogatym, wszystkich prozelitów swoich
żywił i potrzeby ich opatrywał. Przez dwa roki ci nowowiercy nie
przyjmowali chrztu ani też Starego Testamentu nie zachowywali, w którego
przestępstwie wielokrotnie poszlakowani od Żydów, byli zapozwani do
konsystorzów, najprzód do kijowskiego, a potem do łuckiego.
Sami biskupi zasiadali na tej sprawie, po
wielekroć roztrząsanej. Acz Frenek z swoimi naśladowcami na tych
sądach, a raczej na tych dysputach, nic na stronę
chrześcijańskiej wiary nie konkludował, tylko że Mesjasz
już przyszedł, dowodził, a najgruntowniej fałsze Talmudów
zbijał, dla czego z początku nazywano partią frenkowską
kontratalmudystami. Gdy zaś ani wiary żydowskiej nie zachowywali, ani
się do chrześcijańskiej nie mieli, ale coś trzeciego
między tym dwojgiem wznawiali, taki troisty wyrok dano im do obrania: albo
chrzest przyjąć, albo się do żydostwa powrócić, albo z
kraju ustąpić.
Frenek, któremu kraj polski do zamysłów jego
skrytych najzdatniejszym się być zdawał, obrał sobie
chrzest, który z całą partią swoją, kilkaset dusz
wynoszącą, przyjął. Wielu panów na Rusi, w Krakowskiem i
Sendomirskiem z przywiązania do wiary św. katolickiej tych
nowochrzczeńców do miast swoich przyjęli, nadawszy im darmo domostwa
i grunta, od katolików lub Żydów odkupione. Żydzi zaś za
wzgardę Starego Testamentu, chrztem przyjętym wyrządzoną,
nazwali ich ciapciuchami, co podobno jedno znaczy, co łajdakami. Frenek z
innymi, którzy nie mieli żon ani gospodarstwa, którzy się przy nim
wieszali i jakby straż jego formowali, udał się do króla, jako
większej szczodrobliwości nad innych i opatrzenia wygodniejszej ostoi
potrzebujący. Wjechał do Warszawy karetą sześciokonną,
otoczony asystencją swoją, dzidami i szablami uzbrojoną, której
zawsze używał, gdy się publicznie pokazywał. Król
mając go za człowieka, który znaczne pomnożenie wierze
świętej katolickiej w krótkim czasie uczynił i który w
przyszłym czasie większe uczynić może, dał mu
audiencją (co u Augusta III dla Frenka było honorem niemałym),
upewnił go o dalszej swojej protekcji i opatrzeniu siedliska wygodnego,
naprędce zaś kazał tak dla niego, jako też jego asystencji
dać stancje i żywność z kasy swojej królewskiej.
Lokowali się ci ciapciuchowie (tak ich
będę dalej nazywał) w parochii misjonarskiej, w tyle ogroda
misjonarskiego, kilka niedziel bawiąc nieczynni i jakoby oczekujący
na dalsze względem siebie Jego Królewskiej Mości rozporządzenie
i ucząc się guidem doskonalej nowo przyjętej nauki Chrystusowej.
Gospodarz, u którego stal Frenek, uważając
często schodzących się do niego w pewne godziny ciapciuchów, bawiących
długo i zamykających się z nim, a potem razem po odbytej
schadzce wychodzących - wzięła go ciekawość
dowiedzenia się, co oni z swoim Frenkiem robią; więc przez
szpary w izbie, do której się schodzili, porobione dojrzał, że
Frenek na krześle wysoko postawionym zasiadał, że im coś
przepowiedał, że ciapciuchowie, otoczywszy go w koło, na kolana
padali i czołem w ziemię przed nim bili.
Wypatrzywszy ich tak gospodarz po kilka razy i kilkom
innym katolikom dla świadectwa lepszego pokazawszy, dat znać misjonarzom
o tym, co widział. Śliwicki, wizytator misjonarski, natychmiast
uwiadomił króla. Król kazał Frenka wziąć w areszt i
przeprowadzić do misjonarzów z kilką przedniejszymi ciapciuchami dla
wyegzaminowania ich, jak wierzyli i jakie zamysły mieli, nie czyniąc
im ani innym ciapciuchom po kwaterach zostawionym żadnej przykrości.
Bawili u misjonarzów na tych egzaminach ze dwie niedzieli. Nie mogli misjonarze
z Frenka nic więcej wyciągnąć, tylko tyle, że oprócz
Chrystusa, którego wiarę przyjął i ze wszystkim trzyma,
według nauki powziętej z Biblii Starego Testamentu jeszcze ma
być drugi Mesjasz, który nawróci do siebie wszystkich Żydów, a tego
mniemania swego dowodził słowy, wziętymi z Psalmu 86: "Homo
et homo natus est in ea", w czym nie dał się przeprzeć. O sobie
jednak, że się miał za tego drugiego Mesjasza, żadnym
sposobem się nie wymówił. Drudzy zaś ciapciuchowie na egzamen
wzięci, osobno porozsadzani, wyznając także wiarę
katolicką za prawdziwą jako i Frenek, z tym się tylko wygadali,
iż dlatego Frenkowi oddawali przyklękania i czołobitne
ukłony, że nad jego głową kilka razy widzieli
jasność na kształt płomienia, a przeto mają go za
proroka, który ich z wiary błędnej nawrócił do prawdziwej.
Dwór z tych badaniów poznawszy, że Frenek ma
sposobność do mamienia ludzi, ażeby mu umknąć okazji
do tego głupstwa, odesłał go do Częstochowy, osadziwszy tam
z żoną i córką o jego własnym koszcie, na który
wystarczały mu pieniądze z Tureczczyzny z jego handlu, który tam ma
znaczny, corocznie dosyłane. Jego żona tak była delikatna, czyli
tak wykwintna, iż pokarmu do gęby ani napoju swymi rękami sobie
nie podawała, ale ją inna kobieta, służąca, jak
małe dziecko karmiła. Lecz w Częstochowie odpadły ją
te grymasy, jadła potem sama i inne drobne potrzeby sama sobie rękami
własnymi ułatwiała. Ciapciuchowie pozbywszy głowy, od króla
do tego opuszczeni, rozeszli się w różne strony.
Gdy potem pod panowaniem Stanisława Augusta
powstała zawierucha w kraju, wielu z nich przeniosło się do
Warszawy. Opiszę ich religią pod panowaniem tego króla, gdy
będę pisał o wiarach i obyczajach polskich pod jego panowaniem.
Tu zaś kończę portret ciapciuchów tak ich wystawując,
jakimi byli za czasów Augusta III. Żyjąc oni w małych
gromadkach, po różnych miastach osiadłych, okazywali chrześcijan
bez wszelkiej przysady Starego Zakonu wiarę przyjętą
Chrystusową wyznających, a przynajmniej nie byli poszlakowani w
żadnym mięszaniu Starego Zakonu z Nowym. Frenek, ich pryncypał,
siedział w Częstochowie z żoną i córką (jako się
wyżej rzekło) aż do roku 1772, którego, po ustąpieniu
dobrowolnym konfederatów z tej fortecy, weszli do niej Moskale.
Książę Galliczyn, generał moskiewski, czyli z
dołożeniem się króla, czyli z domysłu swego,
wypuścił Frenka, a ten nie śmiejąc więcej
dosiadywać w Polszcze, gdzie jego mesjaszowską godność tak
upodlono, wyniósł się do Szląska, a stamtąd do Frankfortu
nad Odrą.
Dwunastą wiarą albo raczej powszechną
niewiarą możno nazwać deistów. Ci odrzucają
naukę objawienia, przeto wszystkimi religiami za równo pogardzają
mniemając, że światło rozumu dosyć jest zdolne do
objaśniania człowieka między wyborem złego i dobrego. A
że tylo jest rozumów, ile głów ludzkich, zdaniem i
skłonnościami od siebie różnych, przeto każdy deista tak
się sprawuje, jak mu dyktuje jego rozum pasją lub interesem omamiony,
nie uważając na żadne postrachy przyszłego życia,
które religia jakakolwiek swoim wyznawcom za największy bodziec do
szanowania jej i stosowania obyczajów do przepisów onej wystawuje. Same tylko
kary cywilne są u nich hamulcem od złego. I ten to jest ich rozum:
nie czynić tego złego, za które może być kara, a co
się może wypełnić bez kary, to wszystko dobre.
Deistowie byli w Polszcze jako i wszędzie
dawniejszych wieków; lecz że w Polszcze były prawa ostre dawnymi
czasy na ludzi przewrotnych, mianowicie na bluźnierców religii katolickiej
albo jej jawnie nie zachowujących, a do niej urodzeniem lub
przyjęciem należących, dlatego nicht, choć był w sercu
deistą, to jest bez wiary człowiekiem, nie śmiał się z
tym wydać, owszem zachowywaniem powierszchownym obrządków religii
starał się uchodzić za człowieka mającego
religią, bo Regestr arianismi, który znajdował się w
trybunałach, szczególnie do spraw przeciw Bogu i wierze świętej
katolickiej wyznaczony, był każdemu bluźniercy lub gardzicielowi
nauk wiary straszny, karząc garłem pospolicie tych, którzy do niego
byli zapozwani i przekonani.
Na końcu panowania Augusta III, którego dwór
był złożony z samych dysydentów, a na czele miał ministra
lutra, Regestr arianismi przestal być strasznym, bo protekcja tego ministra
wszystkich wyśmiewaczów religii katolickiej zasłaniała.
Młódź polska, pospolicie dla przepolerowania obyczajów i rozumu za
granicę wysyłana, powracała do kraju zarażona deizmem i
libertynizmem. Metrowie, używani do paniąt edukowanych w kraju, pospolicie
bywali cudzoziemcy, w kraju swoim dla małych talentów i złych
obyczajów pożywienia lub miru nie mający, najczęściej
Francuzi, którzy z przyrodzenia są lekkomyślni w zdaniach religii
(jako dawno napisał o nich Barklajusz: "Credunt quod volunt, rident
quod colunt.") Tacy nauczyciele, mało mający bogobojności,
napawali uczniów swoich rozwiozłymi zdaniami, punkt honoru
przekładali im za cel podczciwego człowieka, a zaś
bojaźń sądu i piekła po śmierci tylko mieć kazali
za postrachy wymyślone dla podłego gminu, aby go utrzymać w
posłuszeństwie, który inaczej nie umie szacować cnoty, tylko
przez obawę kary za zbrodnie jej przeciwne. Być podczciwym
(według nich) człowiekiem jest uznawać Boga za Stwórcę i
najwyższego pana wszech rzeczy, królowi swemu być wiernym,
ojczyznę swoją kochać, nikomu nie czynić krzywdy, ile
możności bez swojej szkody, i we wszystkich sprawach swoich
oglądać się na przystojność stanu swego, przynajmniej
powierszchownie, jeżeli natura nie może zachować jej
wewnętrznie.
To cały sumariusz, czyli zbiór nauki i
przykazania deistów, które być powinny zachowane. Tajemnice zaś o
istocie bóstwa pod utratą zbawienia od wiary podane do wierzenia, sposób
czczenia Boga zewnętrzny i wewnętrzny, sakramenta, posty i inne umartwienia
ciała, bractwa i różne nabożeństwa, zgoła
wszystkę naukę kościelną o Bogu i obyczajach udawali albo
za wcale niepotrzebną, albo przynajmniej tak obojętną, o której
potrzebie rozum czysty i wysoki doskonale przekonanym być nie może.
Takimi zdaniami, często od metrów swoich słyszanymi, zarażeni
uczniowie po skończonej edukacji, gdy się chwycili czytania
ksiąg Woltera, Russa, Spinozy i innych bezbożników, wdawszy się
do tego w kompanie rozwiozłych ludzi, formowali się w deistów doskonałych.
Lecz ta zaraza pod panowaniem Augusta III,
świątobliwego pana, jeszcze nie była tak śmiała,
jaką się wkrótce potem uczyniła; okrywała się
płaszczykiem prawowierności i nie śmiała przedrwiewać
z tego, cokolwiek należało do religii. Nie znajdowała się
też tylko między panami, po trosze między szlachtą
majętniejszą i kupcami bogatszymi, którzy przez dostatek fortuny
lubią się sadzić na edukacją dzieci, pańskiej
wyrównywającą. Deizm tedy rozszerzył się w Polszcze przez
metrów, przez paniczów za granicę wysyłanych, przez
książki.
Możno przydać do tych źródeł
jeszcze jedno:
Księża pijarowie Konarscy, dwaj bracia
wodzący rej w tym zakonie, dla pożytku zakonu i nabycia dla siebie
reputacji u pierwszych panów, blisko swego klasztoru, czyli (jak go nazywali
emulując z jezuitami) kolegium, wystawili w Warszawie wspaniały
konwikt, do którego nazgromadzali paniąt z całego kraju. Prawda,
że przed nimi dawniej księża teatyni zatrudniali się
edukacją paniąt, ale ich konwikt nie mieścił więcej
jak 20 i nie uczyli więcej jak łaciny i języka francuskiego.
Księża zaś pijarowie miewali w swoim konwikcie po
kilkadziesiąt konwiktorów i uczyli nie tylko łaciny, ale też
różnych języków i sztuk kawalerskich, jako to fechtowania,
tańcowania i na koniu jeżdżenia. Łaciny uczyli sami, do
języków zaś i sztuk kawalerskich przyjęli metrów cudzoziemców,
nie czyniąc żadnego wyboru między nimi względem wiary, ile
że ci metrowie, w mieście mieszkający, tylko do konwiktu na
swoje godziny przychodzili, ale mieli sposobność w tej godzinie, kiedy
paniętom dawali lekcje, podszeptywać im przez konwersacją
rozmaite szkodliwe zdania.
Księża pijarowie prawda - konwiktorom
swoim dawali tak jak i w publicznych szkołach nauki duchowne, inspirowali
im pobożność przez zwyczajne dla młodzieży exercitia,
spowiedzi miesięczne, egzorty w oratoriach, ale w pewnych czasach
wyprawiali komedie, do udawania których chłopców piękniejszych za
panny, mniej gładszych zaś albo żwawszych za kawalerów
przebierali, potem w każde ostatki zapustne prowadzali swoich konwiktorów
do jakiej kompanii panien z umysłu na to zebranych, z którymi owiż
konwiktorowie rozmaite tańce na kształt popisu z nauki odprawowali. A
tak jeżeli im cokolwiek nabili głowy pobożnością przez
nauki duchowne w oratoriach, to wybili w cale na komediach przez
naśladowane umizgi do kobiet i przez prawdziwe zaloty zapustne i
tańce z kobietami. Co wszystko po trosze skłaniało do
rozwiozłości obyczajów, a rozwiozłość do pogardy
wiary, pogarda zaś do deizmu.
|