|
Marszałkowie, koniuszowie i inni oficjalistowie
dworscy rozmaicie u różnych dworów byli płatni, nigdzie jednak więcej
nad cztery tysiące ani mniej nad jeden tysiąc złotych, oprócz
furażu na konie, barwy i strawnego dla służalców, a to tylko u
wielkich panów. U pomniejszych zaś dla takich oficjalistów największa
była płaca tysiąc jeden złotych.
Dworzanin respektowy nie brat żadnych zasług
prócz furażu na konie i strawnego na jednego człowieka lub dwóch
ludzi. Pospolicie takowi dworzanie bywali synowie majętnych obywatelów,
oddani do dworu dla poloru i swego czasu dla promocji do urzędów
ziemiańskich tudzież funkcyj poselskich, deputackich i skarbowych,
jakimi są: superintendencje i pisarstwa celne bogatych komór; nareszcie
dla złapania jakiego starostwa od króla JMci za promocją pana.
Dworzanin, służący u pana wielkiego
[za] złotych na rok czterysta, musiał mieć: trzy konie i
rząd suty z kulbaką, kilka lub kilkanaście par sukien,
szablę oprawną, ładownicę blachmalową i zawsze
prezentować się strojno i modno, do tego na strawnym lub wichcie
skarbowym pacholika albo masztalerza, a czasem oprócz tego
służkę jakiego.
Dworzanin podwójny, to jest służący z
parą koni i człekiem, u pana miernego brał zasług na rok
dwieście złotych, był obowiązany mieć porządki
też same co pierwszy, choć nie tak sute.
Dworski, służący u szlachcica
urzędnika pojedynczo, to jest na jednym koniu, brał najwięcej
półtorasta, najmniej sto złotych, miał dobrego mierzyna,
kulbakę od rzemienia, na czas rządzik czerkieski, sukien parę
jednę i drugą i inne mniejsze porządeczki, szablę
czarną, to jest w żelaznej oprawie lub też ze srebrnym
kapturkiem.
Przyjmując do służby bądź
dworzanina, bądź dworskiego, każdy pan uważał najprzód
kształt osoby, potem porządki, z których sądzono o statku;
przymiotów doświadczano w czasie służby. Kogo natura
udarowała urodą, kształtem i miną dobrą, choć bez
talentów, które zwyczajnie na wierszchu nie siedzą, ten prędko
wszędzie, gdzie się udał, znajdował służbę.
Jeżeli zaś nie miał lepszej zalety, tylko urodę i
minę, niewiele estymowany, przesłużywszy rok, przenosił
się od dworu do dworu. Talenta dworzanina były:
roztropność, obyczajność co do przystojności,
zręczność w wykonywaniu rozkazów pańskich i
umiejętność robienia dobrze szablą, gdzie tej
bądź w interesie pańskim, bądź w swoim zażyć
potrzeba było.
Panowie przeto tak utalentowanym dworzanom nadgradzali
podarunkami małe zasługi wyżej wyrażone, dając w
rekompensę i w miarę przysługi konia gołego, konia z
rzędem i z siądzeniem, karabelę ze skarbcu oprawną w
srebro, pas, czapkę, parę sukien, parę pistoletów, fuzją
lub inny fant jaki.
Oprócz zaś takowych podarunków przypadkowych
były insze, pospolite dla wszystkich, w dzień imienin pańskich,
a te były czasem z skarbcu pańskiego, czasem z garderoby, czasem z
kieszeni i nie przenosiły dziesiątka czerwonych złotych, która
kwota była najwyższa i tylko u wielkich panów, mniejsi panowie
imieniny swoje wywięzywali mniejszą, na czas trunkiem obficiej nad
zwyczajną porcją dodanym, wieczerzą i tańcami, którymi
się i sami ucieszyli.
Pokojowi u niektórych panów znaczyli jedno co
chłopcy, chodzili w barwie; tę mieli dwoistą: od powszedniego dnia
i od święta. W kalwakacie przed karetą w publicznej paradzie nie
asystowali panu, tylko w drodze, i nie wszyscy, tylko naznaczeni, chyba że
pan ruszał się z całym dworem; służyli do stołu z
talerzem i do butelki z tacą, pospołu z lokajami i inną
liberią. Należeli do jurysdykcji marszałka, który miał moc
za każde przewinienie skarać ich plagami, położywszy na
kobiercu, dla różnicy od liberii prostej kondycji, która odbierała
takowąż karę rozciągnięta na gołej podłodze.
Młodych chłopców i pokojowców za najmniejszą rzecz karano
plagami: za słowo w dyskurs pański wmięszane, za odpowiedź
albo milczenie niewczesne, za nieochędóstwo około siebie, za
plamę na sukni, za niewyczesanie czupryny, za nieoberznięcie pazurów,
za nieranne wstanie, za drzymanie wieczorne, za złe opasanie się, za
grę w karty lub w kości, za skosztowanie trunku panu lub
gościowi podawanego, za kłamstwo w jakiej relacji lub
służbie popełnione, zgoła za najmniejszy defekt w
obyczajach i manierach, najbardziej zaś za komplementa i umizgi do fartuszka
ćwiczono w skórę panów młodych. Marszałek sam był
sędzią najwyższym takowych pacjentów i ministrem
sprawiedliwości. Czasem też pan, postrzegłszy jakowe
wykroczenie, napisał bilet pod pieczęcią do marszałka i
posłał go przez winowajcę, który natychmiast porwany na
kobierzec, bez wszelkiej justyfikacji nie pozwolonej ani nie słuchanej,
odbierał plagi, biletem naznaczone. Czasem mu i nie powiedziano, za co,
aby tym sposobem bardziej się strzegł wszystkiego, czego się
strzec był powinien, i żeby takowe utajenie przyczyny w większej
młodych ludzi utrzymywało karności.
Po wysłużeniu trzech lat, czyli wybyciu tego
twardego nowicjatu, pan podczas jakiej gali, publicznie, przy gościach,
wyzwoleńca, ubranego już w suknie paradne, niebarwiane, uderzył
w gębę, aby pamiętał laskę pańską,
przysłał mu potem szablę do boku, wypił do niego kielich
wina i ofiarował mu konia z siądzeniem i drugiego z masztalerzem,
który już w tę chwilę czekał na dziedzińcu na swego
nowego pana; to było całą zapłatą trzechletnią
pokojowego i chłopca.
Jeżeli pan chciał go konserwować u
siebie za dworzanina, naznaczał mu marszałek stancją
wygodniejszą, a pan zasługi innym dworzanom równe. Jeżeli nie
chciał go pan mieć w służbie swojej albo on sam nie
chciał dłużej służeć, opatrzył go na drogę
kilką lub kilkonastą czerwonych złotych i zarekomendował
tam, gdzie sobie życzył. Jeżeli zaś nie na pewne, ale na
przypadkowe wynosił się miejsce, nie dawano mu żadnej
rekomendacji, gdyż pod panowaniem Augusta III listy zaświadczalne,
czyli odprawne, dla osób stanu szlacheckiego nie były w zwyczaju, nawet i
pospolitej kondycji służącym nie dawano testimoniów, chyba
że odprawujący się wyraźnie o nie prosił, to te
dawał marszałek dworu.
Gdzie zaś pokojowi trzymali średni
stopień między chłopcami i dworzanami, tam ceremonia wyzwolin
odprawiała się przy postępowaniu z chłopca na pokojowego, z
tego zaś gradusu idąc na dworzanina nie było żadnej
ceremonii, miał tylko podwyższone zasługi i stół odmieniony.
Służba takich pokojowych była:
prezentować się na pokojach pańskich dobrze ubranym od rana do
wieczora, wyjąwszy obiad i wieczerzą, asystować przed
karetą na koniu lub pieszo panu jadącemu, w której kalwakacie
początek czynili pokojowi, dalszy szereg dworzanie, co też i w
pieszej asystencji obserwowano. Pokojowi byli używani do listów
wożenia, kiedy te nie miały iść na pocztę, ale przez
umyślnego, do spraszania gości do pana na jaki festyn lub obiady i
kolacje, do interesów mniejszej importancji, jako to: odwiezienia i
odprowadzenia podarunku, od pana drugiemu panu ofiarowanego, na przykład
klejnotu, fantu drogiego, konia, psa, karety i tym podobnych rzeczy; do takiej
usługi zażywali panowie pokojowców zasłużeńszych i
milszych, ponieważ przy takowej okazji oddawający prezent
zyskiwał podarunek od pana przyjmującego w fancie jakim lub w
pieniądzach. Nareszcie używano pokojowców, a tych śmielszych i
sprawniejszych, do wyzywania na pojedynki imieniem pańskim, gdy się
pan z panem skłócił i chciał orężem krzywdy
pretendowanej dochodzić.
Gdzie zaś nie było takich pokojowych,
dworzanie wypisane wyżej komisa wypełniali. Oprócz zaś tych
dworzanie sami należeli do asystowania pani, czyli powodowania ją za
rękę, do czego pospolicie bywał jeden wyznaczony i zwał
się rękodajny. Używani także bywali dworzanie za szyprów do
Gdańska ze zbożem i do Królewca, do wołów, koni, owiec, trzody
chlewnej i innych produktów, czyli towarów krajowych, które panowie z
majętności swoich na sprzedaż do różnych miast
wysyłali. I to była taska pańska oraz i sprawności próba.
Jeżeli się dobrze popisał, prócz obrywczej, jaką na
swoją stronę przedający dworzanin od kupca mógł
wytargować, potkała go druga od pana i nowy komis. Jeżeli
źle sprawił interes, poszedł w zaniedbanie albo i służbę
stracił.
Zasłużonych dworzan dobrze panowie
promowowali do fortuny, puszczając im wsie w dzierżawy niskim
kontraktem albo też bez kontraktu, do wiernych rąk, albo
dożywociem bez opłaty, albo dobrym ożenieniem. Choć tedy
dworzanie małą w samej rzeczy brali płacą, wspierani jednak
tymi sposobami od panów, którym służyli, przychodzili do znacznej
substancji i stawali się słusznymi obywatelami, ale za to na
sejmikach, na sejmach, na trybunałach musieli żarliwie stawać
przy interesach swoich pryncypałów, jakiekolwiek one były, bądź
słuszne, bądź niesłuszne.
Podczas wielkich kompanij dworzanie tak respektowi,
jako też płatni mieli ten honor, że mogli pójść do
tańca nawet i w pierwszą parę, i właśni ich panowie
nie mieli sobie za ujmę powagi iść za dworzaninem swoim w
drugą lub dalszą parę. Gdyby zaś pokojowy średni
między dworzaninem i chłopcem na pokojach swego pana lub w
gościnie wyrwał się do tańca, natychmiast byłby ze
służby odprawiony. Niższy zaś, w jednej z chłopcem
randze służący, gdyby się odważył
tańcować, choćby w ostatniej parze i tylko z jaką
panienką, wziąłby bez wszelkiego pardonu korbaczem na kobiercu.
Taka była karność dla młodych. Atoli gdy który umiał
gładko tańcować kozaka, mazura lub krakowiaka, rozkazywano
takowym popisować się z umiejętnością swoją dla
uciechy kompanii. Jakoż było się czemu przypatrzeć,
osobliwie gdy młodzian i panna dobrali się oboje, gładko takie
sztuki tańczący.
Oprócz zaś tych przypadkowych taneczników chowali
panowie, osobliwie z ruskich, niemal każdy Kozaka, który grając na
bandurze razem tańcował, dziwne skoki i miotania sobą czyniąc.
Nad pospolity zwyczaj, dopiero opisany, muszę zostawić w pamięci
dwóch panów, którzy osobliwym sposobem, różnym od wszystkich innych,
utrzymowali swoje dwory-dla pokazania różności w geniuszu narodu.
Pierwszym z tych był Teodor książę
Czartoryski, biskup poznański; chował on znaczny dwór i
żołnierza nadwornego, przy tym wyborną kapelę. Ci wszyscy
lokowani byli w wsi Ciążeniu, przy pałacu wspaniałym z
oficynami i ogrodem, rezydencji biskupów poznańskich. Marszałkowi
jego, Cedrowskiemu nazwiskiem, służył ten dwór cały,
kuchnia, piwnica i kapela obowiązana dwa razy w tydzień grać
koncerta do stołu dla egzercytacji i tańce zawsze, wiele razy
marszałek chciał bądź domowych, bądź gości
zabawić tańcem. Dworzanie tak respektowi, jako też
służący nie mieli żadnej powinności, jak tylko
usieść do stołu i najadłszy się bawić, czym
się któremu podobało. Zapłata, obroki, piwo, drwa, wszystko to
punktualnie każdego, od największego do najmniejszego, dochodziło;
miał w tym ten pan osobliwe jakieś upodobanie żywić ludzi,
nie patrząc na nich.
On zaś sam mięszkał w Dolsku,
miasteczku siedym mil odległym od Ciążenia, o jednym
dworzaninie, który zawiadował ludźmi i końmi, o dwóch lokajach,
o dwóch hajdukach, o jednym strzelcu, o jednym kucharzu z kuchtą, o jednym
cugu koni. Kiedy chciał dać jaką uroczystość
obywatelom przyjaciołom (co się bardzo rzadko trafiało),
pisał do marszałka, a ten z taką partią dworu, jaką
chciał mieć pan, przyciągnął do Dolska i po odbytej
gali powracał do Ciążenia, w którym wyśmienicie sam sobie
służył.
Gdy biskup miał być w Warszawie na sejm lub
na inną jaką publikę, przydłuższej rezydencji
potrzebującą, na trzy niedziele przed swoim wyjazdem kazał
ruszyć dworowi, który traktem prostym z Ciążenia, wygodnie w
karetach pańskich paradnych, wolnym krokiem ciągnął do
Warszawy, a pan innym traktem, swoim szczupłym ekwipażem, bo tylko
jedną karetą i jednym kuchennym wozem, pospieszał rączego
albo czasem pędził pocztą. Po wyjeździe pańskim z
Warszawy regularnie dwór jego nie ruszał się prędzej aż we
dwie niedzieli, biorąc sobie czas do ułożenia się i
przygotowania w podróż takim porządkiem, jakim przybył do
Warszawy, powracając do Ciążenia. Jeżeli zaś
wypadło biskupowi na krótki jaki czas dopaść do Warszawy,
obył się swoim lekkim pojazdem i usłużeniem, nie
fatygując wielkiego, ciężkiego i rozkosznego dworu.
Drugi był Jerzy Fleming, podskarbi wielki
litewski; ten cały dwór swój miał przy sobie i gdy z dóbr jechał
do Warszawy, ciągnął z całym dworem albo zsączonym,
albo też na partie, jedna po drugiej dzień za dniem
następujące, podzielonym. Ale że to był z urodzenia
Niemiec, indygena polski, nie lubił Polaków, tylko tyle, ile mu ich
lubić interesa kazały. Dla czego, iż mu należało
mieć przyjaciół między szlachtą, konserwował za
dworzan szlacheckich synów obywatelskich, ujmując sobie tym sposobem
szlachtę i czyniąc popularność. Regestr tych dworzan
był u niego wielki, ponieważ ich do stu i więcej liczono. Ale
żadnego nie trzymał przy boku swoim; dawszy któremu u siebie
służbę, zapisał w regestr dla pamięci, naznaczył
pensją, wicht i furaż dla koni i z takową asygnacją
odesłał do którego klucza dóbr swoich. Tam osadzony dworzanin nie
miał więcej do czynienia, tylko wypasać siebie i konie swoje
oraz handlować nimi. Czasem też używał ich do pomocy swoim
gubernatorom, ekonomom i innym oficjalistom w interesach granicznych i
jarmarkowych. Kiedy zaś miał jaki interes na sejmik albo na
trybunał, albo na sejm, potrzebujący forsy, wtenczas rozpisywał
listy do swoich dworzan, aby się do niego tam a tam zjeżdżali. Gdy
dworzanin stanął przed nim (ponieważ mało którego
znał), pytał się go, kto jest? a gdy mu dworzanin
opowiedział, że jest jego sługa z tej a tej
majętności, szedł do regestru, a tam znalazłszy
prawdę, odesłał go do marszałka, aby mu dał
kwaterę i wszelką wygodę; po skończonej potrzebie
każdy znowu dworzanin powracał do swego siedliska, z którego
przybył.
Przy boku swoim nie
miał, tylko dwóch Polaków: jednego marszałka, drugiego sekretarza;
reszta oficjalistów składała się z Niemców. Marszałka
miał Polaka, stosując się do zwyczaju krajowego, który jeszcze
dotąd na tym urzędzie poważnym - dla uniknienia nienawiści
u szlachty i utajenia ducha, wzmagającego się w Polakach,
cudzoziemskiego nie cierpiał Niemców; sekretarza Polaka dla języka
polskiego w pisaniu listów. Z marszałkiem swoim miał kontrakt
stołowy, któremu płacił co miesiąc tysiąc czerwonych
złotych na wszelką ekspensę kuchenną bądź w domu,
bądź na publice. Takim sposobem miał urządzoną i
obrachowaną ekspensę stołową i inne wszystkie ordynaryjne
wydatki, z których lubo się mogło co okrawać zawiadowcom, ale
już nic więcej szarpać szkatuły pańskiej nie mogli, i
żeby sami nie szkodowali, pilnie doglądać musieli, aby nic na
stronę nie szło ani się nie marnowało, jak bywało po
innych dworach, gdzie takowej ustawy nie znano. Gdyby zaś który
oficjalista dla zysku swego nadrabiał skępstwem, ujmującym tego,
co gdzie należało, straciłby służbę. Ale się
taki przykład u Fleminga nie trafiał, bo i w osobach na funkcje
wybieranych wielką miał Fleming przezorność.
|