|
W pierwszym zwyczaju staroświeckim, na
początku panowania Augusta III jeszcze trwającym, nie było zbyt
wykwintnych potraw. Rosół, barszcz, sztuka mięsa, bigos z
kapustą, z różnego mięsiwa kawalcami, kiełbasą i słoniną,
drobno pokrajanymi i z kapustą kwaśną pomięszanymi, i
nazywano to bigosem hultajskim; dalej gęś gotowana z
śmietaną i z grzybkami suszonymi, w kostkę drobną
pokrajanymi, kaszą perłową zasypana; gęś czarna,
którą u pomniejszych panów zaprawiano tak: kucharz upalił
wiecheć domy na węgiel, w niedostatku czystej z bota czasem
naprędce wyjęty, przydał do tego łyżkę lub
więcej miodu praśnego, przylał podług potrzeby jakiego octu
mocnego, zmięszał z ową słomą spaloną,
zasypał pieprzem i imbierem, a zatem stała się gęś
czarna, potrawa dobrze wzięta owych czasów i podczas największych
bankietów używana. Nicht mi nie zada, iż taką przyprawę
słomianą zmyśliłem na wyszydzenie staroświecczyzny,
kiedy sobie wspomni na tarnosolis, płatki, których po dziś dzień
kucharze do farbowania galaret i cukiernicy do farbowania cukrów
używają; wszak te płatki są to zdziery starych koszul i
pluder, które gaciami zowią, płóciennych; jeżeli mi nie wierzy,
niech sobie ich każe dać funt w korzennym sklepie, znajdzie
między tymi płatkami kołnierze od koszul i paski od gaci.
Jeżeli powie, że te płatki, nim poszły do farby, wprzód
musiały być czysto wyprane, to też uważyć powinien,
że ogień, którym stoma do gęsi była palona, bardziej
wyczyszczał wszelkie brudy niż woda płatki.
Dalsze potrawy: flaki, czasem żółto
szafranem zaprawne, osobliwie w województwie sendomirskim, od których i od
cielęciny, tymże szafranem zaprawianej, nazywano ich
żółtobrzuchami, czasem bez szafranu, w białym sosie
mąką zaklepanym; cielęcina szaro, cielęcina biało ze śmietaną,
kury, kurczęta, gęsi rumiano, indyki, kapłony, bażanty,
baranina z czostkiem, prosięta, nogi wolowe na zimno z galaretą,
wędzonka wołowa, a w Wielkiej Polszcze barania i wieprzowa. Wszystko
to rozmaitymi smakami, do których zwyczajne zaprawy były: migdały,
rozenki, kwiat, goździk, gałka·, imbier, pieprz, szafran, pistacje,
pinele, tartofle, miód, cukier, ryż, cytryna, ale bardzo jeszcze natenczas
mało, jako droga, bo od tynfa jedna sztuka najtańsza; nadstawiano
kwasu potrzebę octami; dalej jeszcze: kiełbasy, kiszki z ryżem i
wątrobne; toż zwierzyna: zające, sarny, jelenie, daniele, dziki,
przepiórki, kuropatwy, kaczki dzikie, ciećwierze, ptaszki drobne,
pasztety, pardwy na Rusi; z tymi mięsiwami łączyli warzywa
ogrodowe, jako to: marchew, pasternak, rzepę, buraki i kapustę
słodką. Takowe potrawy dawano na pierwsze danie i było to
wszystko gotowane i przysmażane; gdy zaś takie było, zwab
się po francusku: rugu, frykasse. Na drugie danie stawiano na stół
takież mięsiwa i ptastwo pieczone, na sucho całkowicie albo
też jakim sosem podlane.
W tych zaś wszystkich potrawach najbardziej
przestrzegano wielkości, tak iż półmiski i misy musiały
być czubate. Między pomienione pieczyste z mięsa stawiano
także torty i ciasta francuskie, które jeszcze dotąd widujemy, ale te
ciasta owych czasów dla nie wydoskonalonej sztuki kucharstwa były bardzo
ciężkie i grube względem teraźniejszej delikatności
onych. Nie dobierano do nich masła młodego, ale owszem starego,
czasem aż zielonego, albowiem takie było sporsze, dając
więcej czucia swego, choć w mniejszej kwocie użyte niż
młode; do tego każdy zbytek w początkach swoich ogląda
się na dawniejszą oszczędność, z której
występuje. Język też inaczej nie poznaje delikatności
smaku, tylko przez używanie coraz łagodniejszych potraw; więc
kiedy nie kosztował tortów i ciast francuskich, z młodym masłem
pieczonych, przyjmował z gustem i pieczone z starym ciasta, jako nowe
specjały, lepsze od klusków i pierogów.
Między półmiski, rozmaitym ptastwem i
ciastem napełnione, podług wielkości stołu stawiano dwie
albo trzy misy ogromne, na kształt piramidów z rozmaitego pieczystego
złożonych, które hajducy we dwóch nosili, boby jeden nie uniósł.
Te piramidy na spodzie miały dwie pieczenie wielkie wołowe, na nich
położona była ćwiartka jedna i druga cielęciny, dalej
baranina, potem indyki, gęsi, kupiony, kurczęta, kuropatwy, bekasy;
im wyżej, tym coraz mniejsze ptastwo. Z tych piramid, jako też mis i
półmisków, goście sprawniejsi do krajania za prośbą
gospodarza brali przed siebie owe pieczyste, rozbierali, częstowali w
kolej siedzących u stołu i nie przepominając zostawić dla
siebie najlepszej sztuczki, po obczęstowaniu wszystkich sami jedli.
Tak w pierwszym, jak w drugim daniu wszystkie
mięsiwa i ptastwo szły do garka, rondla lub na rożen w
przyrodzonej istocie swojej albo całkowite, albo też na sztuki
rozebrane. Zobaczemy niżej, jak kucharska sztuka, wydoskonalona z czasem,
potrafiła robić z jednych ciał drugie, dając na
przykład pieczeni formę karpia albo szczupaka i tam dalej.
Trzecie danie
składało się z owoców ogrodowych i cukrów rozmaitych na
talerzach i półmiskach, między które stawiano z cukru lodowatego
misternie zrobione baszty, cyfry, herby, domy, dragantami zwane, które
biesiadujący łamiąc burzyli. Postne obiady tymże szły
porządkiem, co i mięśne; a że wtenczas Polacy
ściśle zachowywali posty, nie obaczył u żadnego pana na
stole maślanej potrawy, ale wszystkie z oliwą lub olejem, który
wybijano z siemienia lnianego, konopnego, z maku i migdałów.
|