|
Serwis była to machina srebrna, na łokieć
wysoka, na trzy ćwierci łokcia w dnie szeroka, u góry
węższa, z czterech balasów prostych albo wyginanych w esy
złożona, które wiązały się z sobą poprzecznimi
baleczkami lub esami. Na tych kolumnach osadzony był kosz srebrny
misterną robotą, w który kładziono cytryny, albo nawa do
tejże potrzeby służąca. Nad koszem lub nawą
unosiła się kopuła, orła z rozpiętymi skrzydłami
albo jakiego geniusza dźwigająca, czasem zaś sam kosz lub nawa z
cytrynami składały wierszch serwisu; niżej kosza między
kolumnami były cztery obrączki między sobą związane,
do baleczek poprzecznich przylutowane, w każdej z tych obrączek
stała wetchnięta bańka misterna z nakrywadłem, srebrna albo
też kryształowa, srebrem w kilkoro obwiedziona; te bańki,
nazywane karafinkami, dlatego osadzane były w cyrkuły, czyli
obrączki, ażeby nie podlegały nieostrożnemu wywróceniu.
Służyły zaś do octu, oliwy, cukru na mąkę
stłuczonego i musztardy, których ingrediencyj panowie zażywali, gdy
sami sobie na stole sałatę zaprawić lub jakiej potrawie smaku lepszego
podług dotchliwości języka swego° przydać chcieli,
musztardę zaś brali do sztuki mięsa i kiełbasy pieczonej, z
którą kiełbasę sądzili być zdrowszą i
smaczniejszą. To jedna sztuka serwisu. Druga była-spód: a tą
była tafla drewniana, srebrnym gzemsem oprawna, niskie nożki
sześć, cztery mająca lub też bez nożek, na której
tafli stawiano owę pierwszą sztukę.
U niektórych panów cała tafla była
blachą srebrną powleczona; na tej tafli po brzegach między
kolumnami stawiano cztery małe naczynia srebrne, solniczkami z polska,
salserkami z francuska zwane, dwie z solą, dwie z pieprzem, aby sobie
każdy doprawił potrawy do swego gustu, jeżeli się mu która
niedosyć słona lub nie dosyć pieprzna wydawała. W
bańce z musztardą była łyżeczka proporcjonalna do
bańki, z trzonkiem zakrzywionym, głęboka jak wiaderko, srebrna,
w środku wyzłacana; w każdej znowu salserce, czyli solniczce,
tkwiała maleńka szufelka srebrna, w swojej gębie wyzłacana,
do nabierania soli albo pieprzu. Bańka cukrowa miała
przykrywadło szparowate albo dziurkowate, którędy sypał się
cukier bez otwierania przykrywadła. Bańki z oliwą i octem kto
potrzebował, odkrył przykrywadło i nalał sobie likworu
łatwo ciekącego. Że zaś musztarda, jako
gęściejsza, nie tak łatwy ciek miała, dlatego do niej
przydawano łyżkę, bez której nalewający musztardy alboby za
zbytnim nachyleniem bańki razem wiele nalać, albo za małym
długo by ciągnącej się masy powoli czekał.
Takich serwisów na wielkie stoły stawiano po dwa
i po trzy; na małe po jednemu, do małych zaś w cale stołów
były serwisiki dużo od pierwszych mniejsze, zwały się
menazikami i nie miały więcej sztuk w sobie jak dwie albo cztery
bańki, srebrnymi obrączkami i cyframi połączone, z
koszykiem na dwie lub trzy cytryny, dla kształtu raczej niż dla
potrzeby, ponieważ gdy tych potrzebowali stołownicy, osobliwie przy
jedzeniu ostrzygów, dodawano ich z kredensu na talerzach, tak u wielkich, jak u
małych stołów. Salserki zaś rozstawiano tu i ówdzie po stole.
Cukier na talerzu, a musztardę, gdy była potrzebna, w flaszce szklannej
bez ceremonii przyniesiono, ponieważ w małej kompanii prędko
się mogła obejść kolej musztardy albo nie od każdego
potrzebowanej.
Prócz serwisu paradowały jeszcze na stołach
pańskich w gorące czasy kufle srebrne bez uchów, w które stawiano
butelki z winem i wodą, a potem obkładano lodem dla utrzymania zimna
w napoju. Takich kuflów liczbę miarkowano i stawiano na stoły
podług liczby służby stołowej, na wiele osób był
stół nakryty, miarkując jeden kufel na dwie osoby. Jednym słowem
stoły się uginały pod ciężarem srebra, gdy na jednym
stole w wazach, misach, półmiskach, talerzach, salaterkach, nożach,
widelcach, serwisach i kuflach można go było rachować na
pięćset i więcej grzywien. I że już ten przepych
opanował wszystkich, nie mający dostatkiem panowie sreber
pożyczali ich jedni od drugich, byleby tak jak inni swoje stoły
pokazali srebrem zastawione.
Przy wszelkich konceptach do wymyślności
smaku użytych długo Polacy nie mieli sposobu utrzymania potraw w
cieple. Nim się kuchmistrz wyguzdrał z swoją symetrią
potraw, które wprzódy na stole kuchennym niż na pańskim
ustawiał, przypatrując się jakby najgłówniejszy fizyk
koneksjom i powinowactwom potraw, tymczasem wszystko pokrzepło; a
jeżeli jeszcze cokolwiek ciepło na stół pański zaniesione
zostało, to do reszty wystygło, nim panowie zasiadający do
stołu proces, indukty, repliki, rerepliki i juramenta względem miejsc
pierwszeństwa skończyli. Więc zasiadłszy,
następowała remisa zimnych potraw do kuchni dla rozgrzania, a ta,
będąc przewlokła, psuta i przerywała apetyt. Trafiało
się i to, że potrawa odesłana do kuchni więcej nie
powróciła na stół i czasem w sprawnych rękach jakiego
służalca, na czas i domowego, ile w zamięszaniu, z
półmiskiem przepadła. Końcowi zaś stołownicy,
mając gorące żołądki, zmiatali, choć na zimno,
przed sobą potrawy postawione. A tak panowie, środek stołu
trzymający, albo też, choć na zimno, jeść musieli,
albo czekając za rozgrzaniem, widzieli koniec obiadu wtenczas, gdy go
zaczynali. Myśląc tedy długo nad taką
nieprzyzwoitością, nareszcie wymyślili fajerki srebrne; te
stawiano na stoły w zimne czasy, nalane spirytusem, który dodając
ognia, nie czynił dymu. Dopiero po takim wymyśle jadali ciepło,
postawiony albowiem półmisek na fajerce, w momencie się
rozgrzał, tak jak trzeba było.
Żeby też i od talerzy zimnych nie
krzepły potrawy i żeby farfurki zimne nalane ciepłą
potrawą nie pękały, co im było zwyczajno, rozparzano ich
wprzód w ciepłej wodzie i z tej na stół wyjmowano, lubo i to naczyniu
kruchemu niewiele pomagało; od jakiegokolwiek gradusu ciepła lub
zimna większego, niż miały w sobie, pękały talerze
farfurowe, ale że na nich czyściej było jeść niż
na srebrnych, przeto nie żałowano na nie kosztu i czym przedniejsze,
tym drożej płacono. Tuzin ordynaryjny farfurek płacił
się po złotych sześć, lepszy drożej, aż do
czerwonych złotych dwóch.
Do sreber stołowych, acz te nie stały na
stole, należały srebra kredensowe, te zaś były: wanny
srebrne do zmywania talerzy, konwie wielkie do piwa i puchary
staroświeckie, mało co już pod panowaniem Augusta III do napojów
używane, wyjąwszy limoniadę i kaliszan, które w nich robiono.
Limoniada znajoma jest po dziś dzień. Kaliszan zginął,
więc go opisać dla wiecznej rzeczy pamięci - ad perpetuam rei
memoriam. Była to mięszanina z piwa, z wina francuskiego, z soku
cytrynowego, cukrem osłodzona i chlebem utartym zakruszona. Tym się
chłodzili z rana po wczorajszym przepiciu albo raczej wzniecali
gorączkę do nowego pijaństwa. Takiego kaliszanu czasem i przy
konkluzji pijatyki zażywano, gdy już wino mierznąć pijącym
poczęło. Przytoczyłem trochę o pijaństwie z okazji
pucharów, doniosę więcej o nim w swoim miejscu, skończywszy o
stołach.
Nim cukry modne nastały, stoły wielkie
bywały wąskie, na półtora łokcia szerokie, na
dwanaście długie, na nogach warownych albo, jak zwano, ligarach
krzyżowych stawiane; kiedy potrzeba było dłuższego
stołu, składano takich dwa do kupy albo do jednego, tak lub mniej
długiego, przystawiano dwa krótsze po końcach.
Skoro zaś nastały cukry nowomodne, już
takie stoły wąskie nie służyły, albowiem te cukry
znaczną część stołu zastępowały. Więc
porobiono stoły szersze a krótsze, czyli raczej tafle na trzy łokcie
szerokie i na tyleż długie, na nogach prostych, lisztwami u góry i dołu
spajanych, osadzane. Takie tafle przystawiając jednę do drugiej,
robił się stół równy, tak długi, jak długiego
potrzebowano, i był sposobniejszy do uprzątnienia niż owe
długie, dwunastołokciowe.
Długo przed obiadem cukiernik zastawił
cukry, zajmując nimi sam środek stołu. Te cukry
składały się najprzód z faflów szklannych, lecz gdy te
często się tłukły, domyślili się cukiernicy
porobić drewniane, gdy jak szklannej, tak drewnianej tafli nicht nie
jadł, ale cukry. Te tafle, rzędem ustawione, czyniły jeden
skład cukrów reprezentujących jaką długą galerią
albo szpaler ogrodowy, albo ulicę miejską-podług imaginacji
cukiernika, wyjąwszy, iż na zbyt długim stole dzielił te
tafle serwis jeden środkowy, gdy drugie dwa zamykały końce
faflów, ale ten dział bynajmniej nie psował symetrii, ponieważ
tafle przy nim zamykały rzecz cukrami reprezentowaną. Plan, czyli
płaszczyzna faflów była wysypana piaskiem grubym, rozmaitymi kolorami
farbowanym, różne figury czyniącym albo też jednostajny kolor
całej dłużyźnie dającym, najczęściej zielony
jako najmilszy oku. Brzegi faflów poboczne oblepiano papierem białym,
wąskim, w koronkę wystrzyganym, kupowane go w korzennych sklepach na
funty, z cudzych krajów sprowadzany; płacono funt po kilkanaście
złotych, ponieważ do wybijania jego nie mieli jeszcze formów czyli
też cukiernicy tym wybijaniem zatrudniać się nie chcieli.
Na taflach tak przyozdobionych stawiali robione z
gipsu rozmaite figury ludzi, geniuszów, bohatyrów, żołnierzy,
laufrów, jezdców na koniach, karety sześciokonne, parokonne kariolki,
powozy, konchy bogów niebieskich, ziemskich, wodnych, piekielnych i
samychże bogów, nimfy, satyry, fauny, dalej konie, woły, osły,
lwy, smoki, wilki, barany-słowem różne a różne figury, jakie
cukiernikowi do symetrii struktury, jaką reprezentował, przypadały.
Sama struktura składała się z takich części, jaki
gmach reprezentowała: jeżeli ogród, to drzewa rozstawione
łączyły się zielonymi gierlandami, jeżeli ulice, to
widzieć było kamienice, pałace, zamki, bramy tryumfalne,
kolumny, mury ościenne albo sztakiety białe z zielonymi kapitelami i
tym podobne ozdoby. Zawsze zaś bądź w jakiejkolwiek strukturze
stawiano w samym pośrodku altanę wydatną, herbem gospodarza albo
gościa pierwszego, na którego honor dawany był obiad,
przyozdobioną. Jeżeli zaś serwis pośrodek faflów
trzymał, to herby dubeltowano i albo zaraz przy serwisie, albo też na
końcowych taflach stawiano. To wszystko żywymi kolorami ozdobione
dziwnie piękny i wesoły oku czyniło widok i wszystko to
było dla samego oka, gdyż nareszcie za postępującym
przepychem wszystkie te rzeczy były porcelanowe.
Do zjedzenia stawiano po brzegach faflów w małych
karafinkach rozmaite konfitury mokre: wiśnie, porzyczki, agrest,
śliwki czarne, śliwki zielone, orzechy włoskie, a przy taflach
na farfurkach stawiano konfitury suche, jako to: gruszki w cukrze smażone,
migdały cukrem białym oblewane i karulek takimże sposobem; lody
cukrowe, to jest masy cukrowe z śmietany, malmów albo innych soków zimnem
stężonych w figury rozmaite: melonów, harbuzów etc. kunsztem
cukiernickim utworzone, i galarety z rosołu mięsnego i cukru
składane, biszkokty, makaroniki, pierniczki i frukta świeże
ogrodowe. Takie tedy cukry z talerzami dopiero wymienionymi, czyli farfurkami,
zastępowały środek stołu na pięć ćwierci
łokcia; na reszcie pozostałego placu stawiano potrawy i talerze do
jedzenia. Takowych cukrów nie zażywali do każdych stołów,
chociaż wielkich, ale tylko w dni osobliwszej jakiej gali.
Przydawali także do
cukrów wiersze rozmaite w różnej imaginacji pisane, te - geniusze albo
kolumny, lub facjaty bram utrzymowały. Służyły ony najwięcej
do wypicia kielicha wina za zdrowie uroczystującej osoby lub aktu. Takich
wierszów rzadko używano w Warszawie, najwięcej po trybunałach i
domach wielkich panów, lubiących się popisować nie tylko z
dobrym winem, ale też i z rozumem, chociaż nie u jednego było
wino jego własne, lecz wiersze cudze, najczęściej jezuickie albo
pijarskie.
|