|
Najadłszy się smacznych potraw i
skosztowawszy cukierków, trzeba się napić; obaczmyż, jak starzy
Polacy tę potrzebę ułatwiali. Najprzód gospodarz po odbytej
sztuce mięsa nalał w mały kieliszek wina i pił nim zdrowie
wszystkich siedzących u stołu, począwszy od osoby najgodniejszej
do ostatniej, za wymienieniem każdej znacznej osoby przytykając do
ust i odejmując kieliszek; a skończywszy dystyngwowanych, resztę
stołowników wymieniał jednego po drugim własnym nazwiskiem lub
też powszechnym: "WPana zdrowie", gdy kogo nie znał,
kierując ku niemu oko, nie przytykając do ust kieliszka, tylko
trzymając go w ręku, a dopiero po wymienionym ostatnim
łyknął trochę lub do reszty wypił, jak mu się
podobało, i postawił kieliszek.
W ten sam moment, kiedy gospodarz wymienił
pierwsze zdrowie, jaki taki brał się do swego kieliszka i tymże
sposobem pił zdrowie wszystkich którym gospodarz. Więc gdy razem
wszyscy jedni drugich zdrowia pili, robił się hałas do
kościelnego podobny, kiedy lud za plebanem mówi powszechną
spowiedź, tak iż jeden drugiego nie słyszał i nie
rozumiał. Ani też dawał kto baczenia na to, czy był w tej
litanii wspomniony, czy nie był, chyba że kto z garła
całego wykrzyknął jego imię, to mu się
ukłonił. Gospodarz pierwszych osób zdrowie pił stojąc,
potem usiadł i kończył reszty, toż samo czynili inni dystyngwowani;
końcowa zaś drużyna piła stojąc wszystkie zdrowia, nie
czyniąc sobie większej nad drugich powagi. Po tej pierwszej ceremonii
była pauza jaką chwilę, jedli i popijali z małych
kieliszków aż do drugiego dania, lubo to nie wszędzie, bo wielcy
pijacy nie czekając na drugie danie kazali dawać wielkie kielichy
jeszcze przy pierwszym.
Lecz idźmy powszechniejszym zwyczajem,
abyśmy się lepiej każdemu przypatrzyli. Skoro sprobowano
drugiego dania, to jest pieczystego, natychmiast gospodarz zawołał
dużego kielicha, tym w strych nalanym pił do dystyngwowańszego,
ale zdrowie najdystyngwowańszego gościa, który się tam
znajdował, pił stojąc, a z nim razem wszyscy stali. Skoro
wypił albo jeżeli był nietęgiej głowy, po mocnym
przeproszeniu za niespełnienie odlał w inny kielich lub w
szklenicę, oddał kielich temu, do kogo był adresowany, i usiadł;
wszyscy zatem posiadali. Gdy drugi powstawszy zaczął pić
przedsięwzięte zdrowie, znowu się cały stół
podnosił, tak mężczyźni, jak damy, chyba iż kogo albo
znacznie wysoka godność, albo lata podeszłe od tej
grzeczności wymawiały, i cała kompania prośbą, aby nie
wstawał, uwalniała. Gospodarz promowował coraz inny kielich za
zdrowie dystyngwowańszych, po stopniach jednego za drugim, a ci znowu
każdy z osobna gospodarskie zdrowie nowymi kielichami w kolej podawanymi i
spełnianymi odwdzięczali, akompaniując wstawaniem każdego z
przedniejszych pijącego; i było w tym wstawaniu i siadaniu tyle
utrudzenia, że drugi osłabiał od niego wprzód jeszcze, nim
się upił; trudno zaś było siedzieć nieporuszenie, gdy
drudzy wstawali, bez noty grubianina albo admonicji od sąsiada.
Po odbytych zdrowiach pryncypalniejszych w
szczególności, szło zdrowie powszechniejsze osób mniejszych, na
różne klasy podzielonych; na przykład: gdy się znajdowały u
stołu jakie urzędniczki i proste szlachcianki z córkami,
księża świeccy i zakonni, oficjerowie i towarzystwo, palestra i
obywatele mali; że w tak dużej kompanii sam czas by nie
wystarczył na zdrowie każdej z takich/osób pojedyncze, pili więc
klasami: ichmościów dam, ichmość duchowieństwa, ichmć
wojskowych, prześwietnej palestry, ichmć obywatelów, a na ostatku,
żeby nikomu krzywdy nie było, całej kompanii zdrowie. Te zdrowia
spełniano kielichami, począwszy od kwaterkowego aż do
kwartowego. Kto się nie obronił, mógł się upić nie wstając
od stołu, nie potrzebując zwyczajnej dolewki po stole, na którą,
ponieważ kolej chodziła już tylko między przyjaciółmi,
dawano lepszego wina i zwano to "na stempel", jakoby przybijając
to, które pili u stołu.
Gdzie był gospodarz dyskretny, chociaż
wylany do uraczenia gości, tam się uchronić można było
od spełniania kielichów; ale kiedy sam lubił pić i drugich
poić, trudna rzecz była: wołano, krzyczano, doliwano i co tylko
było sposobów, wszystkimi przymuszano do spełniania-a jeszcze
duszkiem. U niektórych panów lokaje, hajducy, węgrzynkowie, chłopcy
mieli rozkaz raz na zawsze podczas uczty pilnować, kto nie wypił, aby
mu dolano; na ten koniec służebni domowi jedni się porozsadzali
z flaszami dokoła stołu, drudzy z tymiż pod stół
powłazili. Jeżeli nie wypijający kielicha swego, broniąc
się od dolewki sąsiada, wyniósł go w górę albo za siebie
uchylił, pachołek na to czatujący sprawnie mu go dolał;
jeżeli skrył go pod stół, toż samo zrobił mu
siedzący pod stołem służka. I tak ów niedołężny
pijak, który nie mógł duszkiem wygarnąć kielicha,
kręcił się jak wąż tam i sam, w górę i na
dół z kielichem, a wszędzie mu go dolewano, aż póki do dna
trunku przybywającego nie wymęczył albo póki nie
postrzeżono, że się ma do odwrotu tego, co wypił, albo póki
się ta komedia, najbardziej biesiadujących bawiąca, do innego
nie przeniosła, kiedy się kielichy dwa i trzy rączego za
sobą goniły.
Trafiało się i to, że komu trunku
aż po dziurki (jak mówią) pełnemu nagle gardło
puściło i postrzelił jak z sikawki naprzeciw siebie
znajdującą się osobę, czasem damę po twarzy i gorsie
oblał tym pachnącym spirytusem, co bynajmniej nie psuło dobrej
kompanii. Niezdrowy z resztką ekshalacji uciekł co prędzej za
drzwi albo gdzie w kąt, dama także, ustąpiwszy na bok, jako tako
się naprędce ochędożyła, a resztę w śmiech
obrócono i wszystko znowu do pierwszego ładu powróciło. Ten jednak,
któremu się taki przypadek zdarzył, już nie miał miru w
kompanii; za czym albo do niej nie powracał, albo jeżeli
powrócił, to się bawił z osobna, nie zasiadając miejsca
straconego. Lecz bywali tacy opoje, którzy czując w sobie zbytek trunku, a
nie chcąc go odstąpić, kiedy po skończonym stole
trwała jeszcze dobra ochota, wychodzili za dom i tam sprawiwszy sobie
dobrowolnie wymiot, powracali do kompanii i znowu na nowo pili.
Kiedy zdrowiów nie stało, a trwała ochota
picia, wymyślali rozmaite. Takimi zdrowiami bywały: prosperitas
publica, salus publica, dobra przyjaźń, dobra kompania i tym podobne.
Na czas brali swawolne zdrowia: dykterią jaką rozpustną albo
słowo śmieszne z prędkości lub z nieumiejętności
nie do rzeczy wymówione.
Wstawszy od stołu, jeżeli
nastąpiły tańce, to pijatyka zwolniała; jeżeli nie
było tańców, czymże się zabawić, jeżeli nie
dobrym jeden drugiemu życzeniem. "W ręce WMPana", "Mci
Panie Wojewodo" lub "Mci Panie Bracie!" -mówił gospodarz do
pryncypalnego gościa trzymając kielich lub puchar w ręku, i tak
znowu po gradusach godności pił jeden do drugiego. Wszakże gdy
wtenczas nie znajdowali się w porządnym posiedzeniu, ale
przechodząc się tu i ówdzie i mięszając między
sobą, możno się było uchronić od kolei, możno
było i oszukać roztargnionego gospodarza i zamroczoną winem
kompanią, dawszy nieznacznie wypić za siebie jakiemu
służalcowi albo ulawszy większą część w
jakiekolwiek naczynie. Gospodarze, którzy z obowiązku ludzkości
musieli dotrzymować kompanii od początku aż do końca, a nie
mieli głowy po temu, pili wodę farbowaną kolorem wina,
którą im sprawnie poddawali słudzy miasto wina prawdziwego. Kto
zaś z gości nie mógł się dłużej na nogach
trzymać albo też nie chciał być trunkiem zalanym,
wynosił się nieznacznie z kompanii.
Lecz jeżeli był celem owej ochoty i miany po
oku, goniono za nim, a dogonionego wracano do kompanii albo też przy
ostatnim progu, na schodach, na wsiadaniu do karety plac do pijatyki
determinowano, tam musiał rad nierad wypić zdrowie ochoczego
gospodarza, gospodyni, konsolacji, całej kompanii, i jeżeli przez
czas uczty nie zwalił się z nóg, to na pożegnaniu został
bez zmysłów. To było największym zamiarem owego traktamentu i
ukontentowaniem gospodarza, kiedy słyszał nazajutrz od
służących, jako żaden z gości trzeźwo nie
odszedł, jako jeden, potoczywszy się, wszystkie schody tocząc
się kłębem przemierzył; jako drugiego zaniesiono do stancji
jak nieżywego; jak ów zbił sobie róg głowy o ścianę;
jak tamci dwaj, skłóciwszy się, pyski sobie powycinali; jako
nareszcie ten jegomość, chybiwszy krokiem, upadł w błoto, a
do tego ząb sobie o kamień wybił.
|