|
Z między wszystkich pijaków, w których poczet
możno było rachować każdego pana i szlachcica w różnej
stopniów pijackich doskonałości, celowali w tym konszcie osobliwszymi
przymiotami trzej w Koronie, a jeden w Litwie, z których każdego
zostawić w pamiątce potomności za rzecz słuszną
osądziłem. Najpierwszy był Janusz książę
Sanguszko, ordynat ostrogski, marszałek nadworny litewski-; tego
pijaństwa, opisanego wyżej, nie będę powtarzał,
przydam tylko, iż jego pijaństwo nie miało nic dzikiego, sama
wesołość rządziła jego deboszami, a że nigdy
się sam nie ochraniał, tylko pił szczerze, przeto mało
dawał na innych baczenia. Kompanie przy tym u niego wielkie - zawsze go
czyniły roztargnionym. Miał zaś tak tęgą
głowę do picia, że gdy się już tak spił, że
się chwiał na nogach, kazał zaprząc do karety, w tej
przejechawszy się kilkoro staj powracał tak trzeźwy, jak gdyby
nic nie pił, i pił na nowo z tymi, którzy mu kompanii dotrzymowali.
Drugi, Borejko, kasztelan zawichwostski, tego
możno nazwać pobożnym pijakiem; najbardziej albowiem lubił
cieszyć się i pijać z duchownymi, kiedy z świeckimi osobami
nie miał żadnego zatrudnienia. Skoro był wolny od interesów,
rozpisał listy do pobliższych mięszkania swego klasztorów, aby
mu przysłali po dwóch zakonników, jakikolwiek pobożny pretekst do
tego wymyśliwszy. Przełożeni klasztorów, wiadomi końca tej
misji, posyłali mu co lepszych do picia. Z tymi Borejko zamknął
się w pokojach osobnych i oznajmił domownikom swoim, że to jest
klasztor, do którego po zamknięciu nikogo nie wpuszczono, ani z
gości, ani domowych, ani żony, ani żadnej kobiety, choćby
nie wiedzieć jaka była potrzeba.
Przed zamknięciem tego klasztoru przygotowano w
nim wszystkiego, co należało do wygody i do potrzeby, do jedzenia i
picia, a najwięcej wina. Pokój sypialny był wysłany cały
słomą i kobiercami, innej pościeli dla tego pijackiego bractwa
nie potrzebowano, ponieważ każdy jak padł, tak spał.
Słudzy do usług byli naznaczeni i wraz z panami zamknięci;
był także i dzwonek przy jednych drzwiach, tak jak bywać
zwykł przy forcie klasztornej albo na korytarzu: w ten dzwonek dzwoniono
na mszą, do stołu i na silentium, które dopiero wtenczas
następowało, gdy się wszyscy popiwszy powywracali na owej
słomie. Żeby zaś w tym klasztorze nie uchybić chwały
Pana Boga, dziś na jutro naznaczali jednego spomiędzy siebie kapłana,
który nazajutrz miał mieć mszą świętą. Temu nie dali
pić dłużej, jak do godziny jedenastej, chociażby
chciał, biorąc jeszcze ściślej godziną czas
abstynencji kanonami przepisanej, dla wszelkiego warunku od omyłki na
zegarkach.
Gdy nazajutrz wszyscy powstawali, szli na mszą do
kaplicy, będącej przy tym klasztorze. Po wysłuchaniu mszy napili
się herbaty podług zwyczaju, potem wódki raz i drugi, potem
nastąpiło śniadanie; po śniadaniu wino, po winie, miernie
zażytym, obiad, po obiedzie formalna pijatyka aż do wieczerzy, po
wieczerzy toż samo. Wszakże przy tym wszystkim pacierze
kapłańskie musiały być w swoich godzinach odbyte i pan
Borejko sam ich z kapłanami odprawował. Ten klasztor trwał dni
trzy najmniej, a najwięcej pięć, podług panującej w
pijakach dewocji. Po rozpuszczeniu klasztoru swego odesłał
każdych zakonników do ich własnych klasztorów, dobrze udarowanych i
jałmużną opatrzonych.
Gdy mu nie stało klasztoru, a nie miał z kim
pić, wyszedł na rozstajne drogi, przy których zbudował
porządną kapliczkę św. Jana Nepomucena, daszkiem, sztakietami
i ławkami dokoła opatrzoną; do tego eremitorium przynieśli
za nim pajucy puzdro jedno i drugie wina i kilka wielkich kielichów. Tam
zasiadłszy z paciorkami czekał, aż kto nadjedzie albo
nadyńdzie z podróżnych: ksiądz, braciszek, kwestarz, szlachcic,
mieszczanin, chłopek, Żyd, dziad zgoła, byle człowiek;
wyszedłszy naprzeciw niemu z kaplicy, zatrzymał przywitaniem:
skąd, dokąd i po co, a tymczasem pachołek, wiadomy
pańskiego zwyczaju, nalał kielich wina, którym odebranym pił pan
do podróżnego animując, aby na odwrót do niego wypił; i tak
długo tego było, póki aż ów podróżny albo z nóg nie
spadł, albo póki mu gardło nie puściło. Jeżeli
się wywrócił i usnął, pan Borejko, odszedłszy do domu,
wyprawił do niego stróża, aby go pilnował od złodzieja albo
innego łotra, żeby nie został obdarty i okradziony. Gdy zaś
kilku zebrało się tym sposobem podróżnych, ze wszystkimi póty
pił, póki każdego nie upoił. Podróżny, z liczniejszym
pocztem jadący, proszony był do dworu na wstęp momentalny; na
który jeżeli się dał namówić, niełatwo się
stamtąd wydobył; jeżeli nie dał, to przynajmniej z
całą swoją czeladzią musiał po którym kielichu, a
czasem aż do wysuszenia puzdra wypić. W tym był względny
pan Borejko, że nie przymuszał do ścinania kielichów duszkiem,
pozwolił odetchnąć raz i drugi, jednak niedługo. Był
to pan tak wysoki i mężny, że wszedł w przysłowie w
województwie krakowskim, iż kiedy kto chciał kląć drugiego
z dosadnością przeklęstwa, to mówił: "Bodajeś
tylego diabła zjadł jak pan Borejko."
Trzeci, Adam Małachowski, krajczy koronny; tego
możno nazwać zabójcą ludzkiego zdrowia, wielu albowiem ludzi
zalanych winem poumierało, niektórzy nawet w jego domu, zasnąwszy raz
na zawsze snem śmiertelnym. To rzecz dziwna, że takowe przypadki, w
oczach jego darzone, nie odmieniły w nim szalonego zwyczaju pojenia ludzi
gwałtownie i zalewania winem. Miał u siebie w Bąkowej Górze
kielich wielki półgarcowy, na którym wyrznięte były trzy serca z
podpisem: "corda fidelium". Używał pod czas tego kielicha
do bankietów i wotów wielkich, ordynaryjnie zaś trzymał go od
przywitania każdego, kto pierwszy raz był u niego w Bąkowej
Górze. Jeżeli taki gość przybył z rana, co prędzej
sporządzono mu śniadanie, aby miał po czym pić,
ponieważ ten kielich nikogo nie mógł minąć. Skoro go oddano
w ręce gościowi, przestrzeżono zaraz, że powinien był
wypić duszkiem, inaczej niech cokolwiek nie dopił, natychmiast mu
pełno dolewano póty, póki nie wypił; to gwałtowne picie
więcej szkodziło zdrowiu aniżeli sam zbytek wina. Z panów
wielkich, mniej sposobnych do pijaństwa, z trudna który odważył
się nawiedzić krajczego; a jeżeli być u niego
wyciągał koniecznie jaki interes, to wprzód wyrobił sobie od
niego rewers na kształt salvum conductum, pod najcięższymi
zaklęciami, jako do pijaństwa, a mianowicie do kielicha corda
fidelium, nie będzie przymuszany.
Najwięcej do niego zjeżdżali się
bibosze koronni, pułkownicy, rotmistrze, towarzystwo, co się beczki
nie zląkł, nie tylko kielicha, i którzy mieli gardła wyprawne
tak do tykania, jako też odlewania tego, co połykały. Który pan
posłał sługę z listem do krajczego, nie chybiło go to,
że musiał za nim posłać drugiego dowiedzieć się,
co się z pierwszym stało, a na czas i trzeciego, kiedy pierwszy i
drugi, wpadłszy w ręce krajczemu, popojeni lada gdzie pod wschodami
albo pod płotem, nie wiedząc o świecie - dopieroż o
responsie - spoczywali albo i w cale pomarli. Nie czynię w tym opisaniu
żadnej egzagieracji, bo sam ledwo uniknąłem podobnego
nieszczęścia, uciekłszy bez szabli, bez czapki, bez konia, w
zastaw niby pewności powrotu zostawione, pod pretekstem pilnej potrzeby,
której wymieniać nie należy.
Przecięż ten pan rozumiejąc, iż
nie masz na świecie nikogo nadeń w pijaństwie mocniejszego,
którego by swoim kielichem corda fidelium nie zwyciężył, czyli
mówiąc właściwiej nie ściemiężył,
trafił na jednego takiego, który go w takim mniemaniu zawstydził.
Był to braciszek kwestarz, bernardyn z klasztoru Wielkiej Woli, czyli Woli
Pana Jezusa, w powiecie opoczyńskim leżącego. Ten czując
się na siłach, będąc wyprawiony na kwestę, zajechał
śmiało do krajczego do Bąkowej Góry, którego miejsca wszyscy
inni kwestarze jak morowego powietrza unikali. Trafiło się to przed
obiadem, z rana. Krajczy rad, że mu taki gość dawno niewidany
wpadł w ręce, na pokorną prośbę braciszka o
jałmużnę zaraz mu podał kondycją:- ;,Jeżeli
duszkiem wypijesz ten kielich-skazując na corda fidelium-każę ci
naładować pełen wóz zbożem; a jeżeli od razu nie
wypijesz, doleją ci go tyle razy, ile razy, przestając pić,
choć kroplę w nim zostawisz." Braciszek pokornie odpowiedział,
iżby wołał być posilonym pokarmem jakim niż trunkiem,
ponieważ jest głodny. Krajczy natychmiast kazał mu dać
jeść; przyniesiono mu tedy półmisek bigosu hultajskiego i
karwasz pieczeni. Zjadłszy certum quantum tego i owego, prosił o
szklankę piwa, a tę wypiwszy zaczął się niby
zabierać do odejścia, jakoby z bojaźni kielicha nie
śmiał już i o jałmużnę prosić. Krajczy
wesół z jego bojaźni rzecze: "Nie, bracie, z domu mego nicht
wyniść nie może, kto weń pierwszy raz wnińdzie, poki
tego kielicha nie wypije."
Bernardyn na taką zapowiedź, udając
wielkie w sobie pomięszanie, z przymusem wziął kielich w obie
ręce, strychem nalany, toż zrobiwszy nad nim kilka krzyżów,
uderzywszy się w piersi - jako człowiek przymuszony - i
westchnąwszy do niebios, zaczął we czesał łykać,
ale jakby mu tchu brakło, odjął nagle od ust, zostawiwszy w
kielichu z półkwaterek wina. "Ho, ho, nie dopiłeś, bracie -
zaczął krajczy wołać - do lejcie mu, dolejcie!"
Hajducy na rozkaz pański skoczyli do bernardyna z flaszami, ten zaś,
dopijając z kielicha reszty, począł tam sam umykać po
pokoju, pokazując kielich do reszty wypróżniony. "Nic to nie
pomoże, bracie - znowu krajczy - nie wypiłeś duszkiem!
Złapcie go i nalejcie mu pełen." Złapano bernasia i dolano
w strych jak pierwszy, do tego uchwycono za pas, aby nie mógł
uciekać. Osaczony bernardyn jak niedźwiedź w kniei,
odetchnąwszy kilka razy, począł doić drugi kielich
wolniejszymi łykami i znowu trochy nie dopił. Dalej znowu krajczy: "Nie
dopiłeś! Dolejcie mu!" Bernardyn na kolana, w prośby na
wszystkie względy. Ale gdy te nic nie pomogły,
przyłożył się do trzeciego i wypił w tej mierze jak
pierwsze dwa, żeby przyczyna do musu nie zginęła; krajczy
kazał mu znowu nalać. I tak z owymi grymasami zmyślonymi
wypił bernardyn sześć kielichów wina, jeden po drugim.
Krajczy, jak z początku miał wielką
uciechę z bernardyna, tak widząc dalej, że ani z nóg nie spada,
ani cery nie mieni, poznał, że z niego żartuje, wpadł w
pasją, kazał go wypchnąć za drzwi. "A to filut jakiś, a
wzdyćby on mnie całą piwnicę wypił! A to bernardyny
filuty, z umysłu, na szyderstwo ze mnie takiego mi pijaka z końca
świata wyszukanego przysłali!" - Ochłonąwszy z
pierwszej pasji, kazał pójść za nim, obaczyć, co się z
nim dzieje. Odniesiono mu, że wsiadł na wóz dobrze, bez najmniejszej
omyłki, i pojachał. Kazał krajczy skoczyć za nim i
wrócić go, wysłał mu asygnacją na kilka korcy zboża;
ale nie chciał się z nim widzieć i zakazał, żeby
więcej nigdy u niego nie postał.
Czwarty pijak, z
natury mało się różniący od szalonego, a po pijanu w cale
szalony - Karol książę Radziwiłł, wojewoda
wileński. Małachowski zabijał ludzi winem, jako się
opisało wyżej. Radziwiłł zabijał orężem. Nic
to było u niego strzelić w łeb człowiekowi jak psu, lecz
takie przypadki możno poczytać za ordynaryjne w domu i familii
Radziwiłłów. Tak robili stryjowie i bracia jego, wyjąwszy ojca,
hetmana wielkiego litewskiego, który tak trzeźwy, jak pijany był
bardzo powolnej natury, zabójstwa więc w pijaństwie popełniane,
nie jemu samemu właściwe, nie dystyngwowały go. Ale się
dystyngwował najszkaradniejszymi akcjami, publicznie w największej
kompanii po pijanu pełnionymi. Mazał się przyrodzeniem i
kazał dawać ognia na pochowanie Radziwiłła jakoby
zrodzonego i zmarłego (jaśniej tego tłomaczyć nie
mogę, przez wzgląd na uczciwość). Prócz takiej rozpusty
drugą zabawą jego pijaństwa były żarty bolące z
tego i owego konfidenta. Skropić kijem z tyłu nieznacznie,
pijącemu przybić kielich do gęby aż do zachłystnienia,
nalać z tyłu za kołnierz wina leniwo pijącemu, dwom
rozmawiającym z sobą z bliska zetchnąć głowy silnie
aż do wytryśnienia guzów na czołach, wyrządzać figle
sztuczne z obrazą wstydu białej płci - to było
najmilszą zabawą Radziwiłła, z trudna kto z jego kompanii
wyszedł bez podobnej wyżej wyrażonym obrywki. Ale że tak
był szczodry w podarunki, jak był obfity w psoty, nicht się na
to nie skarżył. Rozdawał konie z rzędami, pasy bogate,
pałasze, pistolety, zegarki, tabakierki i inne rozmaite bogate
sprzęty tym, którzy go przyjmowaniem skwierkliwym, ale nie gniewliwym, bolących
jego żartów bawić umieli. Wsie nawet dożywociem i całe
klucze niskim kontraktem puszczał swego deboszu i rozpusty wiernym
kolegom.
Najgorszy i
najokropniejszy żart zrobił z Paca, pisarza wielkiego litewskiego,
wielkiego swego faworyta i wszelkich rozpust swoich nieodstępnego kolegi.
Temu jednego razu grubiańskimi igraszkami swymi tak dokuczył
Radziwiłł, że nie mogąc ich ścierpieć
dłużej, Pac pogroził mu pojedynkiem. Ale Radziwiłł nie
chcąc z nim rozrywać przyjaźni, a chcąc go nastraszyć
za owę groźbę, udał, jakby się o nią szalenie na
Paca rozgniewał, kazał go natychmiast porwać, w kajdany
okuć i wtrącić do więzienia. Nazajutrz kazał go
ubrać w śmiertelną koszulę, wyprowadzić na plac w
asystencji kata i księdza i dysponować na śmierć. Wszyscy
przyjaciele Paca i Radziwiłła struchleli na ten widok, rzucili
się Radziwiłłowi do nóg za Pacem, który łzami i lamentami
prosił go także o miłosierdzie. Ale Radziwiłł,
udając zapalczywą cholerę i czyniąc się głuchym
na wszystkie prośby, naglił na Paca, aby klęknął pod
miecz, z którym mistrz stał mu nad karkiem. Nareszcie gdy Pac prosił
jeszcze o moment do poprawienia spowiedzi, Radziwiłł, będąc
już syt żartu, skoczył do Paca z miłym uśmichnieniem:
"A widzisz! ja ciebie lepiej nastraszył niż mię ty
pojedynkiem!" - Poprowadził tedy Paca na pokoje, w śmiertelnej
koszuli, tak jak był na placu, tam mu zaraz ofiarował za ten
żart wielkie prezenta, toż dopiero gala wielka i pijatyka na
cześć takiego konceptu. Pac, naturalnie śmiercią
zmięszany, a potem nagłą radością przejęty,
przymuszony będąc w takiej rewolucji krwi do pijatyki, wpadł w
chorobę i trzeciego dnia umarł.
Zadziwi się mój Czytelnik, jakim sposobem takie ekscesa kryminalne
płazem uchodziły. Uwolnię go natychmiast z podziwienia
przypomnieniem prawa polskiego, które zabójcy rozmyślnemu, szlachcicowi,
okupić głowę zabitego szlachcica pozwalało. Cóż
dopiero mówić o zabójstwach w pijaństwie popełnionych! Cóż
dopiero o żartach szkodliwych na czas, ale niekoniecznie śmierć
przynoszących! Zapłacono, zagodzono familią, i na tym się
skończyło. Jeżeli zaś nieszlachcic stracił życie
z ręki lub łaski pańskiej, próżna odezwa do prawa, które
chłopską głowę nie drożej jak na sto złotych
otaksowało. Każdy zaś, kto nie był szlachcicem, był
poczytany za chłopa, chociażby był mieszczaninem albo
najbogatszym plebejuszem.
|