|
Trunki wielkim
panom były zwyczajne: rano herbathe, czasem z mlekiem, czasem bez mleka,
zawsze z cukrem, potem wódka gdańska, persico, cynamonka,
dubelt-hanyż, ratafia, krambambula; i te dwie ostatnie były
najdroższe; płacono kieliszek, pół ćwierci kwaterki
trzymający, po tynfie jednym. Napiwszy się po kieliszku, przejedli
konfitur albo piernika toruńskiego, po tych chleba z masłem lub sucharków
cukrowych i znowu powtórzyli raz i drugi po kieliszku wódki. Jeżeli
śniadanie miało poprzedzić obiad, jak bywało w zapusty, to
się składało z kapłona pieczonego jednego i drugiego,
podług proporcji osób, z zrazów, pieczeni z pieprzem i masłem albo z
surowego mięsa, smażonych w maśle z imbierem, z kiełbasy i
bigosu hultajskiego; po czym ochłodził się jaki taki
szklenicą piwa albo wody, niekiedy zalali to wszystko kielichem wina i
czekano obiadu zabawiając się rozmowami, to graniem kart, warcabów,
szachów lub przechadzką. U małych panów i szlachty zamiast
gdańskich wódek służyła wybornie gorzałka przepalana,
domowej roboty, z konfiturami w miodzie smażonymi, pierniczkami i
suchareczkami takimiż, fabryki jejmci pani stolnikowy albo podczaszyny z
córkami i pannami służebnymi; i było to tak dobre albo i lepsze
jak owe gdańskie wódki i konfitury włoskie drogo płacone.
Poobiednie trunki
wielkich panów: wino węgierskie w Krakowskiem, Sendomirskiem i na Rusi; w
Prusiech, w Kujawach i w Litwie francuskie rozmaite i zamorskie, jako to:
pontak, muszkatel i szczecińskie; w Poznańskiem i Kaliskiem, gdzie
panowie i szlachta we wszystkim wielką zachowują
oszczędność, dla pryncypalnych osób wino węgierskie, i to
dobre, na szary koniec francuskie; na Ukrainie wino wołoskie i
manasterskie. Zaczęło też już wchodzić w używanie,
ale bardzo rzadko, wino szampańskie, którego dawano "na stempel"
po węgierskim. Burgunskiego zażywano do wody dla wielkich panów,
którzy byli już wychowania modnego francuskiego i nie pili piwa. Takim
ichmościom i damom dla konkokcji potraw dawano wina ryńskiego po
kieliszku.
Gdy zaś
nastała kawa i rozeszła się po wszystkich domach pańskich,
szlachty majętniejszej i bogatszych mieszczan, dawano ją najprzód z
rana z mlekiem i cukrem, po której pijano wódkę, a herbatę, jako
sprawującą suchoty i oziębiającą
żołądek, w cale zarzucono; policzono ją w liczbę
lekarstw przeciw gorączce i do wypłukania gada po ejekcjach,
mianowicie z gwałtownego pijaństwa pochodzących. Po każdym
także stole dawano gościom kawę, jednym z mlekiem, drugim bez
mleka. Tym trunkiem najulubieńszym raczyły się kobiety
najwięcej, tak z rana, jako też po obiedzie i po wieczerzy, osobliwie
gdy w kompanii jakiej albo podczas tańców długo w noc
dosiadywały. Kto z mężczyzn chciał uniknąć wina,
wstawszy od stołu, miał się do kawy; było to albowiem na
kształt przywileju zdrowia, że kto pił kawę, nie mógł
być oprymowany winem. Ale ten przywilej nie służył
dłużej jak do dwóch godzin; dobre i to, osobliwie, gdy złym
winem pojono.
Kawa od ludzi
majętnych przeszła nareszcie do całego pospólstwa, podniosły
się po miastach kafenhauzy; szewcy, krawcy, przekupnie, przekupki,
tragarze i najostatniejszy motłoch udał się do kawy. Nie
była już wtenczas droga: za sześć groszy miedzianych
dostał filiżanki kawy z mlekiem i cukrem, lecz też taka
była i kawa: łut kawy dla zapachu, cztery luty pszenicy palonej,
trocha faryny cukrowej, łyżka mleka roztworzonego
wodą-smakowało to jednak prostactwu, nie znającemu smaku czystej
kawy, dobrze sporządzonej. A nawet i po domach małych albo
skąpych robili sobie taką kawę przymięszując do niej
przez połowę pszenicy lub grochu palonego, bo koniecznie chciało
się kawy, już to że bez niej dom byłby poczytany za
prostacki i sknerski, już że kawa wciąga ludzi w nałóg tak
jak gorzałka albo tabaka, że się bez niej obejść nie
może, kto się w nią włoży, tak dalece, że woli
niejeden, a jeszcze bardziej niejedna, obejść się bez chleba
niżeli bez kawy.
Po miastach,
osobliwie niemieckich, rzemieślnicy nie szkodowali na kawie, owszem im
ekspensy umniejszała. Póki nie znano kawy, rzemieślnik musiał
dać czeladnikowi kieliszek gorzałki, który kosztował trzy
grosze, potem chleba z masłem, to drugie trzy grosze; więc
śniadanie jednej osoby kosztowało go sześć groszy, którego
sam nie kosztował. Gdy zaś kawa weszła w zwyczaj,
rzemieślnik kupił kawy już palonej i mielonej w sklepie
korzennym za sześć groszy, cukru lodowatego za drugie sześć
groszy, mleka pól garca za trzecie sześć groszy; w tym mleku
ugotował owę trochę kawy, za sześć groszy
kupioną, dal każdemu po kawałku cukru lodowatego, przez który w
zęby wzięty pili owę kawę, po każdym łyku
przejadając chleba z masłem cienkie kromki. I takim sposobem
odbył śniadanie swoje, żony, dzieci, czeladzi, do kilku osób,
czasem do ośmiu i dziewięciu, straciwszy mało więcej na
wszystkie osoby, jak przedtem na jednę, a najwięcej dwie.
Z tych, co się
zbytecznie włożyli w kawę, ledwo który otworzył oczy, zaraz
mu do łóżka niesiono kawę; bo było uprzedzenie od doktorów
zatwierdzone, że wstawać z łóżka na czczo, a jeszcze bardziej
wychodzić tak na wiatr, jest niezdrowo. Dlatego panie nabożne, kiedy
miały przyjmować komunią, spieszyły się do niej jak
najraniej, a po przyjętej jeszcze spieszniej powracały do domu,
gotowe wyprać po pysku sługę, policzki jej wyszczypać z
wielkiej gorliwości, jeżeliby za wstąpieniem w próg kawy gotowej
nie zastały. Parochianki zaś wiejskie, kiedy miały
przyjmować tę świętość, opodal od
kościoła mięszkające, brały z sobą na odpust
kawę i tam albo w domu księżym, albo w karczmie lub innym jakim
zaraz po komunii napijały się najmilszego swego trunku z obawy, przez
długą czczość żołądka aby aury niezdrowej w
niego nie naciągnęły. Dziwna rzecz, iż z takiego
uprzedzenia nie mogli się wyprowadzić doświadczeniem z służących
swoich, którzy pospolicie do obiadu czci, a czasem i cały dzień
głodni-zdrowi i rzeźwiejsi byli od swoich panów i pań delikatek.
Choćby
dziesięć domów na dzień (jak to jest łatwo w miastach)
odwiedzała która jejmość kawiarka, w żadnym się nie
wymówiła od filiżanki kawy, gdzie ją tylko częstowano;
wszędzie zaś tym trunkiem raczyć się damom było we
zwyczaju.
I dobrze: poki
albowiem nie była znajoma kawa, biała płeć dystyngwowana na
ranny posiłek używała polewki robionej z piwa, wina, cukru,
jajec, szafranu albo cynamonu. Co iż tylko służyło domowym
osobom albo gościom bawiącym dzień jeden i drugi w
gościnie, a nie służyło oddającym krótką
wizytę, mały koszt sprawowało. Ale za to po poleweczce
unoście domowe same i z goszczącymi na sekret przechodziły
się często do apteczki i tam wódeczką mdlącą
poleweczkę zakrapiając, po trosze się gorzałką
rozpijały i na rozmaite jędze, dziwaczki, chimeryczki, nareszcie na
pijaczki ogniste wychodziły. Których defektów rozumu że kawa nie
sprawuje, chwalić ją stąd należy i dzięki oddawać
temu, kto ją pierwszy do naszego kraju sprowadził, albowiem ona nie
tylko białą płeć, ale też i wielu mężczyzn
od gorzałki, niszczącej zdrowie i rozum, zachowała.
W pomiernych domach
szlacheckich trunki w zwyczaju były i dziś może są: na Rusi
gorzałka, miód, wiszniak, malinnik; w Litwie gorzałka, miód
ordynaryjny i lipiec; w Wielkiej Polszcze i w Mazurach gorzałka i piwo,
którego gatunki słynęły te osobliwsze: w Łowiczu i
okolicach jego, zajmując i Warszawę, długi czas
słynęło piwo łowickie, w Lublinie i okolicach jego -
wąchockie, w Piotrkowie i okolicach jego - gielniowskie, w
Poznańskiem i Kaliskiem - grodziskie; w Warmii - eleborskie, które
także szacowane było w Warszawie pod imieniem czarnego piwa. Ku
końcu panowania Augusta III nastały w Warszawie najprzód, a potem po
różnym stronach kraju piwa czeskie, ordynaryjne i dubeltowe, tudzież
piwo angielskie, które najpierwszy wyinwentował Hieronim Wielopolski,
koniuszy koronny; miało dużo podobnego smaku do prawdziwego piwa
angielskiego, które sprowadzano i po dziś dzień sprowadzają z
Anglii. To jednak piwo angielskie nie miało nigdzie więcej
propinacji, tylko w Warszawie przy pałacu tegoż pana i w Oborach,
gdzie go robiono, mil trzy od Warszawy; wkrótce spadło z
wziętości. Otwockie piwo przesadziło go. Otwockiemu odebrało
znowu konkurs wilanowskie, a wilanowskiemu inflantskie, ale nie tak mocne i nie
burzące się obyczajem prawdziwego angielskiego. Szynkarki po miastach
pryncypalnych szukające swego zysku nauczyły się nalewać w
butle i w butelki małe piwa młodego, nie wyrobionego, to przytkane
gliną w butli dużej po odrobieniu dawało smak lepszy jak prosto
z beczki; w butelce zaś małej, dobrze zaszpuntowanej, po wyjęciu
czopka tak się burzyło jak angielskie prawdziwe. Więc gdy te tak
rozmaite piwa ponastawały, łowickie, gielniowskie, wąchockie
piwa estymacją swoją straciły, wszedłszy w rząd piw
pospolitych; grodziskie zaś słynęło coraz bardziej po
Wielkiej Polszcze, tak iż szlachcic tam, który nie miał w swoim domu
piwa grodziskiego, poczytany był za mizeraka albo za kutwę. Tej
estymacji przyczynili mu wiele doktorowie, przyznając mu cnotę wód
mineralnych. Jest to piwo cienkie i smakowite, głowy nie zawracające;
doktorowie we wszystkich chorobach, w których zabraniają wszelkich trunków
pacjentom, grodziskie piwo pić pozwalają, owszem w pewnych chorobach
pić go każą.
W Krakowskiem i
Sendomirskiem żadne piwo, wyjąwszy prawdziwe angielskie, nie
było w szacunku, ponieważ pospólstwo tamtejsze, mianowicie
chłopstwo, tak jak na Rusi i w Litwie, gorzałkę mają za
trunek pospolity, szlachta zaś i mieszczanie majętni wino
węgierskie, z przyczyny bliskości Węgier. Wyszydzają
Krakowianie Wielkopolanów, że ci gościowi podają na tacy próbki
piwa w kieliszkach (choć to jest czysty żart). Lecz po prawdzie
mówiąc, gdyby i tak było, lepsze jest dobre piwo jak złe wino,
jakim się w partykularnych domach częstują Krakowianie i
Sendomierzanie: owo okrajkowe, cieniuchne, ni woda, ni wino, popłukowiny
ostatnie drybusów i pras węgierskich, w których wino tłoczą.
Jaki tedy trunek w
której prowincji panował, takim się raczono, i była to już
zła kompania, zła uczta, kiedy się nie popili, kiedy
gość trzeźwo pożegnał się z gospodarzem; taki
szlachcic, co taką trzeźwość zachowywał w domu swoim,
niewielką miał estymacją, niewiele wart był w kompanii i
pospolicie nazywano go Francuzem, moderatem, wędzikiszką. Tam, gdzie
piwo było w modzie, pili go od śniadania do obiadu, od obiadu do
poduszki. Byli tak dobrego gardła niektórzy i tak przestronego brzucha,
że kufel piwa garcowy albo szklenicę taką, lub kielich bez nogi,
z umysłu taki, żeby go nie możno było postawić,
kulawką zwany, duszkiem bez odpoczynku wypijali. Mieli do takiego
wypijania poskładane różne kuranty krótkie, które nim
prześpiwała kompania albo przegrała kapela, trzeba było
garniec ów piwa do kropli wyłykać, bo jak nie wypił, to dolano i
znowu kuranta zaczynano póty, póki nie mogący ponękać zbytniej
miary, nie uprosił pardonu albo nie uciekł za drzwi, z czego drudzy
mieli okazją śmiechu i prześladowania słabego.
Beczka piwa w komin, kiedy się dobrała
kompania dobrze pijących, wstawiona nie zabawiła dwóch godzin, a
została wysuszona do drożdży albo przez debosz i z
drożdżami. Takie lusztyki słynęły najbardziej w
Mazurach i w Sieradzkiem, gdzie się więcej znajduje szlachty miernej
fortuny, o jednej wiosce, o kilku chłopkach, niż krociowej albo milionowej
substancji. Było to poniekąd i z oszczędnością,
ponieważ pachołek lub inny służka nie tak wiele zdarł
botów, kiedy beczka stanęła w kominie, jak kiedy do niej musiał
często biegać z konwią, stojącej w piwnicy. Czterech, a
czasem dwóch tylko dobrych łykaczów wypróżnili beczkę
pięćdziesięciogarncową od wieczerzy do poduszki, mało
albo nic zarwawszy północka. Na tryumf po zwycięstwie napili się
gorzałki i poszli spać z dobrym zdrowiem, cokolwiek podochoceni.
Takowa junakieria czyniła reputacją w narodzie rycerzom kuflowym, a
oraz wynosiła ludzkość gospodarza do najwyższego stopnia.
Panowie wielcy starali się o takich pijaków, którzy lubili
trząsać sejmikami i rej wodzić po wszystkich magistraturach. Gdy
albowiem w narodzie nic nie możno było zrobić bez pijaństwa,
czy to zgodę jaką, czy elekcją, czy interes własny
utrzymać nie oblawszy go trunkiem jakim podług wartości osób
należycie, sama zatem rzecz zniewalała panów do konserwacji przy boku
swoim głów na wszelkie trunki jak najmocniejszych, którzy by ich w takowej
potrzebie garłem swoim zastępowali, gdy tymczasem panowie, takowym
zastępstwem cokolwiek przy lepszym rozumie zostawieni, zamroczone rozumy
albo raczej machiny bezrozumne do swoich zamiarów nakręcali.
Oprócz zwyczajnych naczyń do trunków: kieliszków,
kielichów, szklanek i pucharów, po domach, gdzie lubiono zapijać, mieli
osobliwe inne do samego piwa, jako to: kije szklane długie z
gałką na końcu obszerną, kwartę piwa zajmujące,
kufelki z rurkami, którędy pić trzeba było, trąby i
waltornie, i szklenice półgarcowe o trzech obrączkach. Kij, kufelek,
trąbka etc. nie tak były przykrym naczyniem z przyczyny trunku, bo go
niewiele zabierały, jako bardziej z sposobu picia, który był
uprzykrzony; pijąc z kija albo trąbki, trzeba się było
dziwnie łamać i wyprężać w tył. Kufelek kto
chciał odjąć od ust, a nie wiedział sposobu przytkania
rurki językiem, ażby się piwo przerwało, to się oblat.
Szklenicy zaś z obrączkami kto się podjął wypić,
powinien był najprzód determinować całej kompanii, po którą
obrączkę jednym zawodem wypije; jeżeli nie dopił albo nadto
wypił, to mu zaraz dolano. Prócz narzędziów wyżej wspomnionych
były także powymyślane rozmaite sztuki, za pomocą których
upijali się, choć niechcący; jednę za wszystkie
przytoczę, po której rzecz będzie doskonale zrozumiana.
Usiadł jeden przy stole, drudzy go obstąpili
dokoła w urzędzie sędziów i świadków, wziął
szklenicę w rękę, jaka mu się podobała, wielką
czy małą, piwem nalaną; tę powinien był wypić nie
razem, lecz trzema zawodami. Za pierwszym pociągnieniem piwa powinien
był pogłaskać się jednym palcem po jednym wąsie raz,
po drugim raz, po brodzie tymże palcem prosto w nos z góry na dół
raz, pod brodą w tejże linii raz z dołu do góry, tymże
palcem uderzyć w stół z wierszchu raz, ze spodu raz, tupnąć
w podłogę nogą raz i wymówić to słowo:
"piwo".
Za drugim zawodem powinien był te wszystkie
grymasy, nie ochybiając żadnego ani z kolei swojej nie
przeminiając, powtórzeć we dwoje, to jest: pomusnąć
się po jednym wąsie dwa razy, po drugim dwa razy, po brodzie dwa
razy, pod brodę dwa razy, uderzyć w stół z wierszchu dwa razy,
ze spodu dwa razy, tupnąć nogą w podłogę dwa razy i
wymówić słowo: "dobre". Za ostatnim razem, za którym
już reszta piwa powinna być z szklenicy wyprzątniona, wszystkie
gesta wyżej wyrażone należało potrajać, na ostatku
oddając szklenicę wymówić słowo: "nalej". W
którymkolwiek geście, liczbie i słowie pijący popełnił
omyłkę, natychmiast mu dolano szklenicy; i acz te grymasy zdają
się być bagatelnymi, do obciążenia pamięci
niezdolnymi, przecięż że stojący wokoło z umysłu
rozmaite przeszkody czynili, wydarzały się częste omyłki, i
jak się kto raz omylił, już mu trudno więcej omyłek
ustrzec się było, najbardziej stąd, że za każdą
omyłką z początku zaczynać musiał. Myląc się
więc coraz bardziej, upił się i sztuki nie dokazał,
zrobiwszy z siebie zabawę kompanii.
Dobre czasy, pokój
ciągły, obfitość wszystkiego całą myśl
obywatela rozrywkami i uciechami zajmowały, ile gdy zrywane raz w raz
sejmy nikogo nie wabiły do zatrudniania się około dobra
publicznego.
|