|
Musiałbym zażyć do tego opisania jakiej
starej ochmistrzyni, żebym mógł opisać doskonale wszystkie
suknie kobiece i stroje, których używały pod panowaniem Augusta III
białogłowy polskie pierwszego i pospolitego stanu. Lecz i ta, gdyby
się jeszcze dziś znalazła, byłaby bardzo stara, a zatem do
regestrowania wszystkich mód, dla osłabionej pamięci, w kobietach
prędzej niż w mężczyznach wietrzejącej, niesposobna.
Więc sam, ile co pamiętam, Czytelnikowi wystawuję. Zaczynam od
głowy, jako pierwszego obmiotu, gdy kto na drugą osobę rzuca
okiem.
Panny senatorskiej i szlacheckiej kondycji
tudzież magistratowe i kupieckie córki nosiły głowy z warkoczami
plecionymi, rozpuszczonymi, wstążką przeplecionymi. Skronie
otaczała przepaska muślinowa z wąską koronką
nicianą, wstążkami rozmaitymi w pukle powiązanymi
opięta. Nad czołem na wierszchu głowy przypinały kwiaty
ogrodowe, rozmaryn, lewkonią, gwoździk, tulipan, a zimową
porą włoskie kwiatki albo też własnych rąk roboty
jedwabne, naturalne kwiaty naśladujące. Te bukiety zdobiły
bajorkiem srebrnym i rozmaitymi blaszkami świecącymi. Przypinały
do tych bukietów czapki i kapelusze maleńkie, wielkości naprasztka, z
materii jedwabnej, także ptaszki rozmaite z jedwabiu wyrabiane. Potem
warkocze obkręcały około głowy, nie przydając
wstążki do plecienia, a na ostatku postrzygły warkocze, krótkie
włosy po karku, tak jak i mężatki, rozpuszczając. Już
wtenczas strój głowy był jednakowy wszystkim niewiastom, pannom,
mężatkom i wdowom. Kapiki materialne bogate, używane od
mężatek i wdów, zostały zarzucone od wszystkich młodych,
świcąc się jeszcze niejaki czas na letnich
białogłowach, wiekiem obciążonych, wygodę głowy
nad modę przekładających. Rzuciły się wszystkie
młode panny i nie-panny do kornetów, których kształtu opisać
trudno, ponieważ ten odmieniał się niemal co miesiąc.
Zawisł zaś na rozmaitym składaniu, fałdowaniu,
strzępieniu, wykrawaniu, bryzowaniu muślinu, rąbku, koronek i
wstążek.
Najdawniejsze kornety były dwoiste:
żółto farbowane jak opłatki i białe. Żółty kornet
szedł na spód, biały na wierszch; noszone były dwojako: raz
opuszczone na policzki, zawiązane wstążką pod szyją,
drugi raz zawinięte w górę. Żółte kornety pod panowaniem
Augusta III niedługo zostały zaniechane, nie używano ich
więcej jak lat pięć albo sześć pod tym monarchą,
wyjąwszy Radzewską, podkomorzynę poznańską, która
przeżyła Augusta III, używając do samej śmierci kometa
żółtego starym krojem i całego stroju staroświeckiego. W
zimową porę na kornet zażywały dueta aksamitnego czarnego,
karmazynowym albo różowym atłasem lub kitajką podszytego,
bawełną prześciełanego i koronką czarną
obłożonego, pod szyją wstęgą pąsową albo
zieloną zawiązanego. Ten duet był dwojaki: najpierwszy był
szczupły, wierszch głowy i skronie z uchem przykrywający. Potem
nastał duet wielki, szeroki, okrywający całą
głowę, cały kark i występujący nad twarz na dobrą
dłoń, tak iż w takowym duecie pod gębą
podwiązanym wydawała się twarz jak w głębokim pudle. A
kiedy w nim czuły zbytek ciepła, to go zawijały w miarę
skroni. Duety nie trwały dłużej nad dziesięć lat.
Potem nastały kołpaczki aksamitne, zielone i pąsowe, z
opuszką sobolą, z końcem lijkowatym na ramię
spadającym, z kutasem złotym lub srebrnym.
Po kołpaczkach, niedługo zarzuconych,
nastała moda kornetów wielkich, najeżonych na drutach, w których
modnym damom było ciepło, choć w trzaskący mróz, bo moda
grzała; wszakże do tego ciepła modnego przybierały na
głowę czapeczki małe płócienne, przeszywane, białe,
ogromności żydowskich krymek, te zaś sztucznie włosami
swymi przykrywały tak, iż kornet zdał się siedzieć na
gołej głowie. Takie kornety wywożono z Paryża, a na wzór
paryskiego upinano podobne w Warszawie, skąd rozchodziły się po
całym kraju. Choć zaś w domu mogłaby sobie niejedna taki
kornet upiąć, imaginacja jednak dowodziła na oko, iż
żaden nie mógł być tak piękny jak warszawski; dlatego wiele
paniów obywatelek warszawskich miały znaczny zysk z kornetów, chowały
po kilka dziewczyn do upinania kornetów, same będąc im do
przykrawania i kombinowania materklasów kornetowych majstrami, czyli
mistrzyniami. Najtańszy kornet był za dwadzieścia złotych,
najdroższy dukatów sześć, choć cały jego towar niewart
był dziesięciu złotych, a dziewczyna sprawna mogła
upiąć na dzień dwa. Lecz gust najwięcej przydawał tej
drożyzny rzeczom z siebie podłym. Urzędowe upinaczki kornetów
siedziały z swoimi dziewczętami w sklepach, z oknami - w zimie dla
ciepła, w lecie dla kurzawy-zamkniętymi, przez które okna
przeglądające ładne twarzyczki zwabiały kupców do kornetów;
czasem mimo potrzebę, jedynie dla umizgów kupujących.
Nie bardzo miłego mógł się spodziewać
przywitania mąż od żony, przyjeżdżający z
Warszawy bez korneta, o który najpierwsze na przywitaniu było pytanie.
Jeden wielce gniewliwą jak osę mający żonę kupił
dla niej kornet modny. Jedzie wesoły do domu, pewien miłego
przywitania; lecz na nieszczęście od pudełka źle
umieszczonego zginęło w drodze denko z kornetem. Mąż,
przybywający do domu ciemnym mrokiem, a przy tym podochocony w
nadzieję korneta, bierze pudełko w ręce, niesie prosto i oddaje
żonie: "Nęści, moja kochanko, prześliczny
kornet." Żona rozumiejąc, że ją tym sposobem
prześladuje, gdy biorącej za spód wpadła ręka w próżne
pudło, uderzyła go mężowi o łeb, nałajawszy
słowami jak najdokładniejszymi. Mąż, nie czekając
większej zapłaty, pobiegł co prędzej do Warszawy,
przywiózł inny kornet. Lecz żona statecznie trzymała, że
zgubiony był piękniejszy, choć go nie widziała.
Po kornetach na ostatku nastały szeniony;
były to czapki haniebnie wysokie, z płótna szyte, bawełną
albo i pakułami wypchane, głowę dwa razy tak wysoką, jak
była naturalna, czyniące. Te szeniony wsadziwszy na wierszch
głowy, okrywały dokoła włosami z przodu i z tyłu,
gładko w górę wymuskanymi i wypudrowanymi, a której nie
wystarczały samorodne włosy, przybierały do nich innych takiego
koloru, jakie miała która z przyrodzenia. Na sam wierszch szenionu, nad
czołem, przypinały maleńki kornecik skrzydlasty, na drutach
upinany; i ta moda była ostatnich czasów Augusta III.
Sukien zażywały rozmaitych; najpierwej
spódnicy, zwyczajnej po dziś dzień; bogate z materyj tęgich
bławatnych w kwiaty, samych jedwabnych i litych, uboższe z
atłasów, grodetorów, kitajek, a jeszcze uboższe z kamlotów; pod które
podwdziewały drugą spódnicę, atłasową, na
bawełnie przeszywaną albo też kuczbajową.
Na wierszch brały sznurówkę rogiem
wielorybim, czyli fiszbinem, przeszywaną, z wyciętym gorsem,
ściskając się tymi sznurówkami jak najmocniej dla wydania
subtelności stanu, czasem aż do mdłości. Ta sznurówka
była powleczona atłasem lub kitajką. Na sznurówkę
kładły jupeczkę krótką, za stan cokolwiek
dłuższą, z rękawami po łokieć krótkimi, z materii
takiej jak spódnica albo też i odmiennej, z tyłu fałdzistą,
z połami przestronnymi na przodzie, krojem takim jak mantolety kanonickie.
Zimowe takie jupeczki podszywane były futrem, w lecie kitajką albo
płótnem glancowanym. Dalej te jupeczki były w stan wcinane
opięto, na guziki z przodu zapinane, z rękawami do pięści
sięgającymi. Do rękawów krótkich, wyżej wspomnionych,
przypinały mankiety wielkie, gazowe ż koronkami, podwójne; i nie
zwały się takie mankiety mankietami, lecz angażatami. Do
rękawów długich przypinały mankietki małe bez koronek, przy
nazwisku mankietek zostawione. Latem nie kładły nic na
żadną z tych jupeczek, tylko chustkę na szyję muślinową,
jedwabiem, złotem i srebrem w kwiaty haftowaną, kolorów białego,
żółtego, zielonego i czerwonego, której końce, na krzyż na
przedzie złożone, szpilkami do jupeczki przypięte, pierś
wypukłą zakrywały, dając przez materią cienką i
rzadką dosyć przeźroczystości. Na plecy w miarę
łopatek spuszczał się jeden koniec, czyli róg takiej chustki,
trzykąt wydający.
Zimą na takie jupeczki brały kontusiki
futrem podszywane, z długimi rękawami wiszącymi, z wylotami
szerokimi, do ręki wytchnięcia sposobnymi, u ramion obszernie
sfałdowanymi, u pięści wąsko ścinanymi. Te kontusiki
zdejmowały z siebie, przychodząc do ciepłej izby, którymi
okrywali się zostawieni za drzwiami lokaje, paziowie, węgrzynkowie i
inni służebni, mianowicie na balach i redutach, na których całe
noce w przysionkach zimnych pokutować musieli. Której nie stać
było na kontusik, obywała się jupeczką samą. Kontusik
był długi do wpół udów, trwał długi czas w modzie,
choć nastały inne futra, o których będzie niżej.
Zażywały także damy bogate jupeczek bez rękawów, letnich i
zimowych, gronostajami podszytych albo popielicami, albo felpą
jedwabną; kroju były takiego jak jupeczki bez stanu, i zwały
się takie jupeczki kazakinkami; a gdy się w takie jupeczki
stroiły, brały na spód gorseciki materialne, opięte, z
rękawami do pięści długimi, wąziuchnymi, do
grubości ręki stosowanymi; a na takie kazakinki w zimne czasy
kładły kontusiki wyżej opisane.
Od średnich lat Augusta III nastały
szamerluki, manta, szusty i szlompry, i robrony; tych ja z osobna opisać
nie umiem, ponieważ mała różnica kroju odmieniała im
nazwiska, z całkowitej zaś postaci wydawała się oczom
męskim jak jednakowa suknia. Była zaś jednostajna na
całą osobę, z stanem wciętym, długa z przodu aż
do kostek u nóg, z tyłu zaś daleko dłuższa, tak że
się wlekła po ziemi na półtora łokcia albo i na dwa
łokcie; i zwał się ten zbytek sukni ogonem, który paziowie
nosili w ręku za swoimi paniami.
Ale jeszcze przed tymi wszystkimi sukniami pierwszy
był kabat, który teraz został suknią samych panienek
niedorosłych, a przedtem był strojem wszystkich dam. Kabat tym
się różnił od innych sukien długich, że sznurował
się z tyłu, a inne wszystkie z przodu, i że nie miał
fałdu w tyle przez całe plecy aż do dołu ciągnionego,
jak go miał szust, robron, szamerluk i tym podobne.
Gdy nastały te długie suknie, nastały
oraz i gorse wycinane tak, iż całe plecy, aż po łopatki i
pół piersi aż do brodawek suknią nie były przyodziane, co
było widokiem oko skromne przerażającym, a lubieżne
zapalającym; zakrywałyć ony wprawdzie tę ponętę
swoją chustkami wyżej opisanymi albo też palatynkami strusimi;
ale to takie były zakrycia, które wąskim przesmykiem rzuconego cienia
więcej jeszcze blasku ciału, przeglądającemu jak przez
sieć albo przez kratę, dodawały.
Szyję zdobiły najprzód koralami, potem
koralami z perłami przeplatanymi, potem samymi perłami, potem
łańcuszkami złotymi, na ostatku wąską aksamitką
czarną, od której spadał między piersi misternej roboty
krzyżyk diamentowy lub inny jaki portrecik kamelizowany, albo też bez
żadnej figury drogi kamień świecący. Jakie zaś
było noszenie na szyi, takie być musiały manele na ręku;
pierścionków zaś im więcej na palcach, tym lepiej ręka
ubrana. Do uszów przypinały najprzód zauszniczki małe perłowe
lub rubinkowe; w złoto oprawne, potem większe w figurę róży
z brylantów prawdziwych albo czeskich; te dwa gatunki przetykały przez
brzusiec ucha, szpilką za młodu przekłutego. Na ostatek
wymyślili zausznice wielkie jak grona winne wiszące z pereł i
brylantów, które że uszy przerywały, przeto nie przez ucho, ale za
ucho na stronie mocnej bywały zakładane.
Wychodząc z domów na otwarte powietrze,
używały na głowę i całą twarz spuszczanych kwefów
czarnych krepinowych albo też jedwabnych, w siatkę robionych; przez
takie kwefy mogła dama dobrze wszystko widzieć i być
widzianą; było to bardziej służące dla modestii,
osobliwie w kościołach, jak dla uniknienia ogorzelizny. Na ręce
kładły rękawiczki irchowe, po łokieć długie,
palczaste albo też bez czterech palców, klapką, jedwabiem i
złotem lub srebrem wyszywaną, przykrywanych, o jednym paluchu,
wpół palca krótkim, na wielki palec. Te rękawiczki były w
różnych kolorach, częstokroć do koloru sukni stosowane. Drugiego
gatunku używały rękawiczek jedwabnych czarnych, kształtem
siatki albo pończochy dzierzganych; te zawsze były o jednym palcu, z
klapką bez wyszywania na inne cztery palce spadającą, i
zwały się takie rękawiczki-mitynki; lepiej by je było
nazywać "nitynkami", od nici, z których były robione.
Uboższe-takie mitynki robiły sobie z nici białych lnianych. Bez
wachlarza nigdy nie były w drodze i na przechadzce, a nawet i w domach
zasłaniały się nim od słońca i chłodziły
powiewaniem onego, mianowicie, kiedy były tańcem lub inną
jaką agitacją zmordowane. Wachlarz najmodniejszy był i
najdroższy, który miał żebra z słoniowej kości
kitajką, malowaniem chińskim ozdobioną, powleczone. Podlejsze
wachlarze były z drewna i papieru z malowidłem, czyli drukiem albo
wybijaniem różnych figur i kwiatów.
Pończochy były w modzie zimową
porą wełniane, rozmaicie farbowane, u bogatszych kastorowe, to jest z
bobrowej szerści, latem pończocha czarna albo innego koloru
włóczkowa, cienka, i jedwabna. Zarzuciły niedługo te wszelakie
pończochy, a rzuciły się do jedwabnych lub nicianych, cienkich,
samego białego koloru, ponieważ w takich wydaje się noga subtelniejsza;
i choć w mróz dokucza zimno, ale za to nadgradza ukontentowanie, które
znajduje dama w swojej sarniej nodze, choć to nieprawda, kiedy niejedna,
lubo w jedwabnej pończosze, ma giczały grube jak stępory.
Podwiązek zażywały dawniej ze wstążek, potem
pasamońskiej roboty, złotem lub srebrem przerabianych, szerokich, na
tasiemkę jedwabną lub wstążkę zawiązowanych; na
ostatku zapinały podwiązki sprzączką brylantową albo
pertową do garnituru sprzączki u trzewika*; takie podwiązki
były zdobyczą dworskich łotrzyków, którzy pod pozorem amorów,
jakoby "na nezabudesz", głupie panny, męża
pragnące, z tychże podwiązków i pierścionków obdzierali, z
czego sprzedanego oporządzali sobie rządziki na konie, szable i
ładownice.
Trzewiki najdawniej w modzie były u dam
dystyngwowanych irchowe, malowane w kwiaty. Ta moda już zaczęła
schodzić z nóg dystyngwowańszych osób w początkach panowania
Augusta III, a przechodzić, jak wszystkie inne mody, do niższego
stanu i mniejszego majątku, mianowicie do szynkarek i innych służebnic
miejskich. Damy zaś dystyngwowane po zarzuceniu trzewika malowanego
obuły się w czarny zamszowy, pręgą na trzy palce
szeroką od wierszchu aż do palców srebrem lub zlotem haftowaną,
ozdobiony: Proste szlachcianki i wiejskie kobiety zażywały trzewika
czarnego gładkiego, skórzanego, a niektóre w błotne czasy i zimowe
bocików opiętych, z cholewami pod kolano długimi, na klocku cienkim,
tak jak u trzewika. Zażywały też bociąt i trzewików
żółtych i czerwonych, ale tylko Podlaszanki i Lublinianki; wszystkie
zaś ruskie kobiety chłopskie więcej używały botów
krojem męskim z podkówkami niż trzewików, które bardzo rzadko w
tamtych stronach na prostych kobietach dawały się widzieć, i to
najwięcej na popich żonach, córkach i młynarskich.
W średnich latach panowania Augusta III
nastały trzewiki bławatne, atłasowe i grodetorowe rozmaitych
kolorów, gładkie, bez haftu, nie już jak dawniejsze tasiemką
albo wstążką zawiązywane, ale zapinane na
sprzączkę srebrną, która w początkach swoich była
mała, wąska, potem przerobiona na wielką, cały niemal
wierszch nogi okrywającą, miejsce miała niedaleko od palców, po
które miejsce trzewik był wykrojony. Był to sztuczny wynalazek, przez
który stopa, choć duża jak niedźwiedzia łapa, wydawała
się małą. Te trzewiki nagle się rozszerzyły po
całej płci białej, tak szlacheckiej, jak miejskiej kondycji;
już ani szynkarki, ani kucharki, ani młodszej, czyli pokojowej
dziewczyny, nie obaczył, tylko w bławatnym trzewiku. Zbytek się
coraz bardziej pomnażał. Majętna płeć, która przedtem
obyła się, mówiąc o jednej osobie, czterma parami trzewików
skórzanych na rok, do obmycia i ochędożenia sposobnych, potem
potrzebowała co miesiąc, a wymyślniejsza co tydzień
inszych, bo lada plamka na trzewiku bławatnym zrobiona już go z
garderoby pani rugowała. Za czym spadały takowe trzewiki na
służebnice, a przeto najlichszego szurgota nie widać było w
innym trzewiku, tylko w bławatnym, choć przydeptanym i
ziewającym.
Szewcy warszawscy niezmiernie profitowali na tym
towarze, który z tego miasta rozchodził się po całym kraju; i
choć po innych miastach robiono takież trzewiki, nie miały
jednak takiego szacunku jak warszawskie; co większa, z ręki
tegoż samego szewca, który w Warszawie robił bardzo gustowne
trzewiki, już się nie wydawały takie, skoro się przeniósł
do innego miasta. Mężowie dla żon, ojcowie dla córek,
kawalerowie dla dam wyprowadzali takie trzewiki tuzinami i kopami; w prezentach
nawet przedślubnych niepoślednie trzymał miejsce warszawski
trzewik.
Wśród panowania Augusta III ukazały się
salopy na dwóch Francuzkach w Warszawie, Bersouville zwanych, z których
się najprzód śmiano, jako stroju dziwackiego, mere do płaszcza z
kapturem bernardyńskim podobnego; lecz powoli oko nabrało gustu do
tego, co mu się pierwszy raz śmiesznym zdawało. Nie wyszło
pół roku czasu, a już połowa dystyngwowańszej płci
białej przykryła się salopami. Salopy pierwsze były z samej
kitajki czarnej, niczym nie podszyte. Potem nastały podszywane rozmaitym
futrem lub kitajką, albo atłasem czerwonym, na wacie jedwabnej dla
ciepła; oprócz zaś tego podszywania rozróżniły się
jeszcze i tym od pierwszych salop, że tamte były do kolan krótkie,
teraźniejsze zaś zostały niemal po pięty długie. Lecz
nie wszystkie są takimi, wymyśliły sobie znowu
białogłowy półsalopia; te są krótkie po pas z końcami
na przedzie dłuższymi i z kapturkiem małym.
Salopa jest suknia bardzo uczciwa i wygodna,
najpierwszą ma zaletę od skromności, zasłaniając
albowiem całą osobę, ukrywa przed okiem lubieżnym
talią, czyli stan, i gors, czyli piersi, dwie pokusy najmocniejsze.
Powiadają jednak, iż salopa wymyślona jest nie z tak
pobożnej przyczyny, ale od garbatej osoby, która nie mogąc się
pokazać kształtną, szukała sposobu, jak by
ułomność swoją pokryć mogła. Druga wygoda z
salopy, że może być prędko na osobę włożona,
w czym przysługuje się białogłowom skrzętnym,
niedbałym o strój, leniwym do ubioru i nagle zdybanym. Trzecia, że
okrywa niedostatek; ujdzie pod nią i kożuch barani, i suknia lada
jaka, byle była salopa dobra.
Rogówki nastały niedługo po salopach;
były z początku małe, potem stały się wielkimi, do
trzech łokci u dołu szerokimi. Nie zażywały rogówek innej
kondycji damy, tylko szlacheckie, senatorskie i tym służące
panny. Wiele razy pokusiła się która mieszczka ustroić w
rogówkę, zawsze jej afront zrobiono, dla czego w samym tylko
dystyngwowanym stanie rogówki się rozdymały. Rogówka była to
spódnica z płótna, na trzech obręczach z wielorybiej kości
obszyta, na jednej w pas, na drugiej w kolano, na trzeciej wpół
łydki. Te obręcze nie były okrągłe jak na beczce, ale
spłaszczone do podługowatości na kształt wanny owalnej.
Brały najprzód damy, strojące się w rogówkę, spódnicę
materialną, fetką lub przeszywaną, podług pory czasu; na
nią kładły rogówkę, a na rogówkę dopiero
wdziewały suknią wielką, jaka była w modzie. Nic nie
było niewygodniejszego dla dam i mężczyzn nad te rogówki;
wszędzie w tym stroju było im ciasno. Siadłszy dwie koło
siebie w karecie, musiała jedna drugą przykryć skrzydłem od
rogówki, gdy z nich jedna była wyższa, druga niższa. Toż
samo działo się przy stole, osobliwie w ciasnym zasadzeniu.
Jeżeli Polak siedział wedle damy, nic to czuprynie jego nie
szkodziło, choć go po głowie rogówka głaskała.
Jeżeli zaś Niemiec albo druga dama, popsowała się fryzura i
kornety, które wstawszy od stołu trzeba było z nowa trefić i
poprawiać. Najśmieszniejszy zaś był widok, kiedy jakiemu
Niemcowi, a jeszcze łysemu, nieostrożnym rogówki poruszeniem dama
zemknęła perukę z głowy. Te jednak przypadki żadnej
nie sprawiały urazy, bo moda trzymała wszystkich pod prawem swojej
podległości.
Jako zaś nie masz nic
tak złego w rzeczach ziemskich, żeby oraz nie miały w sobie
jakiej cząstki dobroci, tak też i rogówki, lubo swoim nosicielkom i
sąsiadującym z nimi sprawiały wielką subiekcją, atoli
w zwadliwych kompaniach służyły za fortece. Niejeden tchórz,
skoro rzecz wytoczyła się do szabel, skrył się pod
rogówkę i gdy drudzy karbowali sobie łby, nosy, policzki, obcinali
ręce, on w dobrym zdrowiu pod rogówką przesiedział
zawieruchę, bo już go tam nicht atakować nie śmiał, ile
kiedy jedna go nakryła, a drugie, w kąt zbite na kształt wałów
i szańców, rogówkami nie dozwalały przystępu. Rogówki nie
trwały dłużej w częstym zażywaniu nad
piętnaście lat. Z początku żadna dama na publicznym widoku
nie pokazała się bez rogówki, nawet i w domu przy gościu. Potem
zaczęli brać rogówki tylko na wielkie publiki, na kompanie, na bale,
a nareszcie ku ostatnim latom panowania Augusta III te gmachy zawadzające
w cale zostały zarzucone, wyjąwszy dni galowe niektóre u dworu, do
całowania ręki królewskiej damom senatorskim przeznaczone; w takowe
dni prezentowały się damy królowi w robach, a zatem na rogówkach.
Roba jest czarna suknia, krojem kabata dziecinnego z tylu sznurowana,
mająca rękawy po łokieć krótkie, od tegoż łokcia
aż do ramienia koronkami białymi jak najprzedniejszymi bryzowane, z
tyłu ogon długi, zamiatający pokoje.
|