|
Lubo wielcy panowie i można szlachta przez
cały rok zabawiali się bankietami i tańcami, bardzo często
spraszając do siebie gości z rozmaitych okazji, jako to: na
święta Bożego Narodzenia, na Wielkanoc, na Zielone
Świątki, na imieniny, na chrzciny, na zaręczyny, na wesela;
najwięcej jednak takowych ochot sprawiali sobie począwszy od
Tłustego Czwartku aż do Wstępnej Środy; często
zaś bardzo rozszalawszy się, choć przy postnych potrawach,
gwałcili tańcami i pijatyką i Wstępną Środę,
i Wstępny Czwartek, ledwo hamując się w swywoli w pierwszy
piątek postny, który to dzień, jako piątek marcowy, a jeszcze
pierwszy, nabożeństwu do Serca Pana Jezusowego poświęcony,
był w wielkiej obserwie; przeto już w niego tańcować nie
śmieli, ale co pić, to bynajmniej nie przestawali, zalewając
suchoty i postne potrawy rozmaitymi trunkami i niby spłukując z
gardzielów tłustości mięsopustne.
W domach atoli biskupich i duchownych tańce nie
trwały dłużej jak do świtu Wstępnej Środy, i to
tylko tam, gdzie się młodzieży zbyt nogi rozbiegały, a
gospodarz łagodny, niesurowy obserwant czasów kościelnych, nie
chciał im psuć wesołej fantazji, dysymulując tę
wiolencją postu świętego, póki sami, zmordowani, nie przestali.
Bo u skrupulatów, między jakowymi prym trzymał Sierakowski, biskup
przemyślski, a potem arcybiskup lwowski, nad dwunastą godzinę
północną w ostatni wtorek na środę ani raz w taniec
nogą posunąć nie wolno było. Skoro ta wybiła, zaraz
dudy w miech, a kompania do poduszki rozejść się musiała.
Co też zachowywano i po wielu świeckich domach gospodarstwa laty obciążonego,
pobożności bardziej niż światowym uciechom przychylnego,
mianowicie gdzie jegomość albo jejmość, albo też oboje
państwo wpisani byli w jaki zakon tercjarski.
Takowe uciechy działy się po pańskich
domach między przyjaciołmi zaproszonymi. Niższej zaś
fortuny szlachta wyprawiała kuligi, które były takowe: dwóch albo
trzech sąsiadów zmówili się z sobą, zabrali z sobą
żony, córki, synów, czeladź służącą i co tylko
mieli w domu dorosłego, nie zostawując w nim, tylko małe dzieci
pod dozorem jakich dwojga osób, mężczyzny i niewiasty. Sami zaś
wpakowawszy się na sanki albo gdy sanny nie było, na kolaski, karety,
wózki, na konie wierszchowe, jak kto mógł, jachali do sąsiada
pobliższego ani proszeni od niego, ani przestrzegłszy go, żeby
się im nie skrył albo nie ujechał z domu. Tam go zaskoczywszy,
rozkazywali sobie dawać jeść, pić, koniom i ludziom, bez
wszelkiej ceremonii, właśnie jak żołnierze na egzekucji,
póty u niego deboszując, póki do szczętu nie wypróżnili mu
piwnicy, szpiżarni i szpichlerza; gdy już wyżarli i wypili
wszystko, co było, brali owego nieboraka z sobą, z całą
jego familią i ciągnęli do innego sąsiada, któremu
podobneż pustki zrobiwszy, ciągnęli dalej, aż póki w kolej
do tych, którzy zaczęli kulig, nie doszli. Ci zaś, że pospolicie
byli najmniej majętni, a do tego garłacze koronni, nie mający
zaległych trunkami piwnic ani zapaśnych szpiżarniów,
niedługo w domach swoich kompanią zabawili, ile już deboszami w
innych domach dostatniejszych znużoną.
Poczynały się te kuligi zwyczajnie w
przedostatni tydzień zapustny i trwały do Wstępnej Środy.
Że takowe kuligi najwięcej bawiły się pijatyką i
obżarstwem, przeto mniej dbając o tańce, przestawali na jakim
takim skrzypku, czasem z karczmy porwanym albo między
służącą czeladzią wynalezionym; chyba że gospodarz
miał swoją domową kapelę albo też rozochocony
posłał po nią gdzie do miasta. Najsławniejsze co do
pijatyki i brawury te kuligi były w województwie rawskim, gdzie się
nieraz krwią oblewały, a jeżeli się kto obcy przez
niewiadomość wmięszał do tego kuligu, a nie podobał
się mu albo nie mógł wystarczyć zdrowiem pijaństwu, zbili
jak leśne jabłko, suknie w płatki na nim podrapali i
wypędzili, jakoby dla słabego zdrowia niegodnego tak dzielnej
kompanii.
Tak na kuligu, jako też i bez niego, w kuse dni
zapustne (tak albowiem nazywano ostatnie trzy dni zapustne) przestrajali
się i przekształcali w różne figury: mężczyźni za
Żydów, za Cyganów, za olejkarzów, za chłopów, za dziadów, niewiasty
podobnież za Żydówki, za Cyganki, za wiejskie kobiety i dziewki, udając
mową i gestami takie osoby, jakich postać na siebie brali; w ostatni
zaś wtorek jeden z między kompanii ubrał się za
księdza, włożywszy na suknie zamiast komży koszulę, a
zamiast stuły pas na szyi zawiesiwszy, stanął w kącie
pokoju na stołku, kobiercem do ściany przybitym w pół pasa
zasłoniony, wydając się jak w ambonie; miał kazanie z
jakiej śmiesznej materii; i to było już po skończonych
tańcach na kształt pożegnania zapustnego.
Po wieczerzy mięsnej w ostatni wtorek dawali
około godziny dwunastej północnej mleko, jajca i śledzie,
przegrawając niejako tymi potrawami następującemu postowi i niby
po stopniach od mięsa przez nabiał do niego przystępując.
Ta maślana kolacja zwała się podkurek; była wszędzie w
używaniu tak w wielkich domach, jako też w małych.
Po wielkich miastach w Stępną
Środę czeladź jakiego cechu, poubierawszy się za dziadów i
Cyganów, a jednego z między siebie ustroiwszy za niedźwiedzia,
czarnym kożuchem, futrem na wierszch wywróconym, okrytego i około nóg
czysto jak niedźwiedź poobwiązywanego, wodzili od domu do domu,
różnych figlów z nim dokazując, którymi grosze i trunki z pospólstwa,
chciwego na takie widoki, wyłudzali. Inni znowu, spory kloc do
łańcucha przyprawiwszy, chwytali dziewki służebne; złapaną
wprzęgali do pomienionego kloca, przymuszając do ciągnienia póty
od domu do domu, póki innej nie złapali dla uwolnienia pierwszej.
Początek tej swawoli wziął się od zalotnika wzgardzonego i
stał się powszechną karą na dziewki dorosłe, które za
mąż nie poszły, chociaż się im dusznie pragnącym
tego szczęścia nie dostało.
Podobne swawole praktykowały się i po wsiach
między parobkami i dziewkami; ale najwięcej na wsiach w ostatni
wtorek bywało we zwyczaju obnoszenie po chałupach przez parobczaków
kurka drewnianego na dwóch kółkach małych z dyszlem, czyli raczej
kijem, osadzonego, na którego kurka, jakby na prawdziwego koguta, dziewek i
gospodyniów zapraszali, a te rozumiejące tę ceremonią
dawały im ser, masło, szperki, kiełbasy, jajca, z czego w samej
rzeczy mogli zrobić ucztę nie lada jaką, przykupiwszy do tego
gorzałki i piwa, bez czego się nie obeszło.
Zaś przy
kościołach w Stępną Środę po miastach
chłopcy, studencikowie, czatowali na wchodzącą do
kościoła białą płeć, której przypinali na plecach
kurze nogi, skorupy od jajec, indycze szyje, rury wołowe i inne tym
podobne materklasy; tak zaś to sprawnie robili, że tego osoba
dostająca nie czuła, bo to plugastwo było uwiązane na
sznurku lub nici, do końca której była przyprawiona szpilka
zakrzywiona jak wędka, więc chłopiec do takich figlów
wyćwiczony byle się dotchnął ową szpilką sukni,
wraz i figla na osobie zawiesił. A ta ni o czym nie wiedząc,
pięknie przybraną i wiele razy będąca dystyngwowaną,
postępowała w kościół z dobrą miną, gdy tymczasem
wiszącym na plecach kawalcem pustym głowom śmiech z siebie
czyniła, którym się i sama, na koniec od kogo roztropnego uwolniona
od wisielca, zarumienić musiała.
|