|
Tacyt pisze, iż starodawnych Niemców pokarmem
były poma agrestia, recens fera (jabłka ziemne, zwierzyna
świeża). Nie odmienił się smak do tej strawy i
teraźniejszym Niemcom; jest to i teraz ich specjałem z tą tylko
różnicą, iż dawni Niemcy lubili zwierzynę
świeżą, według słów Tacyta wyżej wyrażonych:
recens fera, teraźniejsi zaś wolą skruszałą, gdy
już swędzić zaczyna i gdy brzuszki ptastwa zielonego koloru
nabywają. Jabłka zaś ziemne, czyli ziemniaki, a po
teraźniejszemu kartofle, bądź świeże, bądź
stare, w jednej utrzymując się porze, równą też apetytowi
sprawują satysfakcją. To z okoliczności związku
namieniwszy, przystępuję teraz do czasu, którego się kartofle w
Polszcze i gdzie najpierwej zjawiły. Zjawiły się najprzód za
Augusta III w ekonomiach królewskich, które samymi Niemcami, Sasami-ekonomistami
osadzone były, a ci dla swojej wygody ten owoc z Saksonii z sobą
przynieśli i w Polszcze rozmnożyli.
Długo Polacy brzydzili się kartoflami, mieli
je za szkodliwe zdrowiu, a nawet niektórzy księża wmawiali w lud
prosty takową opinią, nie żeby jej sami dawali wiarę, ale
żeby ludzie, przywyknąwszy niemieckim smakiem do kartoflów, mąki
z nich jak tamci nie robili i za pszenną nie przedawali, przez co by
potrzebującym mąki przez się pszennej do ofiary ołtarzowej,
mąką kartoflową, choćby i z pszenną zmięszaną,
zawód świętokradzki czynili.
Powoli rolnicy w ekonomiach królewskich zaczęli
od Niemców nabywać kartofli, od tych znowu pograniczni. Nareszcie gdy
kartofle były znajome po Żuławach gdańskich, po Holendrach
wielkopolskich i litewskich, gdy do Wielkiej Polski przyszło kilkaset
familii Szwabów, którymi panowie niektórzy, a mianowicie miasto Poznań,
wsie swoje całe, wypędziwszy dawnych chłopów polskich,
poosadzali, ci przychodniowie, przyuczeni w swoich krajach żyć niemal
samymi kartoflami, najbardziej do nich polskim chłopom, a od tych
szlachcie apetyt naprawili, tak że na końcu panowania Augusta III
kartofle znajome były wszędzie w Polszcze, w Litwie i na Rusi.
Póki nie znano kartofli, używano bulwów. Jest to
owoc podobny do kartofli z tą różnicą, że jest ogromniejszy;
pod jedną łodygą będzie czterdzieści i
pięćdziesiąt bulwów, na kształt kłębka w
kupę cienkimi jak nić wyrostkami splątanych; smak mają ten
sam co kartofle, ale odor przeraźliwy, podobny do pluskwy. Łodyga
bulwy wysoka na półtora chłopa, gruba na cal. Po zaplenieniu
kartoflów zarzucono bulwy.
O zabawach domowych
Biała płeć szlacheckiej kondycji
zabawiała się szyciem, haftowaniem na stębenku i krosienkach
tudzież robieniem pończoch. Damy wysokiego urodzenia najwięcej
zabawiały się wiązaniem siatki z cienkiej nici białej,
której do stroju swego na głowę zamiast koronek i na fartuchy
używały; oprócz tego niektóre pobożne robiły do
kościołów alby, tuwalnie i ornaty. Taż sama zabawa była dam
miejskiej kondycji majętnych.
Mężczyźni najwięcej bawili się
polowaniem, które wszędzie każdemu po cudzych kniejach tak wolne
było jak po swoich własnych; i nicht nie mógł zbraniać
polowania sąsiadowi, a choćby i zza dziesiątej granicy
przybylcowi, plądrującemu po swoich kniejach i polach. Wszakże
tej wolności, prawem dla wszystkich pozwolonej, wielcy panowie nie
dopuszczali nikomu w swoich dobrach, goniąc i bijąc takowych, którzy
się w pańską knieją zapuszczać swoje myślistwo
odważali. Z czego częstokroć przychodziło do zabójstwa, a
potem do procesu prawnego.
Po odbytym myślistwie w wieczorne chwile bawili
się Polacy rozmowami o szczęściu polowania, kuflem i kartami
albo też warcabami lub kościami. Taż sama zabawa była w dni
święte, w które się polować nie godziło, i w czasy nie
służące do polowania.
Młodzież obojej płci zabawiała
się różnymi igraszkami uczciwymi, a to w godziny wieczorne,
najwięcej w dni uroczyste, aby w próżnowaniu nie nudziła. Te
zaś igraszki działy się w obecności starszych, dozierających
przystojności i z młodocianych krotofili ukontentowanie dla siebie
znajdujących, a czasem do takich igraszek między młodzież
mięszających się. Te zaś igraszki były: ślepa
babka, gdy jedna osoba z zawiązanymi oczami póty musiała biegać
po izbie, póki drugiej z kompanii grających nie złapała; ci
zaś wszyscy, którzy grali, rozpierszchnąwszy się po izbie,
powinni byli jękiem odzywać się ślepej babce; ale
jęknąwszy, co prędzej uchodzili w inne miejsce, przeto trudne
było schwytanie; złapany lub złapana musiał znowu
biegać po izbie z zawiązanymi oczami, póki innej nie złapał
osoby.
Druga igraszka zależała na pytaniach i
odpowiedziach; na przykład pytanie wzięto: "Na co się
słoma przyda?" - Każdy za koleją musiał
odpowiedzieć, i to szło w kolej do kilku razy; więc kiedy
się przebrało odpowiedzi coraz nowych, gdyż powiedzianych
powtarzać nie wolno było, rosła trudność, zatem kto
nie mógł wprędce odpowiedzieć, musiał dać fant, który
po skończonej grze musiał wykupić jaką pokutą, od
siedzącej wedle siebie osoby naznaczoną. Która iż bywała
nakazywana w alegorycznych terminach, osobliwie między dworakami,
niejednego nowicjusza lub nowicjuszkę wstydu i mozołu nabawiła,
na przykład gdy kazano przynieść węgiel rozpalony w uchu, a
to znaczyło ucho u klucza, albo pokazać pannie wstydliwy członek
lub gołe kolano, co znaczyło oko, łokieć u ręki. Która
zaś tego nie wiedziała, zabierała się do ucieczki od
takiego dekretu; toż dopiero naśmiawszy się z niej
dopowiedziano, co miała pokazać. Tymi i tym podobnymi zabawkami
zbywali chwile wieczorne młodzi ludzie, gdy im zbywało na lepszej zabawie.
|