|
Reduty zjawiły się najpierwej w Warszawie w
średnich latach panowania Augusta III, odprawiały się tylko w
jednym miejscu na całą Warszawę i tylko w zapusty,
począwszy od Nowego Roku aż do Wstępnej Środy, dwa razy w
tydzień: we wtorek i we czwartek. Wprowadził je i utrzymował
przez lat kilkanaście sam jeden tylko Salvador, Włoch rodem,
mięszkaniec warszawski. Ku końcu panowania Augusta reduty, w
początkach samym tylko panom znajome, poczęły zwabiać do
siebie i pospólstwo; już jedno miejsce było dla nich małe, przeto
pan Salvador dostał emulantów, którzy przykładem jego reduty w kilku
miejscach pozakladali. Nie tylko zaś co do liczby, ale też co do
czasu rozszerzyły się reduty. Bywały pierwsze przez
sześć tygodni przed adwentem, drugie przed wielkim postem w zapusty,
jako się wyżej opisało; także żeby się do
sytości tą zabawą ludzie nacieszyli, przydano redutom
więcej dni, więc bywały w niedzielę, poniedziałek,
wtorek, środę i czwartek; ledwo sobie swawolnicy dali czasu do
wytchnienia przez piątek i sobotę. Nie mieli także dosyć
zabawiać się redutami na jednym miejscu, ale się
przejeżdżali z jednych na drugie, płacąc wszędzie nowe
antre, czyli wchodne. Jeżeli zaś miał kto intencją
powrócić na pierwsze reduty, z których wyjechał, to się
opowiedział antreprenerowi i wziął od niego bilet, przeto
powracając już nie płacił drugiego antre.
Nie godziło się wchodzić na reduty z
bronią, także bez maski, czyli larwy, na twarzy. Tę jednak
maskę osoby pierwszej rangi i szlachta, gdy chcieli, mogli zdjąć
z twarzy, mogli jej nawet wcale nie kłaść na twarz, lecz dla
zachowania postanowienia mogli ją przywiązać do ręki blisko
- ramienia albo zatchnąć za kapelusz lub czapkę; ponieważ
maska na to tylko była postanowioną, żeby równość
między kompanią, za równe pieniądze cieszącą się,
bez zniewagi lub ujmy honoru czyjejkolwiek mogła być zachowana.
Człowiek podłej kondycji, jeżeli się demaskował, tym
samym wyłączał siebie samego od społeczeństwa z
zacniejszymi; ale póki był pod maską, nicht go nie mógł
pogardzać i krzywdę mu czynić, choćby wiedział,
że to człowiek podły, bez ściągnienia na siebie rygoru
sądów marszałkowskich, pod których protekcją i za pozwoleniem
dobrze opłaconym odprawiały się, obyczajami swymi,
właśnie jak prawami kardynalnymi obwarowane, reduty. Szewc, krawiec i
inny jakikolwiek rzemieślniczek, okryty maską, hulał sobie za
równo z panami. Skoroby ją zaś zdjął i chciał się
z kim godniejszym spoufalić, natychmiast zostałby zafrontowany.
Oprócz zaś gminu obojej płci, który się
dlatego przez całe reduty nie demaskował, chodziły okryte
maską i inne, dystyngwowane osoby, gdy poznanymi być nie
chciały, Szpiegując mąż żonę albo amant
amantkę i na wspak, z kim i czym się bawi. Którzy zaś nie mieli
przyczyny tajenia się i szpiegowania, pospolicie po jednym lub drugim
przeńściu się po pokojach zdejmowali maski z twarzy dla
wolniejszego oddechu.
Zabawa redut była trojaka: taniec, gra w karty i
przypatrywanie się jedni drugim. Chodząc po pokojach tam i sam,
różne maski jedne drugich napastowały w dobry sposób,
zatrzymując i zgadując, kto jest pod maską; ten zaś
tając osobę swoją, potrząsając głową i
mrucząc odmiennym głosem, zapierał się tej osoby,
którą go być mniemali; i to była zabawka największa kobiet,
gdy nie były w tańcu. Dla pierwszej pary mającej
tańcować stało krzesło na sali; kto się chciał
docisnąć do pierwszej pary w taniec, starał się
usadzić damę swoją na tym krześle, z którą miał
tańcować, stanąwszy sam przy niej; i gdy się tego
domieścił, około czego trzeba się było nieleniwego
zawinąć, już mu nicht nie brał pierwszeństwa.
Reduty bywały liczne na początku i na
końcu; zjeżdżało się na jedne, pryncypałniejsze,
po pięćset par masek, do tańca szło gazem po
pięćdziesiąt par oprócz tych, którzy w osobnej pomniejszej sali
rozmaite tańce cudzoziemskie tańcowali. W środku, gdy się
nimi nasycili, nie bywało ciżby. Wtenczas najwięcej tylko ci
służyli redutom, którzy dla zysku kart pilnowali, z kobiet zaś
same wielkie panie, które chyba z przyczyny niezdrowia reduty opuszczały.
Na redutach po zapłaconym bilecie te dwie rzeczy
służyły wszystkim w powszechności darmo: światło
i kapela. Resztę trzeba było sowicie opłacić, której kto
potrzebował do posiłku. Szklanki wody czystej nie dano tam darmo;
trzeba było za nią, pijąc w kredensie tam, gdzie stała,
dać dwanaście groszy, a jeżeli miała być przyniesiona
do innego pokoju, to tak drogo jak zaprawna. Szklanka limoniady
półkwartowa - tynfa, szklanka orżady mniejsza-tynfa, filiżanka
herbaty-dwanaście groszy, filiżanka kawy - tynfa, filiżanka
czokolady - dwa tynfy. Piwo krajowe na redutach nie było w modzie;
oznaczało wieśniaka, kto go żądał. Piwa angielskiego
butelka kwartowa - cztery tynfy; wina francuskiego do wody butelka takaż -
dwa tynfy; wina węgierskiego, dosyć ordynaryjnego, butelka - osim
tynfów, lepszego - czerwony złoty, szampańskiego butelka-czerwony
złoty, ryńskiego-czerwony złoty, burgunskiego -
dziewięć tynfów. Kapłon pieczony - taler bity, para kuropatw
zaprawnych -czerwony złoty. Pieczeń cielęca w ćwiartce
całkowitej -taler bity; w zrazach na półmisku - od osoby po tynfie,
do czego dano po bułce chleba francuskiego. Wołowych pieczeniów i
innych potraw grubych nie dawano. Kto chciał mieć kolacją z
gorących potraw, miał ją zapłaciwszy od osoby po czerwonym
złotym; kto zaś chciał tylko posiłku z samych zimnych
rzeczy, dostał wszystkiego, czego chciał, szynków, ozorów, salsesonów
etc., zapłaciwszy każdą rzecz.
Sług niczyich na reduty nie wpuszczano,
ponieważ też tam żadnej usługi innej nie potrzebowano,
tylko do jadła i napoju, do czego byli służebnicy antreprenera, czyli
gospodarza redut. Jeżeli zaś kto potrzebował swego sługi w
jakiej potrzebie, mógł wyniść z sali i tam go
przywołać, ale nie dalej jak za próg przed wartę, ponieważ
gdyby wyszedł dalej, tedy nie byłby wpuszczony na powrót na reduty,
chyba za nowym biletem opłaconym. Jedzącym, pijącym i
tańcującym ażeby nie schodziło na niczym do wygody, blisko
sali redutnej był jeden pokój pełen na pawimencie stolców, a na
półkach urynałów, gdzie goście składali ciężary
natury.
Każdym redutom asystowała warta od gwardii
koronnej przy drzwiach wchodnich: czterech żołnierzy za drzwiami, a
dwóch przy tychże drzwiach, z jednym oficjerem w środku sali dla
dozoru spokojności i przystojności. Kto hałas zrobił,
natychmiast przez oficjera i żołnierzy był wyrugowany za drzwi;
tam się musiał odmaskować, jeżeli był w masce; oficjer
sądził o osobie i podług swego rozsądku z nią
postępował. Jeżeli osoba wyprowadzona za drzwi uznana była
za podlą, kazał wziąć dla wypoczynku po fatydze redutnej do
kozy albo też w miejscu kijem wytrzepać plecy. Jeżeli
hałaśnik był godny człowiek; oficjer nie wchodząc w
roztrząsanie uczynku tym go tylko ukarał, że go więcej na
reduty nie wpuścił, a kłócący się z sobą nazajutrz
krzywd swoich prawem lub pojedynkiem wetowali; tym drugim zaś sposobem
najczęściej wtenczas, gdy w kłótnią wchodził dyshonor
albo jaki afront damie wyrządzony. Przez ten sposób na redutach nigdy
bitwy być nie mogło krwawej, bo wszyscy byli bez broni, i
wszczęta-wprędce była żołnierzem uspokojona. Toż
samo służyło do zachowania wszelkiej przystojności jeszcze
z większym rygorem, bo nie tylko żołnierze, ale wszyscy
redutnicy przykładali się do wyrzucenia z kompanii i okrycia guzami
takiego, który się popełnić płochość jaką,
wstydowi przeciwną, odważył.
Na złamanie wstydu młodzi ludzie mieli inny
sposób: prócz salów i pokojów publicznych, dla całej kompanii otwartych,
antreprenerowie zachowywali pokoje osobne pod swoimi kluczami. Kawaler
umaskowany prosił o klucz do osobnego pokoju, dał od niego
pięć, sześć i więcej czerwonych złotych powiadając,
że chce w osobności wypić butelkę z przyjacielem lub w
karty pograć. Antreprener nie wchodząc w roztrząsanie tego
interesu-bo go dobrze rozumiał i był do niego ministrem-dawał
klucz, kawaler osobę namówioną, pokręciwszy się z nią
tam i sam po salach i pokojach otwartych, nieznacznie wprowadził do tego,
od którego miał klucz, na który się zamknęli i odprawiwszy
konferencją do kompanii powracali. To tylko było w redutach, co
się złym i niegodziwym nazwać mogło, lubo nie wypadało
z układu redut, ale szczególnym było wymysłem antreprenerów dla
zysku swego i nie miało placu, tylko w jednej Warszawie, gdzie obszerne
pałace dla redut najmowano. Inne wszystkie zabawy były uczciwe, a i
ta, co za kluczem, tylko z samej suspicji za złą osądzona.
Drugi sposób do zażycia uciechy wstydliwej
był takowy. Na dziedzińcu przed pałacem redutowym stały
karety najemne przez całą noc dla odwożenia i przywożenia
redutników. Kto tedy chciał ukraść cudzą żonę
albo córkę na godzinę, sekretnie wyniósł się z nią z
redut, czego w wielkiej kompanii dostrzec trudno było. Wsiedli do karety i
albo się zawieźli do jakiego domu, z którego był kawaler lub
dama, albo też kazawszy się wozić w karecie stangretowi po
odległych ulicach, w niej się zjeździli i jakby nigdy nic
powrócili na reduty, z osobna i nieznacznie jedno za drugim wchodząc
między kompanią, między którą daremnie przez ten czas
szukał mąż żony albo matka córki. "A gdzieś ty
była?" - pyta znalazłszy. "Nigdzie - odpowiedziała
śmiało - tańcowałam i chodziłam po pokojach. "-Na
tym przestać musiała inkwizycja, nigdy w takim zawikłaniu nie
docieczona. Takowa swawola była dopiero szczepem lubieżności,
który się pod panowaniem następcy, Stanisława Augusta,
rozkrzewił i rozrósł.*
Tym, co tylko gry kart pilnowali, od każdego
stolika do kart, na długo czy na krótko potrzebowanego, trzeba było
antreprenerowi zapłacić czerwonych złotych dwa wprzód, nim
zasieść do gry, a już za tę zapłatę gracz
najmujący stolika miał darmo świece do grania i kart jednę
talią, którą po grze skończonej należało zostawić
na stoliku z lichtarzami do świec i szczypcami. Taż sama zapłata
należała, choćby gracz albo bankier wcale z nikim nie grał,
dosyć, byle sobie kazał dać stolik i karty; jak się niejednemu
trafiło, gdy wielu pozasiadało stoliki, a niejeden nikogo do grania z
sobą nie dostał, to posiedziawszy godzinę jednę i
drugą próżno, poszedł szukać szczęścia na inne
reduty albo się zabawił tańcem z drugimi.
Zasmakowawszy sobie w redutach warszawskich, z
całego kraju uczęszczający do tej stolicy obywatele i obywatelki
roznieśli je po całym kraju. Przy końcu panowania Augusta III
znane były w Poznaniu, w Lesznie, we Lwowie, w Wilnie. Kalkulowali
sobie-nie wiem, czy rzetelnie, czy pochlebnie-obywatele, iż mniej ich
kosztowały zapusty, odbywając je w mieście przy redutach z
żonami i córkami, niż na wsi przyjmując kompanie z zgrajami
ludzi i koni i to wszystko żywiąc, a przy tym dla dogodzenia
ludzkości, pijatyką i niewczasem zdrowie fatygując. Lecz na
takiej kalkulacji nieraz się omylili, kiedy, nie kontentując się
ordynaryjnymi zabawami redut, skonfederowali się niejako i
sprzysięgli na zbytki. Jeden wziął na siebie osobę kucharza
i reprezentował ją z żoną i córkami, drugi piekarza, trzeci
pasztetnika, czwarty cukiernika, piąty kawiarza, szósty winiarza, inny
znowu kramarza w różnych drobnych fraszkach. I tak owi zmówieni
między sobą szaleńcy te wszystkie wiktuały, trunki i
rzeczy, jakoby na walnym zjeździe albo jarmarku, darmo rozdawali
wszystkim, którzy do nich przychodzili, niby to na kredyt, mając w tym
uciechę, że na próżne pasienie brzuchów osób, po
części nieznajomych i niewartych takich przysmaków, po sto jedno i
drugie czerwonych złotych przez jednę noc potracili. Mądrzejsi
byli ci, którzy do takich trakterniów i kramów uczęszczali jedząc,
pijąc i profitując z cudzego głupstwa.
W Poznaniu reduty nie bywały zbyt liczne,
ponieważ szlachta nie chcieli się bratać z mieszczanami, a
także szlachty nie mogło być wiele z jednego powiatu, przeto
też i reduty nie bywały ludne. Przeciwnie, na miejskich kompaniach
ludność bywała daleko większa, bo się na nie
cisnęli szlachta młodzież, których mieszczanie dobrze
przyjmowali przez respekt wyższego stanu i że sobie mieli za honor,
iż szlacheccy synowie z ich córkami bawić się raczyli, które
domy szlacheckie niegodnymi swoich kompanii poczytały. Lecz te zabawy
miejskie nie były redutami, tylko kompaniami składanymi.
|