|
Dobry pan ze wszech miar August III był tak
nieszczęśliwy, że za jego panowania trzydziestoletniego
żaden sejm nie doszedł.
Dom Czartoryskich, zakrawając z daleka na
detronizacją Augusta, aby zepchnąwszy go z tronu osadził na nim
swego najmilejszego Adasia, wojewody ruskiego syna° (lubo mu się to nie
udało), zrywał sejmy przez subordynowane osoby, zwalając
winę na króla, utyskując na jego nieszczęśliwe panowanie,
że nie masz w kraju żadnego rządu, że król jak bałwan
bez znajomości interesów publicznych o niczym nie wie, na niczym się
nie zna, że cały rząd królestwa oddał jednemu ministrowi,
swojemu ziomkowi Sasowi"; że przeto wyuzdana wolność tak
daleko się rozbrykała, że z lada pozoru odważa się
targać wszystkie węzły i kluby prawa i nie chce dopuścić,
aby przez sejm stała się poprawa nieładu i niemocy krajowej.
Prawdać to jest, że król sam przez się
nie wdawał się w interesa państwa szczególnie, ale ile tylko
mógł, starał się ogólnie, żeby Rzeczpospolita z
nieładu dawnego przyszła do sprawy i do aukcji wojska. Nie
wdawał się sam w układy i projekta, bo nie znał praw polskich,
ale ile tylko mógł, łaskami swymi, szafunkiem urzędów i starostw
ujmował tych wszystkich, którzy się do interesów publicznych zdatnymi
być widzieli, godząc między nimi zawiści,
uśmierzając niechęci uroszczone ku swojej osobie albo ku swemu
ministrowi, bez którego jako Sas bez Sasa obejść się nie
mógł, a który też w żaden sposób interesami polskimi bez rady i
decyzji panów polskich nie tylko nie rządził, ale też bardzo
gorliwie przy swoich zdaniach szczególnych nie obstawał, ogólnie tylko
około tego pracując, żeby się panowie polscy aby na jeden
sejm zgodzili i dojść mu pozwolili. Lecz to była robota
próżna tak z strony królewskiej, jak z strony ministra jego i tych
wszystkich panów polskich, którzy wraz z królem około dojścia sejmów
pracowali, bo partia Czartoryskich, radząc z nimi pospołu i
układając materie sejmowe oraz utyskując wzajemnie na
nieszczęśliwość sejmów, sekretnie obmyśliła
każdemu zrywacza, który zapłacony kilkąset czerwonych
złotych sejm zerwał i uciekł z Warszawy.
Do zerwania sejmu nie zażywano osób rozumem i
miłością dobra publicznego obdarzonych, bo też tego i nie
potrzeba było. Lada poseł ciemny jak noc, utrzymany tym końcem
na sejmiku posłem przez partią Czartoryskich, nie szukając
pozornych przyczyn, odezwał się w poselskiej izbie: "Nie ma
zgody na sejm!" - i to było dosyć do odebrania wszystkim mocy
sejmowania. A gdy go marszałek spytał: "Co za racja?" -
odpowiedział krótko: - "Jestem poseł, nie pozwalam" - i to
powiedziawszy usiadł jak niemy diabeł, na wszystkie prośby i
nalegania innych posłów o danie przyczyny zatamowanego sejmu nic
więcej nie odpowiadając, tylko to jedno: "Jestem
poseł." A potem wymknąwszy się nieznacznie z poselskiej
izby, zaniósł do kancelarii manifest o nieważności sejmu racjami
w gabinecie Czartoryskich nataszowany i w ułożeniu swoim
całkowitym podsunięty zrywaczowi.
Przyczyny używane do zerwania sejmu bywały
czasem pozorne, jaka była natenczas, kiedy Moskwa, wojując z królem
pruskim, rozpościerała się po całej Polszcze. Zrywacze
sejmu użyli pretekstu tego, iż pod bronią obcego
żołnierza wolność jest przyciśniona, a zatem sejm
wolny być nie może, więc żaden być nie powinien.
Czasem bywały w cale niezgrabne i obce, na przykład gdy w roku 1750
Rzeuski, wojewoda podolski, obmyślony ode dworu za marszałka sejmowego,
na ten koniec złożył województwo, ażeby mógł być
posłem, a zatem i marszałkiem. Partia dworowi przeciwna tego
wynalazku transubstancjacji senatora w szlachcica, acz niezwyczajnego, ale nic
dobru publicznemu nieszkodliwego, użyta za przyczynę do zerwania
sejmu; który z tej jedynie przyczyny manifestem został oskarżony za
nieważny. Z podobnejż przyczyny w r. 1762 sejm zerwany został,
że ziemi warszawskiej stanął posłem na sejm syn grafa
Brylla, ministra saskiego, który nie był szlachcicem polskim przez konstytucją;
prawda, że nie był, ale za takiego uznanym był przez dekreta
trybunalskie i jako szlachcic polski z Bryllów z Ocieszyna pochodzący
wziął starostwo warszawskie; co większa, przysięgał na
niego przed Poniatowskim, wojewodą natenczas mazowieckim, ojcem
Stanisława Augusta króla, bez żadnej od kogożkolwiek
kontradykcji. Miany był za polskiego szlachcica przez lat
kilkanaście. Takich i tym podobnych przyczyn zażywali Polacy do
zrywania sejmów.
Gdy zaś jednego roku panowie polscy z królem
uwzięli się koniecznie zrobić sejm aby jeden, i już mu
partie obiedwie dojście poślubiły, niesnaski wszelkie
spomiędzy siebie dla dobra publicznego wygnawszy, zgoła gdy wszyscy
szczerym i niezmyślonym sercem na oko sejmu pożądać zdawali
się, a to było w roku 1746, najprzód zgodnymi głosami do laski
marszałkowskiej zaproszonym został Lubomirski, starosta kazimierski,
wielki jąkała w potocznej, a czysty krasomówca bez zająknienia w
publicznej mowie; potem rugi uspokojone, materia aukcji wojska do 60
tysięcy uchwalona, płaca dla niego obmyślona, co wszystko w
czasie sejmowi opisanym sześcioniedzielnym szło pięknie i
nieprzerwanie. W ostatni dzień, gdy już więcej nie
pozostawało do czynienia, tylko przeczytać całe dzieło i
podpisać, posłowie rozmaici poczęli jeden po drugim w prywatnych
materiach zabierać głosy tak długo, aż się dobrze
zmierszchło, gdzie już ani czytać, ani pisać nie możno
było. Darmo marszałek prosił i wiele innych prosiło tych
ichmościów oratorów, aby te prywatne żądania swoje do innego
sejmu odłożyli, a teraźniejszemu dziełu zbawiennemu,
długo pożądanemu, wziąć ważność
swoję przez podpisy nie przeszkadzali; lecz tych próśb nie
słuchano (bo już tym sposobem zepsuć sejm familia Czartoryskich
postanowiła); póty perorowali, póki się dobrze nie
ściemniało. Gdy już było należycie ciemno, perory
się skończyły; marszałek tedy, ucieszony nadzieją
dokończenia szczęśliwego, zawołał, aby przyniesiono
świce. Lecz te i pochodnie po kilka razy przynoszone, z okrzykiem wielkim,
iż się przy świecach sejmować nie godzi, za każdym
razem we drzwiach izby poselskiej przez nasadzonych na to chustkami, czapkami i
rękami były zagaszone. Siedział marszałek z posłami w
ciemności do dziesiątej godziny, tentując co raz po jednym
zgaszeniu innego światła; na ostatek widząc, że ta rzecz nie
pochodzi od swawoli motłochu służebnego (jak zrazu rozumiano),
ale jest ułożonym z góry sposobem na zepsucie sejmu,
pożegnał i rozpuścił izbę, długą i wielce
tchliwą mowę zakończywszy tymi słowy: "A kto temu
okazją, stet diabolus a degtris eius."
Ten jeden tylko był sejm, który się
ciągnął przez cały czas swój i skończył się,
zostawszy niczym, bez manifestu. Inne sejmy czasem bywały zrywane wkrótce
po obraniu marszałka, czasem i przed obraniem jego. Niektóre też
wlekły się po dwie i trzy niedziele, mianowicie następujący
w Grodnie po świczkowym warszawskim, gdzie winę zerwania sejmu na
króla pruskiego Fryderyka II składano, który na ten koniec kilku
posłów przekupił. Z tych jeden, Rogaliński, sędzia ziemski wschowski,
poseł wielkopolski, wziąwszy w nocy kilkaset czerwonych złotych
od króla pruskiego, nazajutrz publicznie w izbie zabrawszy głos
wyjawił jego przekupstwo i na dokument rzucił na środek izby z
kieską wzięte pieniądze mianując i drugich, którzy pobrali,
i prosząc ich, aby toż samo, co on uczynił, uczynili. Lecz
miasto tego heroizmu powstała wielka wrzawa w izbie proszących o
sąd na Rogalińskiego jakoby za kalumnią. Żwawe z tej i z
owej strony utarczki, do tumultu bliskie, rozerwał marszałek solwowaniem
sesji. A nazajutrz pokazał się manifest od trzecich osób uczyniony o
nieważność sejmu. I tak, czy to była prawda, co
Rogaliński zadał, czy sztuka na zepsucie sejmu, zostało uduszone
i sejm z takiej racji zerwany.
Mówiono atoli i wtenczas, że król pruski nie
wiedziałby, do kogo się udać z między posłów z swoimi
pieniędzmi, gdyby nie był od magnatów informowany. I posłowie na
takową zbrodnią, jaką było zrywanie sejmu, nigdy by
się nie odważyli dla postronnej fakcji, gdyby wiedzieli, że
wszyscy a wszyscy magnaci sejmu pragną; gdyż w takowym razie zrywacz
sejmu, nie mający protektora, byłby nie puszczony z miejsca obrady i
Bóg wie jak prześladowany i batogami zbity i zabity na śmierć,
tak jak się wielom szlachcie trafiało, którzy się pańskim
interesom sprzeciwiali; nicht by się nie ujął za jego
zgubą, a choćby się jaki drugi chudeusz ujął, toby nic
nie wskórał. Gdy zaś względem sejmów dochodzenia i
niedochodzenia partie dworska z Czartoryskimi były rozdwojone, trudno
było ścigać albo prześladować w jaki sposób ostry
sejmu zrywacza, mającego pewną i mocną protekcją magnatów
pod pozorem obrony wolności, bo to było hasłem powszechnym, a na
tym zasadzali wolność, że szlachcic na sejmiku a poseł na
sejmie z głosu swego nikomu sprawiać się nie powinien.
Wolno tedy było zrywać sejmiki i sejmy
bezkarnie. I daleko było bezpieczniej zerwać sejm niżeli sejmik,
bo sejm, jako z wyboru osób złożony, zachowywał cożkolwiek
skromności (wyjąwszy dwa ostatnie: jeden na dwa roki przed
śmiercią królewską, drugi konwokacyjny po jego śmierci, na
których się do szabel porwano). Sejmiki zaś pospolicie odprawiane
tumultem, przemocą i po pijanu, nieraz zrywającego, a nawet i
przeczącego większemu zdaniu na szablach rozniosły, chyba
że z dobranymi pomocnikami dopadł do kancelarii, podpisał
manifest i nim się za nim z koła sejmikowego drużyna pijana
wysypała, zdążył uciec z miejsca sejmiku. Wtenczas dopiero,
obaczywszy manifest, wszyscy jednostajnie osądzili, że nie możno
dalej sejmikować bez zgwałcenia prawa wolnego "nie pozwalam",
które pospolicie nazywano pupilla libertatis, źrenica wolności. A
jeżeli kontradycenta doszli, zrąbali lub też na śmierć
zabili, nim zaniósł manifest, to pupilla libertatis miana była za
zdrową i tatą, choć szablami pokrajana albo z okiem ze łba
wycięta.
Jako do zerwania sejmu nie szukali mocnych przyczyn,
tak tym mniej dbali o nie do zatamowania na jaki czas obrad albo jak natenczas
makaronizmami łacińskimi sadzić było w modzie, do
zatamowania izbie activitatem. Na jednym sejmie w roku 1758 Dylewski,
poseł starodubowski, przez całe trzy dni trzymał izbę w
takowym zatamowaniu za to szczególnie, że go pijarowie przez
niewiadomość w kalendarzyku politycznym posłem nie wydrukowali,
właśnie jakby staranie o kalendarzyków drukowaniu i ich
nieomylności do Rzeczypospolitej należało. I nie dał
się żadnymi prośbami osób najgodniejszych ubłagać,
aże we wszystkich kalendarzykach jeszcze w drukarni będących
omyłkę poprawiono i tak poprawiony kalendarzyk z najniższą
deprekacją ks. rektor pijarski w sutej oprawie jemu ofiarował;
dopiero się uspokoił i activitatem wrócił izbie. Koneksja
drukarni pijarskiej do Rzeczypospolitej była takowa: pijarowie swoją
drukarnią podług przywileju mianowali Drukarnią JKMci i
Rzeczypospolitej, więc pan Dylewski connexe albo stosownie rzeczy
biorąc, słusznie karał Rzecząpospolitą jako panią
za winę jej sługi drukarni. Bo i to trzeba wiedzieć, że
podług dawnego prawa musiał odpowiadać pan za występek
sługi, tę też racją dawał pan Dylewski do zatamowania
activitatis.
Drugi, Franciszek Czarnecki, cześnik i poseł
wołyński na sejmie w roku 1746, zatamował activitatem izbie
poselskiej przez dwa dni, że Wielkopolanie podali projekt do porównania
podatków, chcąc, aby województwa ruskie takież podatki
płaciły, jako i inne. Czego że przedtem nie płaciły,
dlatego Czarnecki na nic pozwolić nie chciał, lecz temu starostwem
rudzińskim prędko gębę zatkano. Takie tamowania activitatis
całej izbie często się zdarzały; nawet gdy poseł,
mówiący nieostrożnie, jakie słowo przeciw drugiemu uraźliwe
powiedział, urażony natychmiast mścił się na
całej izbie. Więc schodzili się do niego tam, gdzie on
siedział, marszałek, posłowie, a na czas i delegowani z senatu,
prosząc o przywrócenie activitatis; dopiero ten nadąsawszy się i
nasapawszy do woli, nasycony prośbami i ukłonami, wracał
activitatem. Toż dopiero dzięki w mowach owemu imci, który się
zmiłował nad ojczyzną i przywrócił jej obrady, miasto tego,
co by on był powinien, na kolanach czołgając się od jednego
do drugiego posła, przepraszać wszystkich za zmarnowanie złośliwe
i głupie drogiego czasu. To tylko jedno wymawiać każdego takiego
mogło, że ponieważ sejmy wszystkie na zerwanie były
przeznaczone, zatem na jedno wyszedł czas: czy był dobrze, czy
źle, czy na obradach, czy na próżnościach strawiony.
A gdy takim sposobem nie było żadnego
pożytku z sejmów, przyszły też nareszcie do takiej pogardy,
że arbitrowie, siedzący wysoko na ławkach, ciskali jabłkami
i gruszkami twardymi na posłów perorujących, osobliwie gdy który
prawił co lada jako. Trafiony w łeb, a jeszcze według mody panującej
natenczas wygolony jak kolano, poseł wołał na marszałka:
"Protestor, mci panie marszałku, o zniewagę charakterowi memu
poselskiemu od arbitra uczynioną" - pokazując takowej
zniewagi jawny i oczywisty dowód, świeży guz na czele lub-pod okiem
siniec. Marszałek w samej rzeczy i wszyscy posłowie uznawali w tym
rzucaniu obrazę majestatu Rzeczypospolitej, nie tylko głowy jmpana
posła, dopraszali się na marszałku, aby takową swawolą
arbitra przykładnie ukarał i od dalszych afrontów arbitrowskich osoby
poselskie obronił. Lecz to sztuka była do dokazania niepodobna,
żeby było można wyśledzić swawolnika, który w
tłoku i w natężeniu wszystkich na prawiącego posła
przez trzeci rząd siedzących rzuciwszy pocisk, siedział jak
trusia. A choć też i postrzegł kto, to dla rozrywki, którą
stąd wszyscy mieli, nie oskarżył ani nie wskazał. Zatem
marszałek, nabiegawszy się po kole poselskim i nagroziwszy wszem
wobec i każdemu z osobna tak płochemu najsurowszymi karami, gdy od
nikogo żadnej nie wziął odpowiedzi ani śladu o winowajcy,
zbył tym szarpiącego się z guzem posła: "Znajdź
w.pan, kto w.pana uderzył, a obaczysz jego przykładne ukaranie"
- a ponieważ ta kondycja była tak trudna posłowi, jako i
marszałkowi, za czym musiał się uspokoić. Z tego był
ten pożytek, iż poczęstowany tak poseł więcej się
nie odezwał przez obawę nowego guza i wstydu z nim
złączonego. Tym zaś, którzy gładko i do rzeczy perorowali,
taka się zniewaga nie trafiała.
Arbitrowie, prócz ciskania na posłów, jeszcze
innym sposobem przerywali posłom mowy, kiedy spychając jeden drugiego
z ławy, a spadający chwytając się siedzących, razem
kilku na ziemię spadło, z czego śmiech powszechny przerywał
obrady. Taka była płochość w izbie poselskiej.
Sesje sejmowe pospolicie zaczynały się o
godzinie dziesiątej lub jedenastej przed południem i trwały
wciąż do godziny ósmej, a na czas dziewiątej i dziesiątej
wieczornej; dla czego kto z arbitrów chciał się znajdować na
całej sesji; a bywało takich wielu, którzy bez przerwy diariusze
pisali, musiał się wprzód wyczyścić dobrze z odchodów
przyrodzonych, nim w izbie zasiadł; ledwo bowiem kto podniósł
się z miejsca, wnet inszy, stojący przy nim i czekający na
wakans, podsiadł go, albo ci, którzy siedzieli ciasno jak w prasie,
miejscem tym opuszczonym nadstawili sobie wygodniejszego siedzenia; i to
były przygody ustawiczne. Dla czego, kto chciał wygodnie siedząc
atentować całej sesji, nie musiał wychodzić.
Posłowie dla potrzeb przyrodzonych mieli blisko
poselskiej izby miejsce do tego wygodne. Jeżeli zaś kto z arbitrów
miejsce poselskie zasiadł pod jego nieprzytomność, co się
prędko trafiło (ponieważ i arbitrowie dystyngwowani
tłoczyli się między posłów i siedziało to gdyby
śledzie w beczce), tedy za powrotem posła musiał mu miejsce
oddać. Druga nieprzyzwoitość była między posłami
- piwo butelkowe, wtenczas będące w guście, musujące tak
jak angielskie albo też w samej rzeczy angielskie. Posłowie po
dobrych śniadaniach naturalnie cierpieli pragnienie; nie chcąc
wychodzić z koła dla doku zawsze panującego, kazali sobie
przynieść owego piwa; to w ręku niesprawnego służalca
albo też filuta otworzone, z butelki musując gdyby z sikawki po
głowach i sukniach jakiego takiego, poruszyło bliskich do ucieczki, a
stąd do zamięszania i śmiechu całej izby, z przerwaniem
nieraz mowy oratora, mianowicie kiedy filut hajduk, trzymając w jednej ręce
szklankę, w drugiej butelkę, jakoby nie mając sposobu do
zatkania, z umysłu tam z nią uciekał, gdzie było
ciaśniej.
Arbitrowie dla miejsca przychodzili na sesją o
godzinie siódmej rannej, z naładowaną kiszką przychodzić
tam i zostawać aż do wieczoru nie było bezpieczne dla stracenia
miejsca wygodnego (jako się wyżej rzekło), więc głód
dokuczał po trosze arbitrom; ale możno go było uspokoić
wziąwszy z sobą jaki delikatny posiłek do kieszeni albo też
kupiwszy go sobie w izbie poselskiej, w której nieprzestannie przedający
przekupniowie i przekupki, chłopcy i dziewczęta obnosili dokoła
,ławek rozmaite frukta, ciastka i cukierki; sami nawet posłowie,
zwoławszy przedającego lub przedającą do koła, te fraszki
kupowali i jedli, mianowicie posłowie młodzi i w czasy gorące
sejmów ekstraordynaryjnych, latem zazwyczaj składanych.
Póki trwała sesja w izbie poselskiej, póty
siedzieli i senatorowie w senacie z królem, który zazwyczaj aż do obrania
marszałka dosiadywał do końca; po obraniu marszałka
przyjechawszy co dzień na sesją i posiedziawszy godzinę
jednę i drugą, gdy nie było żadnej materii w izbie
poselskiej skonkludowanej, odjeżdżał do swego pałacu,
będąc gotowym powrócić zaraz do senatu, skoroby izba poselska do
złączenia się z senatorską przychodziła. Co się trafiało,
czyli należało z prawa: najprzód po obraniu marszałka, potem za
każdą materią w izbie poselskiej skonkludowaną.
Ceremoniał łączenia się izby
poselskiej z senatorską był takowy: najprzód obrawszy marszałka
posłowie i toż samo ubiwszy jaką materią, wyprawiali
spomiędzy siebie po dwóch lub po czterech posłów z każdej
prowincji z doniesieniem królowi JMci i senatowi o rzeczy, która się
stała. Posłowie, przyszedłszy do senatu, meldowali się
marszałkowi wielkiemu koronnemu, z czym przyszli; marszałek wielki
oznajmił to całemu senatowi, król z senatem kazał posłów
prosić do środka, co marszałek w kilku słowach
uczynił. Delegowani, stanąwszy w izbie senatorskiej, przez jednego
spomiędzy siebie wybranego oznajmili senatowi przyczynę
przyńścia swego; po skończonej mowie delegata kanclerz wielki
koronny od tronu, a marszałek wielki koronny od całego senatu
odpowiedzieli delegowanym ukontentowanie swoje z tak pożądanej
nowiny. I zaraz kanclerz wielki koronny imieniem królewskim mianował
senatorów po dwóch z każdej prowincji do izby poselskiej, zapraszając
jej, ażeby się z senatem złączyła.
Za złączeniem izby poselskiej z
senatorską marszałek sejmowy miał mowę do króla i senatu,
oznajmując o swoim wybraniu do laski, dokładając w tym
oznajmieniu usilność chęci swoich, iż będzie
chciał ze wszystkich sił swoich pracować około dobra
publicznego wraz z godnymi kolegami swymi. Kanclerz wielki koronny, imieniem
królewskim wysadziwszy się na pochwały jak najokazalsze
marszałka sejmowego i wszystkich posłów, zaprosił wszystkich do
pocałowania ręki królewskiej; po skończonym ucałowaniu
wracali się posłowie do swojej izby. I taki ceremoniał był
zawsze, wiele razy izba poselska łączyła się z
senatorską, czy to po obraniu marszałka, czy po innej jakiej materii
skonkludowanej, jako się wyżej rzekło.
Ani król, ani senat nie mieli vocem activam, dlatego w
izbie senatorskiej żadnych ustaw nie pisano; całe prawodawstwo,
zostając w stanie rycerskim jedynym, w izbie poselskiej swój plac
miało. Gdzie po prawej ręce wejścia do izby poselskiej
stał, na boku koła poselskiego, stolik mały, kratą
drewnianą w czworogran ścienny otoczony dla tłoku zabronienia,
przy tym stoliku zasiadał sekretarz sejmowy i delegowani do zapisowania
konstytucji, nad nimi zaś wyżej trochę, w pół osoby,
była ławka, miejsce ordynaryjne
posłów ziemi wieluńskiej. Ta prerogatywa
dostała się za to Wielunianom, że raz (podług tradycji)
dostrzegli fałszu w konstytucją mimo wolą sejmujących
wpisanego i o tym ostrzegli izbę, za co w nadgrodę otrzymali na
wieczne czasy to miejsce górujące nad piszącymi konstytucją; nie
było albowiem natenczas w modzie drukować projektów ani nawet
pisać, wszystko się głosem robiło; a co się
zrobiło, to publiczne pióro sejmowe zapisowało. Dlatego łatwo
się przewrotność w ustawę sejmową zakraść mogła,
gdy tego, co czytał sekretarz, nie każdy mógł
dosłyszeć przy wrzawie i szemraniu; czytanie zaś przez
każdego posła napisanej konstytucji wiele by było zabierało
czasu i uwłaczałoby wierności przysięgą
zaręczonej delegowanym.
W senacie nad
przyniesioną konstytucją jeżeli który senator albo minister
czynił jaką refleksją, to tylko w sposobie radzącym, i to
zwało się mówić passive, a najwłaściwiej zwać by
się powinno praecative, czyli prośbownie, bo senator inaczej mowy
swojej nie mógł konkludować, tylko prośbą izby poselskiej,
ażeby to, co mu się zdawało być krzywo postanowionym,
poprawić raczyła. I gdy takie prośby były od tronu i wielu
senatorów popierane, czasem skutek wzięły, czasem nie, ponieważ
wszystkie ustawy od jednostajnej zgody posłów zawistały; przeto, gdy
choć jeden sprzeciwił się poprawie, musiało tak
zostać, co było uchwalone, jak było pierwszy raz za zgodą
wszystkich napisane.
|