|
Bractwa, końcem pomnożenia chwały
boskiej z dawna do Polski wprowadzone, były w wielkim szacunku. Te
zaś byty znakomitsze: najprzód w szkotach dla studentów tak u jezuitów, jak
u pijarów była kongregacja Sodalitatis Marianae. Dzieliła się na
większą dla filozofów i teologów i na mniejszą niższych
szkół. Każda miała swego prefekta, który w święta
pewne z swoimi sodalisami odprawiał kongregacją. Mawiano na niej
recitative Officium Immaculatae Conceptionis, potem ksiądz prefekt
miał egzortę do sodalisów, zachęcając ich do życia jak
najniewinniejszego i do bronienia honoru Matki Boskiej. Egzaminowano potem,
jeżeli który sodalis nie jest w jakim znacznym występku notowany; co
kiedy się pokazało, zostawał ekskludowany nie tylko z
kongregacji, ale też i ze szkół.
Ekskluzja ze szkól była tak straszna dla
studentów jak klątwa kościelna; wystrzegali się wszyscy
przestawać, a nawet i mówić z ekskludowanym, tak jakby z
wyklętym. Występek ściągający na siebie ekskluzją
bywał pospolicie: przenoszenie się w biegu szkół nieopowiedne z
jednych do drugich, gdzie byty dwoiste, jak to trafiało się w
niektórych miastach, że były szkoły pijarskie i jezuickie; nocne
grasowania i lusztyki po szynkowniach, po dwoistym napomnieniu lub karze
szkolnej nie zaniechane; psota wyrządzona jakiej panience albo intryga z
mężatką przez męża dowiedziona. Które ostatnie dwa
przypadki nie miały żadnego gradusu admonicji, ale prosto karane
były ekskluzją z przydatkiem, jeżeli winowajca mógł
być pochwycony, stu batogów. W takowe występki, rzadko zdarzane,
wpadali sami dyrektorowie uczący mniejszych studentów i sami
będąc studentami. Ci zazwyczaj bywali mężczyźni dorośli
pod wąsami i nie tak dla nauki, jak dla sposobu do życia szkoły
traktowali, po skończonym raz kursie filozoficznym i teologicznym
zaczynając go drugi raz albo też wziąwszy patenta z jednych
szkół, o dobrym sprawowaniu się świadczące, przenosząc
się do drugich.
Mali sodalisowie za małe przewinienia, jako to
nieodbywania powinności sodaliskich, nieskromne sprawowania się
podczas kongregacji, nieznajdowanie się częste na niej, karane
bywały degradowaniem sodalisa na tyrona. Sodalis był ten, który
był przyjęty do księgi sodaliskiej i w obecności
kongregacji uczynił niby profesją; był to pewny formularz,
którym sodalis każdy obowiązywał się szczególniejszym
sposobem służeć Najświętszej Pannie tak
nabożeństwem do niej, jako też niewinnym życiem. Tyro
nazywał się, który dopiero do kongregacji przystępował i
miał pewne czasy do wysługi i nauczenia się Sodalitatis
obowiązków zamierzone. Sodalisowie na kongregacjach zasiadali w
ławkach, tyronowie stali na środku w oratoriach albo klęczeli,
jeżeli co przewinili; i była to wielka kara na sodalisa, kiedy z
ławki został rugowanym i w rząd między tyronów
stojących, tym bardziej klęczących, skazanym.
Sodalis Marianus wiele znaczył między
studentami. Największe zaklęcie bywało: "Uti sum sodalis
Marianus"'; albo też największe wyrzucenie płochości
lub nienabożeństwa: "Sodalis Marianus a swawolny albo
nienabożny." Takowa święta ambicja wielce
służyła młodzieży szkolnej do wprawienia onej w
bogobojność. Nie tylko zaś sami studenci składali
kongregacją Sodalitatis Marianae, ale nawet i ludzie doskonali przyjmowali
ją. Tak palestra lubelskiego trybunału i magistrat tamtejszego miasta
trzymali to institutum Sodalitatis, z tą tylko różnicą, że
się z studentami ani sami z sobą nie łączyli. Palestra
miała osobną swoją kongregacją, magistrat osobną.
Przepraszam Czytelnika mego, żem się z opisaniem
Sodalitatis Marianae za dużo rozszerzył, bo ponieważ ta
Sodalitas razem z kasowaniem jezuitów zgasła, u pijarów zaś,
choć jest, to nie w takim poważeniu, więc chciałem, aby
ślady jej w piśmie moim potomności zostawić.
Drugie bractwo po sodaliskim było Litteratorum,
czyli Literackie. W to bractwo wchodziły osoby same tylko miejskie i sami
tylko mężczyźni tak wiele uczeni, że mogli czytać na
chorale kościelnym, z którego śpiewali w dni święte,
pospolicie w farnym kościele, mszą wotywę przed ołtarzem
swoim, który opatrywali światłem i innymi należytościami
tudzież funduszem na stypendia księdzu za te msze śpiewane.
Że tedy umieli czytać, a co większa po łacinie, choć
wielu z nich tego języka nie rozumieli, stąd bractwo swoje nazywali
literackim, a siebie literatami, lubo i to prawda, że wielu z nich byli
ludźmi uczonymi z osób magistratowych.
Inne bractwa dla wszystkich obojej płci pospolite
były: Różańcowe, Szkaplerzne, Serca Pana Jezusa, Pocieszenia
Najświętszej Panny, Św. Ducha, św. Anny, św. Rocha,
św. Barbary i innych bardzo wiele pod tytułem rozmaitych
świętych.
Różańcowe i Szkaplerzne bractwa były
najludniejsze; z trudna kto nie znajdował się wpisanym w pierwsze lub
drugie. Różańcowe kwitnęło i wydawało się
najwięcej po miastach i miasteczkach, a nawet i po niektórych wsiach.
Dominikanie, fundatorowie tego bractwa, otrzymali, nie wiem jak dawno,
przywilej od Stolicy Apostolskiej, że to bractwo nigdzie nie może
być wprowadzone, tylko przez dominikana, który zaraz udziela odpustów temu
bractwu służących, gdy go do jakiego kościoła innej
reguły, nie dominikańskiej, zaprowadza; w każdym albowiem
kościele dominikańskim różaniec ma siedlisko swoje równo z
fundacją klasztoru i po chórze zakonnym trzyma miejsce najpierwsze w
publicznym nabożeństwie.
Gdy śpiewają różaniec bracia i siostry,
ksiądz promotor zawsze mu asystuje zaczynając go z ambony i
przekładając ludowi z książki tajemnice życia,
męki i zmartwychwstania Chrystusowego, z których się składa ten
różaniec. Za każdą tajemnicą śpiewa bractwo Ojcze nasz
i dziesięć Zdrowaś Maria, potem Chwała Ojcu, na ostatku
Wierzę w Boga i litanią. Kończy się jaką
pieśnią, do czasu kościelnego stosowną.
Dzieli się różaniec na dwa gatunki: jeden
się zowie Najświętszej Panny, drugi imienia Jezus; porządek
nabożeństwa w obydwóch jeden, z tą tylko różnicą,
że w różańcu o imieniu Jezus nie śpiewają Zdrowaś
Maria, ale na to miejsce dziesięć razy: "Jezusie, synu Dawidów,
zmiłuj się nad nami", i na końcu litanią o imieniu
Jezus.
Urząd promotora różańcowego jest u
dominikanów niepośledni, idzie zaraz po lektorach szkoły, to jest
nauczycielach, i musi być w zakonie dobrze zasłużony, komu go
dadzą. Nie ma on żadnej pensji z klasztoru, jak mają
profesorowie, ale ma przydatnią porcją w refektarzu, którą
zakonnicy nazywają piktancją; oprócz tego miewa częste
posiłki i podarunki od braci i sióstr, kiedy jest pilny urzędu swego,
która pilność na tym zawisła, żeby się pierwszy
znajdował na ambonie, kiedy się bracia i siostry schodzą na
różaniec; żeby punktualnie zapisował protokóły bractwa,
mianowicie elekcjów starszeństwa; żeby emulacje zachodzące o
pierwszeństwo umiał bez narażenia się stronom
kombinować; żeby podczas procesyj publicznych tegoż bractwa znal
się, komu jakie dać miejsce podług jego godności. Kto
się umie sprawiać sztucznie z tymi grymasami, wszędzie się
do pobożności wkradającymi, ma się jak pączek w
maśle. W innych kościołach niedominikańskich, mianowicie po
wsiach, gdzie nie masz tych elekcjów brackich ani urzędów, ani procesjów
różańcowych, tylko sam różaniec śpiewany przez chłopów
i dziewki, nie znające tej pobożnej szczodrobliwości dla
księdza promotora, urząd jego zastępuje ksiądz pleban lub
wikary, jeżeli na to jest jaka fundacja, a gdzie nie ma żadnej,
organista lub inny jaki kościelny sługa.
Panowie wielcy i panie zapisywani byli na tych
elekcjach protektorami i konsyliarzami, protektorkami i konsyliarkami
różańcowymi, lubo więcej nic nie udzielali się tej
konfraterni, jak że jej imion swoich pozwalali. Celniejsi zaś
obywatele miasta mieli sobie za honor być różańcowymi przeorami,
przeoryszami, kantorami, kantorkami, podskarbimi, podskarbinami etc.
Co zaś do samego nabożeństwa, nie
wstydzili się go nawet wielcy panowie i panie, szlachta i szlachcianki;
bywali na różańcach, a niektórzy z pomniejszych nawet go z innymi
śpiewali. Księżna wojewodzina ruska Czartoryska i
księżna podkanclerzyna litewska, także Czartoryska, z córkami
swymi widywane były często na różańcu, siedzące w
ławkach z innymi różnej kondycji siostrami różańcowymi; nie
śpiewały go - prawda - ale mówiły na książkach i
paciorkach.
Paciorki różańcowe służyły do
rachowania pacierzów, spuszczając po jednym paciorku na sznurek
nawleczonym z jednego końca sznurka ku drugiemu, za każdym
odśpiewanym lub odmówionym Ojcze nasz albo Zdrowaś Maria. Te
paciorki, które oznaczały Ojcze nasz, były większe, te które
oznaczały Zdrowaś Maria, były mniejsze, ażeby mówiący
lub śpiewający różaniec nie miał przyczyny zatrudniać
liczbą uwagę, ale wszystkę obracał ku
nabożeństwu, mogąc palcami poznać jedno po drugim, co
powinno następować. Oba końce sznurku wraz były ujęte
znaczniejszymi paciorkami, krzyżyk formującymi, u którego wisiał
medal srebrny lub mosiężny, jak kto chciał i mógł swoje
paciorki przyozdobić. Te paciorki powinny być benedykowane i o obraz
Najświętszej Panny pocierane, jeżeli noszącym one
miały zyskiwać odpusty, prócz różańca tymże paciorkom
w szczególności nadane. Kto paciorki nosił w kieszeni, mniej
miał odpustu, kto u pasa, miał więcej. Dla zyskania tedy jak
najwięcej odpustów, od wielu, nawet dystyngwowanych szlachty, noszone
bywały u pasa, mianowicie od osób podeszłych i od towarzystwa
chorągwi pancernej królewskiej, stojącej w Krzepicach i w
Wieruszowie, których nabożeństwo do Matki Boskiej z Jasnej Góry,
cudami tam slynącej, bliżej dosięgało.
Procesje różańcowe bywały dwa razy do
roku; w święto różańcowe i w święto Nawiedzenia
Najświętszej Panny. Odprawiały się te procesje tylko po
miastach, w których się znajdowali dominikanie. Prowadzone były z
kościoła dominikańskiego do drugiego jakiego, odleglejszego, dla
wyciągnienia wygodniejszego parady procesjonalnej, na którą sadzono
się jak najokazalszą. Po odbytej procesji bracia i siostry z
składki wspólnej sprawiali ucztę dla tych, którzy w tej procesji
najwięcej pracowali: jako to starszyzna bractwa, marszałkowie,
których powinnością było utrzymować porządek procesji
tudzież paradować przed nią z laskami długimi i grubymi,
farbą i pozłotą ozdobionymi, i chorążowie z
chorążonkami, którzy i które niosły chorągwie brackie
lekkie z kitajki na kształt chorągwi żołnierskich.
Należeli także do tej uczty ci wszyscy, którzy się do kosztu jej
hojniej przyłożyli. Na tej uczcie najlepiej się powodziło
księdzu przeorowi z księdzem promotorem i braciom starszym a siostrom
młodszym. Reszta czeredy była raczej serwitorami niż uczestnikami.
I takie uczty nie bywały, tylko po wielkich miastach, ani się do nich
mięszał inny stan, tylko sam miejski cechów, pospolicie szewskiego i
rzeźnickiego, którzy w takowych ucztach znajdowali podłości
swojej jakoweś uwielbienie.
Bractwo Szkaplerzne miało także do siebie
wielką ciżbę różnej kondycji osób, lecz nie miało
żadnego - różniącego się szczególniej od ordynaryjnego -
kościelnego nabożeństwa ani procesjów, ani ucztów.
Obowiązki tego bractwa były: pościć środy na
maśle i nosić szkaplerz na gołym ciele; lecz go z trudna kto
nosił tak, tylko na koszuli, dla gadu, który się w nim
zapleniał. Były to dwa kawałki sukna wyszyte, mające na
sobie imiona: Maryja i Jezus. Te dwa kawałki sukna, na dłoń
ręki duże, spajały dwie wstążki lub dwie tasiemki z
ramion wiszące; jeden powinien być na piersiach, drugi na plecach.
Same niewiasty tak go nosiły, a z tych proste czyniły
część stroju swego z szkaplerzy, używając do nich
wstążek jedwabnych i nosząc je na koszuli, sznurówką-nad
piersiami i z tyłu nad łopatkami wykrojoną-nie zakrytej;
mężczyźni zaś, osobliwie chłopi, nosili szkaplerz
przez ramię prawe pod lewą pachę przełożony, aby po
kobiecemu noszony z ramienia się nie zmykał i w robocie im nie
przeszkadzał; to jest nosili go tak, jak noszą żołnierze
ładownice. Kto nie chciał środy pościć, powinien
był za to odmówić siedym razy Ojcze nasz, siedym razy Zdrowaś
Maria i raz Wierzę w Boga. Innych obowiązków to bractwo nie
miało.
Opisałem dlatego najmniejsze szczególności
bractw znaczniejszych, żeby wiadomość onych została
potomności, jeżeliby z czasem zaginęły, co zdaje się
wróżyć zajmująca się powszechnie w narodzie polskim
niepobożność.
Można także przyłączyć do
bractw Montem Pietatis, przyłączoną do Bractwa św.
Rocha u księży misjonarzów w Warszawie; zawiaduje tą Górą
Pobożności jeden misjonarz z bracią starszymi bractwa wyżej
wyrażonego św. Rocha. Nabożeństwo św. Rocha
zawisło tak jako innych bractw na śpiewaniu kościelnym, wotywach
i pewnych pacierzy odmawianiu na honor św. Rocha. Zaś Mons Pietatis
jest to skład kapitału pieniężnego od różnych osób
pobożnych zebranego. Dwa ma końce chwalebne i użyteczne ten
kapitał: pierwszy - jałmużnę dla ubogich, którzy się
żebrać publicznie wstydzą, drugi-pożyczanie pieniędzy
pilno onych potrzebującym, bez prowizji. Ale trzeba dać zastaw, który
by dwa razy wart byt tej kwoty, której kto pożyczenia żąda.
Taksę na fant w zastaw idący kładzie misjonarz prefekt Montis
Pietatis, wzywając do taksowania fantu osób znających się na
nim. Po wyszłym roku kto fantu nie wykupuje, idzie in fiscum Montis
Pietatis. Po sprzedaniu fantu, jeżeli większą kwotę
wezmą za niego, niż jest pożyczona, oddają, co jest nad
pożyczoną kwotę, pożyczającemu, czyli
właścicielowi fantu, jeżeli mniejszą, szkoda zostaje przy
Górze Pobożności. Aby zaś ta Góra nie zmalała i nie
obróciła się w monadę, kapitał jej oblokowany jest na
prowizji i tylko sama prowizja po tych uczynnościach cyrkuluje. Dlatego
nie jest w stanie wygadzania wielkim potrzebom, tylko małym. Ta Góra Pobożności
utworzona jest około roku 1743.
|