|
Drugi fundusz pobożny, pod tytułem Dzieciątko
Jezus, założony jest od pewnego misjonarza, Boduę nazwanego,
rodem Francuza. Ten ksiądz wzruszony miłosierdziem nad dziećmi
podrzuconymi, z rozpusty nabytymi, które matki tając wstyd na ulicę
wyrzucały, a czasem w Wiśle albo lada gdzie w błocie
topiły, co także i rodzicy dobrego małżeństwa ubóstwem
ściśnieni dzieciom swoim czynili, zawinął się do
kwesty na te dzieci. Udał się do królowej, wielce pobożnej pani,
tudzież do innych panów i pań; począł zbierać takowe
dzieci, oddawał je kobietom najętym do karmienia piersią, którym
płacił na miesiąc od jednego dziecięcia po złp. osiem.
Wkrótce to jego ułożenie wzięło wzrost spory. Kupił
kamienicę pod dominikanami-obserwantami, wedle magazynu królewskiego,
Oboźne nazwanego. Osadził w niej trzy panny miłosierne,
pospolicie szarymi siostrami od sukien takiego koloru zwane; zlecił im
wychowywanie do większych lat dziatek od mamek odebranych; opatrzył
tak panny miłosierne, jako też dziatki przyzwoitymi wygodami.
Przybywało znacznie funduszu, ale też przybywało i dzieci,
których niemal co noc po kilkoro pod tęż kamienicę podrzucano,
tak iż już w spomnionej kamienicy pomieścić się nie
mogły.
Za czym ksiądz Boduę, wspierany zewsząd
jałmużnami, wziął rezolucją nierównie od pierwszej
większą. Okupił wielki plac w tyle kościoła
misjonarskiego, wymurował na nim obszerny i porządny szpital, do
którego przeniósł nie tylko dzieci podrzucone, ale też i chorych po
ulicach leżących; a dalej postępując w miłosierdziu,
umówiwszy się z urzędami Warszawą rządzącymi
tudzież mając asekurowaną jałmużnę
tygodniową od wszystkich kupców i znaczniejszych obywatelów warszawskich,
aby ich tylko uwolnił od naprzykrzenia mnóstwa żebraków po ulicach
się i domach włóczących, zwerbował dwunastu
żołnierzy; tym kazał zbierać żebraków obojej
płci, kaleków i zdrowych, osadzając ich w nowym szpitalu. Wkrótce
napełnił nimi salę potężną do trzechset osób
obejmującą, oczyścił Warszawę z włóczęgów, z
której zdrowsi i młodsi - których żołnierze nie zachwycili -
pouciekali. Ale siebie tak obciążył tym ubóstwem, że nie
mogąc go wyżywić, musiał rozpuścić, ile gdy w
jałmużnach przyrzeczonych byt zawiedziony. Żarliwość
albowiem tych, którzy miesięczne jałmużny dla żebraków płacić
mu przyrzekli, ustała, nie trwając dłużej nad rok, skoro
żebracy wrzeszczeć im nad głowami przestali; i mieli sobie za
równą subiekcją brzęk puszki szpitalnej co miesiąc, jako też
i dziadowskie wrzeszczenie.
Co zaś do podrzuconych dzieci i chorych, wątek
nie ustał. August III naznaczył temu szpitalowi corocznie z Wieliczki
dwa tysiące beczek soli. Panowie za jego przykładem ofiarowali
znaczne sumy - i rozmaite prywatne jałmużny wspierają go
nieustannie. Tenże król nadał pomienionemu szpitalowi privilegium
honestatis, że dzieci wychodzące z niego poczytane są za
podczciwe i mogą być przyjęte do wszelkich rzemiosł, byle
tylko miały świadectwo na piśmie, że są wychowane w
tym szpitalu. Jakoż wiele znajduje się między nimi dobrego
łoża, które rodzicy nędzą ściśnieni do niego
macą jaką opłatą wkupują albo wpraszają bez
opłaty, albo, nie mogąc wprosić, podrzucają.
Jest koło wydane na ulicę, blisko niego
dzwonek z sznurkiem, w to koło należy dziecko włożyć i
zadzwonić; na głos dzwonka wychodziła siostra miłosierna i
dziecię brata; lecz gdy zaczęto zbyt wielką moc dzieci
podrzucać co noc w to koło, tak że ich mamkami opatrywać
nie można było, postawiono straż niedaleko koła dla
chwytania osób podrzucających. Gdy uchwycą taką osobę,
trzymają do dnia, egzaminują, co za jedna; i jeżeli jest
mająca męża i sposób do życia, dawszy napomnienie
należyte, z dzieckiem z szpitala wyganiają; jeżeli bez
męża matka trafunkowa, biorą ją za mamkę do
własnego dziecięcia, przydając drugie, szpitalne, do karmienia.
Jeżeli zaś przy dziecięciu podrzuconym w kratę
znajdują czerwony zloty, osobę, choćby schwytaną, wolno
puszczają, a dziecko przyjmują.
Wiele z takowych dzieci źle urodzonych, na
ostrość powietrza wystawionych, umiera, dlatego małe wkupne
postanowiono. Są także rodzicy znaczni, majętni, którzy nie
lubiąc słuchać płaczu dziecinnego w domu oddają swoje
dzieci na wychowanie do tego szpitala, płacąc od nich według
zgody lub szczodrobliwości; takich dzieci nie mieści się
więcej w jednej izbie jak ośmioro; każde ma swoją
mamkę, a czasem i piastunkę, pod dozorem jednej statecznej
białogłowy świeckiej, która ma złożenie osobne przy
izbie. Panny albowiem miłosierne nie mają za przyzwoitość
dla siebie opatrywać dzieci przy piersiach i w pieluszkach
będące; dopiero aż wyńdą z tego pierwszego
dzieciństwa trybu, biorą je w swój dozór, ucząc pacierza i
innych powinności religii; z takowych pensjów od dzieci wspomnionych
okrawa się cokolwiek szpitalowi. Zdarza się też i to, acz
nieczęsto, że osoby nieznajome przychodzą albo i z daleka przyjeżdżają
do tego szpitala; w wielkim sekrecie, ile ten w zgrai kobiet może być
utajony, składają w nim płód swój, także pod sekretem
nabyty, a uwolniwszy się od brzemienia powracają tam, skąd się
wzięły, zapłaciwszy szpitalowi sowicie za swoje oczyszczenie i
na konserwacją względną depozytu złożonego.
Gdy dzieci podrastają, dziewcząt zaraz
uczą różnych robót, chłopców nie uczą żadnych, bo nie
ma w tym szpitalu żadnych rękodzieł męskich, tylko kobiece
szycie i haftowanie na stębenku i krosienkach. Tak chłopców, jak
dziewczęta, które wyrastają na rzeźwiejsze i roztropniejsze,
rozbierają za zaręczeniem panowie i panie w służby albo
rzemieślnicy chłopców do rzemiosł; które zaś są
tępego dowcipu i niezgrabne, rozdają na wsie misjonarskie, panien
miłosiernych innych szpitalów lub też i szlacheckie.
Nie opisuję dawniejszych szpitalów, klasztorów i
funduszów miłosiernych tak w Warszawie, jako też po różnych
miastach całego państwa znajdujących się, gdyż te nie
są skutkiem pobożności za czasów Augusta III do opisu mego
przedsięwziętej, ale dawniejszych wieków. Zamiarem moim jest
pisać o tym, co albo nowego nastało pod panowaniem tego króla, albo
też, choć dawniej było, ale się potem odmieniło lub w
cale zaginęło.
|