|
Między gatunkami rozmaitej dewocji wyżej
opisanej było także w niemałym używaniu tercjarstwo i
dewocja. Tercjarstwo było to przyłączenie się do jakiego
zakonu, nie stając się zakonnikiem. Obowiązek byt tylko
nosić pod suknią świecką, jakiej kto zażywał,
pasek tego zakonu, do którego się kto przyłączył, albo
też suknią koloru zakonnego, albo kaftanik cienki na koszuli krojem
jakimkolwiek, kolorem zaś do obranego sobie zakonu stosownym, przy tym
była obligacja, ale nie pod grzechem koniecznie, odmawiania pewnych
pacierzy, zachowania pewnych postów, świadczenia podług
możności łask zakonowi polubionemu, promowowania czci i
zachęcania innych ku świętemu patriarsze. A za to każdy
tercjarz lub tercjarka należał do wszelkich zysków duchownych, na
które ten zakon pracował, i po śmierci wolno było tercjarzowi
lub tercjarce kazać się pochować w zupełnym habicie
zakonnym, chociażby go nigdy nie nosił za żywota. Niewiasty
podupadłej fortuny, którym nie stało na modne stroje, i panny
podstarzałe okrywały się pospolicie sukniami rasowymi koloru
jakiego zakonu, do którego tercjarstwa należały; i nazywało
się takowe strojenie: "chodzić w szarzyźnie", lubo
taką szarzyznę nosiły, acz bardzo rzadko, i majętne panie,
jak pamiętam Szembekową, kanclerzyną koronną
mięszkającą w Babicach pod Warszawą, Korzeniowską,
podstoliną łucką na Wołyniu i kilka innych. A te
chodziły w szarzyźnie nie z żadnego interesu doczesnego, ale
czysto z nabożeństwa.
Dewotki i dewotowie byli toż samo co tercjarze, z
tą różnicą, że i suknią szarą nosili, i
mięszkali przy jakich klasztorach albo w cale w klasztorach, jedynie
pilnując nabożeństwa, oddaliwszy się od domowych interesów,
a czasem i od substancji, dzieciom za żywota ustąpionej. Takim
dewotem byt Sokolnicki, chorąży poznański, blisko przez
dwadzieścia trzy lat w Choczu u reformatów, wymurowawszy dla siebie
małą oficynkę przy ogrodzie, w której pobożnego życia
dokonał. Drugi na Wołyniu, w Krzemieńcu, Węclawski, czyli
Wojsławski, tercjarz oraz i fundator tamże reformatów.
Trzeci - Raczyński, wojewodzie poznański,
ojciec Raczyńskiego, marszałka nadwornego koronnego, który swoją
dewocją ustąpiwszy synowi substancji, zaczął pod Augustem
III, a skończył pod Stanisławem Augustem w Łowiczu u
bernardynów, na których klasztoru reparacją wiele łożył.
Ale ten nudził w swojej dewocji, odmieniał rezydencją swoją
do kilku klasztorów, przesiadywał długie czasy w domach swoich
pokrewnych albo synowskich, nareszcie w łowickim klasztorze życia
dokonał. Dewotów niewiele bywało, dewotek sto razy więcej i
wyjąwszy niektóre prawdziwie pobożne, drugie były
obłudnice, zwadliwe, plotuchy, oszczerczynie i pijaczki, jak zwyczajnie
wszędzie się mięsza złe do dobrego.
|