|
Akademie publiczne miały bez wątpienia i
mają przywileje immunitatis, jako to: krakowska, zamojska i wileńska,
iż się nie godzi tak studentów, jak i profesorów w sprawie jakiej
osobistej pociągać do żadnego sądu, tylko do
zwierszchności szkolnej. O takich przywilejach samym akademiom
służących wspominają krajowe kroniki i Volumina legum. Lecz
inne szkoły, jezuickie i pijarskie, nie rozumiem, ażeby takowymi
prerogatywami zaszczycone były, a przynajmniej nigdy mi się o nich
czytać lub słyszeć nie zdarzyło.
Wnoszę tedy, iż sobie używanie takowych
swobód, biorąc wzór z akademiów, przywłaszczyli, a nadstawiając
pomienionych swobód do takiej przyszli zuchwałości, że nie
odpowiadając przed żadnym sądem, tylko szkolnym, za psoty
komukolwiek wyrządzone, sami swoich krzywd wydarzonych, rzetelnych lub
czasem tylko w głowie dumą studencką zagorzałej urojonych,
mocą i gwałtem dochodzili, nachodząc domy i wyciągając
z nich osoby, do których sobie urościli pretensją, a z zawleczonych
raczej niż zaprowadzonych do szkół czyniąc sobie
sprawiedliwość batogami, nadto jeszcze do najniższych przeprosin
przez upadanie do nóg swoim oprawcom i siepaczom przymuszając. Niechaj tam
był, kto chciał, jakiej godności urzędnik, szlachcic,
oficer, żołnierz, który studenta, chcący lub niechcący,
zaczepił, słowem zelżył albo popchnął, albo
uderzył, jeżeli się zawczasu z miasta nie wyniósł albo
gdzie w ciasny kąt nie skrył, już on się od surowej
szkolnej egzekucji nie wybiegał. Bo chociaż chciałby się
bronić, to jakże było na tę gawiedź szkolną, na
dzieci drobne używać słusznej broni; gdy tymczasem to
szamrajstwo kijami, kamieniami, błotem szturmując do winowajcy, a
oraz z tyłu i z przodu, właśnie jak pszczoły rozdrażnione,
garnąc się mu naciskiem do głowy, do rąk, do nóg,
zgoła do całego ciała i odzienia, zmordowanego i razami
zmęczonego pochwytowali i co tchu do szkół wlekli.
Bywały takie przypadki, że panów nawet z
karet wyciągali i gdy komu takową krzywdę zrobili,
uchodziło to za jakowąś sprawiedliwość, jakoby za
dekretem ważnym sądu jakiego wypełnioną. Nie było
naprzeciw takowemu nieszczęściu innego ratunku, tylko poddać
się z jak największą powolnością owej szarańczy,
ująć sobie co prędzej obietnicami jak najpożyteczniejszymi
pryncypałów albo zyskać zastęp spieszny i mocny samych
księży pijarów lub jezuitów, którzy, jeżeli kogo pochwyconego z
przyjaciół swoich albo osób respektu godnych uratować chcieli od
ostatniej hańby i nieżartobliwego bólu, wybiegali hurmem z kolegium,
otaczali sobą brańca, odsuwając od niego ów tłok studentów.
A tymczasem dla zwolnienia pierwszej zapalczywości rzecz, o którą
szło, rozbierali na uwagę i gdy już widzieli umysły z
pierwszej zawziętości cokolwiek opłonione, albo w cale zganiwszy
studentom napaść, jeżeli była niewinna, do domów się
rozejść pod karą szkolną rozkazywali, a obwinionego dla
wszelkiego bezpieczeństwa z sobą do kolegium brali; albo też
jeżeli się tak nie dało, że była jakakolwiek wina z
strony porwanego, tedy stawając niby za stroną studentów, ale
sposobem łagodnym i niejako sądowym, zatargę onę do zgody
prowadzili. Zgoda zwykle następowała za daniem studentom in gratiam
winowajcy rekreacji na cały dzień albo na dwa dni, i za ucztą
natychmiast studentom od tegoż w jakim domu sprawioną, z miodu,
sucharków, jabłek, gruszek i tym podobnych dziecinnych łakotek, po
którym traktamencie, odbytym przy oświadczeniu jak najwyższego
szacunku studenckiej godności, bywał winowajca uwolniony i bezpieczny;
ale się dobrze napocił, nim z tej prasy wyszedł.
Taka absolutność studentów przez wiele lat
cierpianą była i już wszyscy wierzyli, że studenci są
to osoby bardziej nad wszystkie urzędy najwyższe i godności
uprzywilejowane, a studenci wierząc takowemu zdaniu i mając go w
takiej pewności jak artykuł wiary, dziwnie zuchwałymi i za lada
przyczyną do zniewag wyżej opisanych porywczymi byli.
Żydów zaś na ulicach szarpać i kijami
obkładać, jako tych, którzy Pana Jezusa umęczyli, tak
wnieśli w zwyczaj, że do tego żadnego innego pretekstu nie potrzebowali,
ale bili, póki chcieli i póki Żydek, obskoczony, gdzie w jaki kąt nie
uskrobał. Dlatego Żydzi mieli się na wielkiej
ostrożności pod te godziny, w które studenci szli do szkół albo
z nich do domów powracali. Jeżeli zaś Żydek jaki trafunkiem postrzeżony
byt tam, gdzie studenci rekreacją odprawiali, miał się tak jak
zając, kiedy wpadnie między charty i ogary; wszystkie zabawy swoje
studenci porzucali, a Żyda obracać śpieszyli i tak się z
nim czasem ucieszyli, że Żyd zbity i pokrwawiony ledwo nogi zawlókł
do domu. Kto się zaś zmiłował nad Żydem i
odważył go bronić, musiał nieraz dobrze obronną
ręką wraz z Żydem uchodzić, aby go większa partia
sukursująca mniejszą nie obskoczyła.
|