|
II. "JESZCZE JEDEN
NUMER"
- A to? - zapytałam,
kiedyśmy doszli do końca więziennego korytarza, gdzie w
głębi widać było drzwi na klucz zamknięte.
- To - odrzekł
zakołysawszy się lekko nadzorca - to jest jeszcze jeden numer.
Rozmowa miała
miejsce za pierwszej bytności mojej w wiezieniu, kiedym jeszcze nie
wiedziała, że się tu o nic pytać nie należy
Co zobaczysz, usłyszysz,
zauważysz, w powietrzu chwycisz - to twoje, ale daremnie byś
pytał o cokolwiek. Nie dlatego, żeby ci kto w odpowiedzi miał
pozostać dłużnym. Broń Boże. Ale da ci taką
odpowiedź, że z niej nic wycisnąć nie potrafisz.
Mury tu za to mówią,
zwierzają się ściany, w długich korytarzach
słychać szept stłumiony. Kto za tym głosem iść
może, dochodzi czasem bardzo ciekawych rzeczy.
Nie znaczy to bynajmniej,
aby z ludźmi tutejszymi mówić nie było warto. Owszem. Ale w
rozmowie takiej trzeba uważać bacznie na dwie rzeczy. Na to, czego ci nie mówią, i na to, o czym za
dużo mówią. Gadatliwość bowiem służy tu
często ku tym samym celom, co i milczenie, a kancelaryjna wrzawa jest jak
gdyby obliczoną na zatarcie jakichś cichych głosów, o których
nie wiedzieć, czy są słowem, czy westchnieniem. Toteż przy
zwiedzaniu więzienia szczególniej złudzeń słuchowych
wystrzegać się należy.
To, co tu jest do zobaczenia, krótkowidz dojrzeć
może, ale tylko subtelne ucho dosłyszy to, co dosłyszeć
trzeba.
Najważniejszą ku temu przeszkodą jest
uprzejmość samego zarządu. Gdy wejdziesz, a raczej, gdy się
przekonają, że wejścia twego uniknąć niepodobna,
stajesz się natychmiast przedmiotem niesłychanej, ojcowskiej niemal
pieczołowitości i prawdziwie rycerskich względów. Sam
,,wielmożny" wybiega do przedsionka cię witać, sam cię
do kancelarii wprowadzą, sadowi, uśmiecha się, zaciera
dłonie i zapewnia, że jest z przybycia twego
najszczęśliwszy. We wszystkim tym, co mówi, znać pewne roztargnienie.
Przewraca papiery, szuka kluczy od biurka, skinieniem ręki odprawia
strażnika, zaledwie stanął we drzwiach i usta otworzył,
przy czym oczy jego odbywają szybki, sumaryczny przegląd kancelarii-
Zapytuje się wreszcie, czy całe więzienie chcesz zwiedzić.
Odpowiadasz skromnie, że zastosujesz się do woli i czasu pana
nadzorcy. W tej chwili oczy jego uspokajają się nieco, wolniej
oddycha, glos ma równiejszy, ruchy nie tak nerwowe.
Naturalnie, któż by się trudził
zwiedzaniem wszystkiego! On sam ci pokaże, co jest najciekawsze. Wyda
tylko pewne dyspozycje. Od chwili, gdy zaczął mówić,
słyszysz ociężałe kroki w korytarzu. Odgłos ten
irytuje "wielmożnego" widocznie. Marszczy czoło
uśmiechając się do ciebie i rzuca w stronę korytarza skośne,
urwane spojrzenia, mówiąc głośniej, niż tego wymaga
potrzeba. Wybiega wreszcie, nie przerywając rozmowy aż do chwili
naciśnięcia klamki, przy czym śmieje się krótkim,
przymuszonym śmiechem.
Na progu ogląda się jeszcze. Znać,
że rad by się rozdwoić, i tu zostać, i tam być
koniecznie. Wychodzi nareszcie, a ty zostajesz sam.
Jeśli jesteś nowincjuszem w obserwacji,
przyglądasz się wielkim księgom rozłożonym na zielonym
suknie długiego stołu, szafom zapełnionym papierami, plikom
aktów po kątach rzuconym i wspaniałemu przyciskowi, który leży
na najwidoczniejszym miejscu. Zatrzymujesz wreszcie wzrok na czarnym
krucyfiksie i Chrystusie z kości słoniowej i jakieś błogie
ciepło napełnia ci piersi.
Jeśli zaś nowicjuszem nie jesteś lub
jeśli oczy twoje instynktem widzą, gdzie w takich biurach
iść i czego szukać, to przede wszystkim patrzysz na wytartą
i jakby wyżłobioną licznymi stopami podłogę w progu,
na szczupłe oszalowanie tworzące nie opodal od wejścia rodzaj
wpółprzyćmionego i ciasnego kojca, gdzie się dają
"widzenia", wreszcie spoglądasz na pokryte grubą
warstwą kurzu książczyny, które leżą kupkami na oknie,
widocznie rzadko bardzo poruszane.
W tej chwili wraca "wielmożny". Jednym
rzutem oka obejmuje sytuację
i kierunek twego spojrzenia.
- Ach, to? - mówi uśmiechając się
skromnie. - To biblioteczka nasza... Początek, zaród biblioteczki... Zniszczone
to, bo ciągle w ruchu - dodaje biorąc w rękę tomik, z
którego się sypie kurz i wręcz słowom jego zaprzecza-
Zbliżasz się, przyglądasz, wreszcie,
chcąc mieć wyobrażenie o całości, zapytujesz, jakie
też w tej chwili książki są w czytaniu. Okazuje się,
że w tej chwili, właściwie mówiąc, żadnych
książek w czytaniu nie ma. Cały "zaród" na oknie
leży pod warstwą pyłu. Dowiadujesz się przy tym, że te
"szelmy" strasznie wszystko niszczą i że gdyby im tylko
książek dać do ręki, to "oho!"
Dowiadujesz się także, że z
więźniami w żadne rozmowy wdawać się nie warto, bo
wszyscy kłamią; że on sam, "wielmożny", cudów tu
dokazał, że go aresztanci jak ojca kochają, że wydatki są
ogromne, że roboty ręczne postępują wzorowo, że
wreszcie co do moralności więźniów to się tu nic
zrobić nie da, bo to zatwardziałe dusze, z którymi czego on sam nie
zrobił, tego już nikt nie zrobi!
Ale może byś chciał najpierw
zobaczyć ogródek? Nie? Wolisz gmach oglądać? Naturalnie,
każdy ma swój gust. Chociaż ogródek jest ciekawy, bardzo ciekawy. W
inspektach są już nawet rzodkiewki. A gdy to
"wielmożny" mówi, oczy jego biegają po twojej twarzy z
niezmierną szybkością. Gdyby mógł, przebiłby cię
na wylot spojrzeniem. Wchodzi wreszcie strażnik i w milczeniu staje w
progu. "Wielmożny" rzuca na niego wzrok pytający.
Strażnik skłania głowę. W tej chwili pan nadzorca zaczyna
rozmowę o pogodzie wypowiedziawszy kilka zupełnie uzasadnionych
poglądów na jej stan obecny i nagle przerywa sobie od niechcenia pytaniem,
czy życzysz już zacząć swoje oględziny. Pytanie to
postawione jest z mistrzowską obojętnością.
Naturalnie okazujesz zupełną
gotowość. Strażnik drzwi otwiera, wychodzisz, a za tobą
wychodzi "wielmożny".
Okazałbyś się zupełnym gburem,
gdybyś nie pochwalił czystości schodów i korytarzy w tej samej
chwili, w której uderzy cię na nich woń stęchła i o
mdłości przyprawić mogąca. Nie skłamiesz. Podłogi
są istotnie czyste.
Na schodach spotykasz więźnia
czołgającego się na czworakach ze skorupą w ręku,
którą skrobie stopnie.
Zobaczywszy "wielmożnego" więzień
zrywa się, opuszcza ręce, staje pod ścianą
przylepiając się do niej, spłaszcza, maleje, w mur wsiąka
niemal.
Nie przychodzi mu to z
trudnością. Jego ogolona głowa, twarz szara i siwy kubrak
odbijają od muru ledwo słabym tonem. Wyżej spotykasz dwóch jeszcze.
Niosą oni dość duży ceber, przez którego uszy przechodzi
drążek. Ta sama mdła woń, silniejsza tylko, bucha na ciebie
z cebra. To obiad. Stajesz wreszcie na górnym korytarzu w oddziale,
przypuśćmy, kobiecym. Tu strażnik zatrzymuje się i
wysunąwszy wielki klucz spogląda na "wielmożnego".
"Wielmożny" macha ręką na znak, że mu wszystko
jedno. Po czym każe otwierać nr 9. Wchodzisz wzruszony, coś
ściska cię w gardle, coś ci mgłą oczy zasłania. W
pierwszej chwili nie czujesz nawet charakterystycznej mdłej woni, która tu
jeszcze się wzmaga. Aresztantki otaczają "wielmożnego"
całując go w ręce. Starsze wytaczają przed nim różne
sprawy, młodsze uśmiechają się. mizdrzą,
nastawiają, stroją dziwaczne miny. "Wielmożny" klepie
je po ramieniu, grozi im palcem na nosie, zapytuje to o tę, to o ową,
Wywołane po imieniu wychodzą z kątów; kilka z nich ma
głowę głęboko spuszczoną.
Tymczasem zjawiają
się inne, spod dalszych numerów, które strażnik otworzył
także. Te są śmielsze jeszcze. Na ciebie patrzą z
ciekawością, szyderczą niemal, i trącają się
łokciami. Wreszcie jedna z nich całuje cię w rękę.
Natychmiast czynią to samo wszystkie inne, pchają się,
pociągając nosami i wzdychając głośno. Jeśli
której zapytasz o co, odpowiada za nią sam "wielmożny",
który też z właściwym sobie pięknym, okrągłym
gestem przedstawia ci niektóre "bardzo porządne aresztantki".
tudzież tłumaczy urządzenia izby, widoczne zresztą i bez
tych objaśnień.
- Ot, tu mają okno -
mówi na przykład - tu piec. tam tapczany...
Kieruje twoją
uwagą, mówi bardzo głośno i bardzo obficie.
Gdy wzrok twój zatrzyma
się dłużej na jakiejś twarzy lub na jakimś kącie,
"wielmożny" niepokoi się natychmiast, mruga oczyma,
podchodzi i pokazuje ci szydełkową robotę, wyjętą z ręki
jednej z aresztantek. Jest przy tym psychologiem.
- To nic ciekawego -
szepce krzywiąc wzgardliwie usta, skoro dojrzy żywszy błysk w
twoim spojrzeniu - zwyczajna złodziejka!... Niewiele nawet skradła,
nie opłaciło jej się...
Macha ręką i
uśmiecha się gorzko. Po dziesięciu minutach spogląda ku
drzwiom. Ma już tego dosyć. Ale nie byłby sobą, gdyby
pominął tak wyborną sposobność do budującego
przemówienia.
Podnosi tedy
głowę, podaje pierś naprzód i zatrudniwszy białe palce
pięknej swej ręki brelokami:
- No - mówi -
bądźcie zdrowe! Widzicie oto, że są osoby litościwe,
które was odwiedzają, które chcą widzieć, co tu robicie, jak
się sprawujecie. Dla takich osób powinnyście czuć
wdzięczność...
Tu przerywa mu
głębokie, z kilkudziesięciu piersi jednym przeciągłym
jękiem idące westchnienie, bardzo zresztą podobne do tego
"a!!!", które w kościółkach wiejskich słychać
podczas Podniesienia. Aresztantki rzucają się do ciebie,
całują twoje ręce, twoje suknie, twoje nogi.
- ...
wdzięczność - kończy "wielmożny" -
którą najlepiej możecie okazać przez dobre sprawowanie się.
No jakże? Będziecie się dobrze sprawowały?
Powtórne,
głośniejsze jeszcze "a!!!" napełnia izbę, przy
czym aresztantki rzucają się do ,,wielmożnego",
całując jego ręce, poły jego surduta, jego buty, jego
kolana - i audiencja skończona. Taż sama ceremonia odbywa się
jeszcze pod dwoma lub trzema numerami, po czym idziesz oglądać
lazaret, przez który przeprowadzają cię z niezmierną
szybkością do warsztatów, gdzie z progu rzuca się okiem na
szewców i krawców, do kuchni, gdzie "wielmożny" bierze od
kucharza warząchew i proponuje ci skosztowanie -porcji dla chorych -
zdrowi już jedli, wreszcie wychodzisz do ogródka, w którym wolno ci
zabawić dłużej nieco, gdzie dostajesz parę kwiatków albo
próbujesz obraną uprzejmie przez pana nadzorcę rzodkiewkę i
skąd powracasz do kancelarii.
Tu
"wielmożny" okazuje ci żywe zainteresowanie się twoim
zmęczeniem. Proponuje ci tedy z całą uprzejmością,
że jeśli zechcesz jeszcze kiedy ponowić swoje odwiedziny -
przeczuwa, niestety, że możesz to zrobić! - to on nie
będzie już cię trudził chodzeniem po schodach, tylko tu, do
kancelarii, każe sprowadzić parę z "ciekawszych"
aresztantek, a ty będziesz mógł z nimi pogadać i
,,wpłynąć na nie".
Spodziewam się,
iż masz tyle sprytu, że nie odrzucasz wręcz tej pro-
pozycji.
Już się do
odejścia zabierasz, kiedy pan nadzorca, który na chwilę był
wybiegł, powraca i prosi cię na wszystko, abyś do mieszkania
jego wstąpić raczył, abyś nie gardził... Wymawiasz
się zrazu, potem idziesz. Na wstępie spotykasz stoi nakryty do
śniadania. Obok kredensu aresztant z podrosłymi nieco włosami i
w cywilnym ubraniu przeciera talerze. Z głębokiego półmiska
kurzą się flaki, obok stoi wyborne masło, rzodkiewka,
bułeczki, sery, piwo i wino. Na próżno się upierasz, na
próżno zapewniasz, żeś niegodny. Pan nadzorca sam ci na talerz
nakłada, a napełniwszy kieliszki pije twoje zdrowie.
Po śniadaniu prowadzi cię gospodarz do
salonu. Tu przede wszystkim dano ci jest podziwiać stoliczek zrobiony na
imieniny przez więźniów, na stoliczku bukiet z chleba tejże
fabryki, nad stoliczkiem laurka w ramkach, za szkłem, a na niej
powinszowanie od aresztantek, zaczynające się słowami:
"Jako to słońce, co świeci na niebie..." Na drugiej
ścianie druga laurka, przeszłoroczna, nad fortepianem trzecia.
"Wielmożny" ma całą galerię tych
interesujących pamiątek. Oglądasz ich pięć,
sześć, dziesięć, ale nie możesz obejrzeć
wszystkich.
Żegnasz się wreszcie, gospodarz ściska
twoje ręce, wyprowadza cię do sieni, do schodków, do powozu, którego
drzwiczki sam zamyka za tobą.
Jeśli w drodze konie cię nie poniosą i
karku nie skręcisz, znaczy to, że nie wszystkie, choćby też
najszczersze, życzenia ludzkie Opatrzność spełnić
pośpiesza.
Łatwo pojąć, że choćbyś
zrobił sto podobnych wizyt, pożytek z nich będzie taki
właśnie, jak gdybyś na ulicy przed więziennym gmachem
stanąwszy murom się jego przyglądał.
Na szczęście masz więcej
cierpliwości niżli pan nadzorca, a także więcej czasu.
Długo wszakże trzyma się to w mierze.
Za drugiej, za trzeciej bytności twojej taka sama
scena w kancelarii, tak samo "wielmożny" prowadzi cię na
schody i pod numery, takie same miewa z powodu przyjścia twojego kazania i
tak samo zaprasza cię na flaki.
Aż zdarzy się wreszcie, że go
odwołaj na drugi koniec korytarza, gdzie się pierzarki pobiły, a
ty zostajesz sam na pięć, na dziesięć minut. Innym znów
razem zatrzymuje się "wielmożny" lub wybiega dla rozprawy z
dostawcą grochu i sadła. Jeszcze innym wypadają
właśnie "widzenia". Co w takich razach jest
najpocieszniejsze, to usilne przeprosiny jego, że cię musi "na
chwilkę samego zostawić". Tak, na chwilkę tylko. Ale
byłbyś bardzo niezręcznym, gdybyś z chwilek takich
skorzystać nie potrafił.
Drogą, na której tu wszystko zrobić
można, jest droga powściągliwości i umiarkowania. Przede
wszystkim nie należy niczym i nigdy wzbudzać nieufności w
strażniku. Zostałeś sam, ale ani głos twój ani spojrzenie,
ani ruch nie powinny być na jotę inne niż przy panu nadzorcy- Po
wtóre nie należy strażnikowi nigdy ofiarować żadnych
datków. On powinien wiedzieć, że masz prawo tu przychodzić i
że otwieranie ci numerów nie zależy wcale od jego grzeczności i
łaski, którą byś potrzebował opłacać. Jedynym
gruntem, na którym tu silnie stanąć można, jest grunt
najściślejszej legalności. Żadnych szeptów, żadnych
intryg, żadnych konszachtów! Tym tylko sposobem dojść możesz
do tego, że pan nadzorca przestanie za tobą biegać, a
strażnik spostrzegłszy cię pochyli głowę siwą i
pójdzie wprost na schody otwierać ci numery.
Skoroś to zdobył, wygrałeś.
Najpilniejszą teraz sprawą twoją
będzie wyrównanie tego sztucznie wzniesionego poziomu, na jakim stosunek
twój do więźniów postawiły przemowy pana nadzorcy-
Wchodzisz tedy cicho, spokojnie, jakby do miejsca
wspólnego pobytu. Zdejmujesz kapelusz, rękawiczki, a pozdrowiwszy
aresztantki siadasz pomiędzy nimi na ławce, nie pozwalając, aby
przerywały swoje zajęcia, i zaczynasz z nimi najpotoczniejszą
rozmowę. W rozmowie tej unikasz jak ognia wszelkich ogólników
moralizatorskich, wszelkich wzdychań na temat zepsucia, obrazy boskiej,
śmiertelnych i powszednich grzechów. Nigdy też nie wypytujesz o samo
więzienie, o jego urządzenia, zarząd itp., ale zwracasz się
do której z młodszych kobiet, dowiadujesz się, jaką robotę
wykonywa najwprawniej, oglądasz wyplatanie krzeseł, szycie, haft,
dzierganie, przychylając się do robotnicy i nie odbierając jej
roboty z ręki, przez co okazujesz szacunek dla jej czasu. Przy tej
sposobności pytasz o imię, nigdy zaś o nazwisko, które i tak ci
sama aresztantka powie, pytasz o wiek. o rodziców, o rodzeństwo;
wyrażasz przy tym skromnie domysł, że pewno tęsknią do
niej, przez co podnosisz ją we własnych oczach, czyhać
komuś drogą, słowem, zachowujesz się z aresztantka w taki
właśnie sposób jak gdybyś zgoła nie w więzieniu
ją poznał, ale w domu lub w warsztacie.
Nie zwracasz nigdy uwagi na rzeczy wstydzące
młodą dziewczynę, jak np. obcięcie włosów i brzydki
czepiec więzienny. Przy zadzierzgiwaniu tych pierwszych, tak subtelnych, a
tak silnych węzłów wzajemnej ufności pomijasz prawie
zupełnie chwilę obecną, zajmując się przeważnie
przeszłością aresztantki i jej nadziejami na
przyszłość, które musisz zatlić tam, gdzie ich nie ma, a
podtrzymywać i kierować nimi tam, gdzie chwieją się i
gasną.
Nie posługujesz się nigdy w tej pierwszej
chwili takimi pytaniami i odpowiedziami, które by zarówno do niej, jak i do
dziesięciu innych stosować się mogły; mówiąc z
nią, o jej tylko los się troskasz, nią tylko jesteś
zajęty, jej tylko oddany. Z szarej, bezbarwnej masy ogólnego
przestępstwa i ogólnej kary wydobywasz zainteresowaniem się swoim
indywidualność ludzką. A to jest twoim najwyższym zadaniem.
Na usługi swoje musisz mieć wyborną pamięć,
wielką delikatność uczuć i łatwość stawiania
się w różnorodnych, psychicznych stanach.
Zwykle w numerze znajduje się małe dziecko.
Czasem bywa tego po dwoje, po troje.
Bierzesz je od matki na ręce, dajesz mu
jakiś przyniesiony z sobą kawałek bułki, trzymasz je na
kolanach lub kołyszesz, jeśli jest senne. Matka, która nieraz
przeklinała jego istnienie, uśmiecha się widząc to i jest
wzruszoną. Jeśli dziecko było tym razem brudne i zaniedbane,
niech cię to nie zraża. Za drugą bytnością twoją
znajdziesz je z pewnością wymytym i w czystej koszulce.
Poruszasz się, mówisz i czynisz to wszystko z
zupełnym spokojem. Owszem, głos twój jest raczej cichy niż
donośny. Ci, co się zrazu skupiają dokoła, aby cię
słyszeć, garną się później do ciebie, aby cię
słuchać!
Innym razem zapytujesz aresztantek, ile ich jest ze
wsi. Bywa
ich zwykle połowa w każdym numerze. Pytasz tedy o okolice, o nazwy
wiosek, o byt gospodarzy, o warunki dawnego życia. Korzystasz przy tym z
bieżącej pory roku, aby mówić o siewach, o grabieniu siana, o
żniwach, o kopaniu kartofli, o obróbce lnu, o tkaniu i bieleniu
płótna, o pieśniach śpiewanych przy wspólnej pracy na polu i w
chacie. Jeśli to jest niedziela, mówisz -kościele wiejskim, o dzwonach,
co zwołują na Anioł Pański, o suplikacjach, które lud
cały śpiewa, o krzyżu przydrożnym, który dziewczęta
ubierają w kwiaty, o święceniu ziół, o pasterce, o
rezurekcji...
Zrazu każda
aresztantka ma coś do powiedzenia. Wkrótce wszakże głosy
milkną, a po kątach słychać szlochanie i wycieranie nosów w
grube więzienne fartuchy. Zapytujesz wtedy, czyby one nie chciały -
ponieważ tam właśnie wszyscy się modlą - odmówić
z tobą pacierza?
Zamiast odpowiedzi
większa część klęka, wzdycha i bije się w piersi.
Nie zwracasz uwagi na te. które stoją, i odmawiasz głośno, z
wolna: "Ojcze nasz", "Kto się w opiekę" albo
"Święty Boże". Gdy skończysz, spostrzegasz,
że klęczą wszystkie, prócz Żydówek, a i na tych znać
powagę chwili.
Wzajemnych skarg, plotek,
opowiadań o cudzych przestępstwach nie dopuszczasz nigdy. Nigdy
też, nawet w najpoufniejszej rozmowie, nie do- pytujesz się o rodzaj
i stopień winy. Twoim tryumfem będzie dowiedzieć się o tym
od płaczącej u kolan twoich lub na piersiach twoich aresztantki, a to
w takiej rozciągłości i z takimi szczegółami, jakich
żadne śledztwo dobyć by z niej nic zdołało nigdy.
Gdy się to stanie,
możesz iść na flaki, pić zdrowie i oglądać laurki
"wielmożnego". Zrobiłaś swoje.
Z miesiąc coś
może po owej pierwszej mojej bytności w więzieniu znów mi
wypadło przechodzić przez korytarz, w którego głębi
był... "jeszcze jeden numer". Stary Jakub, idący tym razem
przede mną, zatrzymał się nieco, obejrzał, zażył
tabaki i zmrużywszy lewe oko, jak to miał w zwyczaju, zapytał
znienacka:
- A widziała też pani
"Dziką"?
- Nie, nie widziałam-odrzekłam spokojnie.-A
cóż to za Dzika ?'
- A licho ją wie, proszę łaski pani.
Dzika i Dzika. Tak tu na nią wołają.
- Cóż to
aresztantka?
- Iii - odrzekł
Jakub machnąwszy ręką - taka niby dokumentna aresztantka to ona
nie jest. Ale że ją tu trzymają wedle papierów...
Poruszył się i
szedł dalej, to drepcąc parę kroków, to przystając i
biorąc tabakę.
Naraz odwrócił
się znowu.
- Bo to, proszę
łaski pani - mówił zniżywszy głos nieco -jak była ta
wojna, niby turecka, to insze panowie oficery nawieźli różności
z tamtych tam krajów. Psy nie psy, konie nie konie, fuzje nie fuzje, Murzyny nie Murzyny, aż
jeden sobie i pannę przywiózł. Od rodziców ją, powiadali,
namówił czy coś. Tak mieszkał on tu z tą panną w
mieście jakieś czasy, aż potem musiał z wojskiem na
trawę ciągnąć, na wieś. A już mu się ta
panna uprzykrzyła. Jak mu się też uprzykrzyła, to on co
robiący, do wójta na onej wsi melduje tak a tak, co tu się taka a
taka znajduje bez papierów. Ano dobrze. Jak on ją do wójta melduje, tak
wójt ją łapać. Pobił ją ta on wójt, poturbował,
bo się nie dała brać i strasznie do oczów skakała- aż
ją do nas przywieźli. Jak ją do nas przywieźli, tak my
ją zamknęli pod czternasty... Tam gdzie Walera, proszę
łaski pani...
- Wiem, wiem.
- Jak my ją pod
czternasty zamknęli, tak jej się zara w głowie zaczęło
psuć, że ino ciągle chodziła, rękami wymachiwała
i cości gadała a gadała, ale po jakiemu, to nikt nie mógł wiedzieć.
Bez to myją i Dziką przezwali, że to i takiej czarniawej urody
była przy tym... To znów jak na nią przypadło, to się
cięgiem śmiała. Cha, cha, cha! i cha. cha. cha! Aż
się, bywało, tak zmorduje, że się o ziemię jak drewno
ciśnie i targa się za włosy i płacze tak, że aż
się człowiekowi coś dzieje słuchając. A włosy,
proszę łaski pani, to ma takie, że choć z nich bicze
kręć na cztery konie... To jak ona tak śmieje się i
płacze, to jedna i druga do mej z pięścią... A nic
będziesz ty cicho, ty taka, ty owaka! Buch ją raz w kark, buch
ją drugi raz. Ano dobrze! To taki nieraz, proszę łaski pani.
wrzask był w korytarzu, że zwyciężyć nie było
można... Aż też ją wielmożny tu przesadził, i tak
tera siedzi.
- Tu, pod tym
numerem?
-- A tu... Tera
ją fotegrafowali, co jej fotegrafiją mają
posyłać do tamtych tam krajów, coby się kto do niej nie
przyznał, rodzice albo kto... Bo to młode, z osiemnaście lat
temu, nie więcej.
-- I wy tam do niej
chodzicie?
- A chodzę. Co
nie mam chodzić? Ino że się z nią nijakiego rozmówienia nie
ma- Jak tam nieraz człowiek wejdzie, a odezwie się ot tak, po
dobroci, to się namarszczy. aż jej się te brwie zejdą...
W tej chwili
doszliśmy do drzwi. Jakub klucz przekręcił w zamku i
puścił mnie przed sobą.
Izdebka była
niewielka, o jednym zakratowanym oknie, bielona jak wszystkie numery. Pod oknem
stał czarny stolik, na nim cynowa miseczka więzienna z nie
tkniętym jeszcze krupnikiem. Pod ścianą na lewo od wejścia
,tapczan taki, jakie tu w lazarecie są w użyciu. Na tapczanie
twarzą do ściany leżała Dzika. Ogromne czarne włosy
rozsypane były na wypchanej słomą poduszce, małe nóżki
w podartych, niegdyś wykwintnych, trzewiczkach widać było spod
jasnej, lekkiej sukni, której wesołe barwy dziwnie odbijały i od tego
dnia zimowego, i od brunatnej więziennej kołdry.
Chociaż drzwi
skrzypnęły dość głośno. Dzika nie poruszyła
się z miejsca, tylko dłonią twarz zasłoniwszy,
głębiej się w poduszkę wcisnęła. Dopiero kiedy
Jakub do stolika podszedł i zapytał, czemu obiadu nie je,
poniosła się nieco na łokciach i odwróciwszy głowę,
pałającymi oczyma na niego spojrzała. Oryginalnie
piękną była jej twarz śniada i niezmiernie
wynędzniała, ale szlachetnie skrojona. Brwie - jak mówił
Jakub - silnie ściągnięte, schodziły się niemal
czarną, wąską linią, usta jej drgały.
Chwilę
patrzyła tak na strażnika z wielką jakąś wzgardą,
mrużąc ogniste oczy, aż zdławionym, hamowanym widocznie
głosem wyrzuciła z piersi kilka gniewnych i szorstko brzmiących
wyrazów w nie znanym mi języku...
Nagle wzrok jej
padł na mnie i odbił ogromne zdumienie. Powolnym, jakby zawstydzonym
ruchem odgarnęła z twarzy włosy, spuściła nogi,
poprawiła suknię i podniosła się nie zdejmując ze mnie
coraz głębszym cieniem zachodzących oczu. Postać jej
była gibka, szczupła i składna.
Patrzyłam na
nią z niezmiernym współczuciem. Co do Jakuba, ten wyniósł
się dyskretnie i drzwi za sobą przymknął.
- Au nom de
Dieu, Madame - wyszeptała wtedy Dzika, przyciskając do piersi
obie ręce kurczowym jakimś ruchem - au nom de Dieu...
Chciała
coś mówić, ale nagle drżeć zaczęła,
przymknęła oczy i szukając ręką oparcia padła w
tył na tapczan, uderzyła w ścianę głową i
zaniosła się wielkim płaczem...
- De Dieu... de
Dieu... de Dieu... - łkała nie mogąc wymówić nic
więcej. A tuż zaraz chwycił ją spazmatyczny i
niepowstrzymany śmiech, przy którym te powracające na usta jej wyrazy
miały jakieś okropne, tragiczne znaczenie. Trwało to może
kwadrans, a może i dłużej, w którym to czasie na próżno
usiłowałam uspokoić Dziką. Rozpięłam jej stanik i
zmaczawszy chustkę w dzbanku położyłam ją na
drgającym sercu biednej dziewczyny. Siadłam potem przy niej, objęłam
ją i przycisnęłam głowę jej do piersi. Po śmiechu
przyszło łkanie, rozdzierające zrazu i rozpaczliwe, potem coraz
cichsze, coraz cichsze, aż się rozpłynęło w westchnienia.
Zmrok zapadł już zupełnie, kiedy Dzika głęboko
zasnęła.
Wtedy jej głowę
złożyłam na poduszce, otuliłam ją kołdrą i
wyszłam cicho na palcach. Nie opodal ode drzwi stał Jakub.
Spojrzał na mnie, pokiwał głową i zmrużywszy lewe oko
zażył niuch tabaki.
|