|
III. ONUFER
1.
Już miałam
wychodzić, kiedy Jan Zaparty, młodszy strażnik z pierwszego
piętra, wpadł do kancelarii.
- Proszę
wielmożnego - zawołał zdyszany, robiąc "front" u
proga. - Pod piątym rewolucja! Osmólec tak tłucze Onufra, że go
oderwać nie można.
- Co to nie można! -
krzyknął pan nadzorca zrywając się z fotela. - Ruszaj po
Jakuba, ciemięgo, kiedy sam rady dać nie umiesz, i przyprowadzić
mi tu ich obu! Natychmiast! Słyszał?
- Słyszał! -
odrzekł wyprostowany w kij strażnik i zniknął za progiem.
"Wielmożny"
stał jeszcze chwilę twarzą ku drzwiom zwrócony, ze obiegniętymi
brwiami na pięknym, białym czole. Oczy mu się paliły, krew
podeszła do skroni, w całej postaci znać było gniewne
wzburzenie. Po chwili wszakże opanował się, odsapnął,
a rzuciwszy przez zęby: "cymbał", siadł i
zaczął gładzić pulchną, błyszczącą pierścieniami
ręką sinawy, gładko wygolony podbródek, przegarniając bujne
faworyty na prawą i na lewą stronę. Mitygował się, ale
znać było, że mu to przychodzi z trudnością. Nie lubił,
aby sprawy podobne wybuchały wobec trzecich osób, rzucił mi też
z fotela swego kilka szybkich, ukośnych, dosyć cierpkich
spojrzeń.
Tymczasem w korytarzu
rozległ się odgłos ciężkich kroków, a do kancelarii
wszedł starszy strażnik Jakub, inaczej świętym Piotrem dla
kluczów, którymi zwykle brząkał, zwany, popychając przed sobą
drobnego, jak kogut nastroszonego więźnia z suchą,
czarniawą twarzą i zuchwałymi oczyma, po których
przelatywały złote i czerwone ognie. Dość było
spojrzeć na niego, aby poznać, że gorący jest jeszcze od
bójki, z której go wyrwano. Pięści miał zaciśnięte, na
czole żyły jak postronki, kolana pod nim drżały, nozdrzami
prychał, a ostre, rzadkie zęby błyskały mu spomiędzy
warg jak u brytana.
Za Jakubem wszedł
olbrzymi chłop w siwym, więziennym, szeroko na piersiach rozerwanym
kubraku, z wielkim, głęboko między ramiona wciśniętym
łbem golonym. Twarz miał dużą, ospowatą, mocno
obrzękłą, a cala jego wielka, ciężka, skurczona w
sobie postać przypominała wołu, ogłuszonego uderzeniem
obucha.
Gdy wszedł,
owinięte szmatami nogi zgiął w kolanach, łokcie w tył
za siebie wysunął, a trzymając w obu rękach na
obnażonej, rudo zarosłej piersi swoją aresztancką
czapkę bez daszka, oczy w podłogę wbił i zaczął
trząść wielką, wciśniętą w kadłub
głową.
Chłop był
młody, trzydziestu lat może nie miał, ale zniszczony był
strasznie. Żarło go coś widocznie i krew z niego ssało. A
nie było to owo powolne, charakterystyczne wyniszczenie, jakiemu
podlegają dawni więźniowie i recydywiści, ale jakaś
nagła i niepowstrzymana ruina, od której pomimo ogromnej budowy swojej tak
zetlał, że zdawało się, iż potrącony palcem
padnie o ziemię i w proch się rozsypie. Twarz jego nie była ani
bezmyślnie tępa, ani też ponura, ale leżała na niej
jakaś niezgłębiona troska i wielki, wielki,
niezwyciężony strach; a lubo obrzękła od razów, jakie jej
świeżo Osmólec zadał, znać było, że wyrazu swego
nie zmieniła, go miała przedtem i mieć będzie potem,
zawsze, zawsze. Zaciętości niedawnej bójki ani śladu. Parę
razy, owszem, spojrzał olbrzym na Osmólca tak, jakby mu był
wdzięczny za to, że go przed sobą widzi. Była to szczególna
postać, która mnie zaciekawiła mocno.
Konwój zamykał
Zaparty, a okrągłe, silnie wytrzeszczone oczy jego
świadczyły o natężeniu mózgownicy ku spełnianiu
rozkazów "wielmożnego".
- Osmólec - rzekł
pan nadzorca silnym swoim, dźwięcznie wibrującym głosem. -
Ty co znów? Doigrać się chcesz?
Mały, czarniawy
więzień wystąpił ku środkowi i odrzekł
śmiało:
- A nic, proszę
wielmożnego...
Już po tym jednym
ruchu i po tonie mowy poznałam, że to recydywista, stary, szczwany
ćwik.
"Wielmożny"
patrzył też na niego z pobłażaniem jakie tu tylko dawnych
i dobrze znanych
aresztantów udziałem bywa.
- Jak to nic? Co
tam za rewolucję pod numerem robisz?
- Ja ta nijakiej
rewolucji nie robię, tylko mi poszło o spanie. Spać każdy
musi.
Przygasł
już w sobie, ale mówił jeszcze ostrym, świszczącym
głosem człowieka zmęczonego bójką. Czuł też
widać, że słuszność przy nim, bo patrzył bystro,
wprost w twarz "wielmożnego". "Wielmożny"
zmarszczył czoło i zwróciwszy się do strażnika zapytał
ostro:
- Zaparty! A co tam
znów za nieporządki w spaniu?
Wyprostowany
strażnik głębiej jeszcze brzuch wciągnął w
siebie, szerokie piersi wystawił, but do buta przystosował,
przełknął ślinę i szybko mrugając wytrzeszczonymi
oczami rzekł:
- Nie pokazało
się tam żadnego nieporządku, wielmożny panie!
- Nie
pokazało! - powtórzył po nim zuchwale Osmólec, przekrzywiając
głowę i mrużąc lewe oko. - A skąd to pan strażnik
wie, że się nie pokazało?
- Jezu! Jezu!
-jęknął nagle po dwakroć Onufer i podniósł wzrok
błędny przed siebie.
Nikt wszakże nie
zważał na to, a Osmólec tak mówił dalej:
- Niech no by pan
strażnik choć jedną noc nocował na mojej pryczy, toby mu
się zara pokazało!
Na twarzy
olbrzymiego Onufra wybiła wielka męka. Głowa jego
trzęsła się coraz silniej. Osmólec całkiem się
tymczasem do Zapartego zwrócił.
- A ja panu
strażnikowi powiem, że kiedy tutaj siedzę, to jestem kazienny
hareśtant i wygodę swoją muszę mieć, bo tu na mnie
wszystko z kaźny idzie! I
jadło, i mundur, i spanie, i wszystko z kaźny na mnie idzie! Wie pan
strażnik?
Mówił to zwrócony twarzą do strażnika,
ale oczyma zuchwale ku "wielmożnemu" błyskał. Tę
taktykę stawiania zarzutów przez elewację znałam doskonale.
Używali jej zazwyczaj doświadczeni więźniowie, i to z
powodzeniem. Jakub, stary strażnik, znał ją widać równie dobrze,
gdyż obojętnie patrzył w okno, niuchając ukradkiem
tabakę, ale Zapartemu złość po twarzy kipiątkiem
szła. Nie patrzył on wszakże na Osmólca, tylko jak w tuza oczy w
"wielmożnego" wlepił, przekazując mu niby to wszystko,
co od Osmólca usłyszał. "Wielmożny", głęboko
zasunięty w fotel, brwi miał lekko zbiegnięto i palcami
podług zwyczaju po siole bębnił; piękne jego oczy
podnosiły się przy tym i spuszczały długim, powłóczystym
spojrzeniem. Zdawać się mogło, iż wywodów Osmólca przez
roztargnienie tylko słucha, a myśl ma zajęta innymi,
stokroć ważniejszymi sprawami.
I ta kancelaryjna taktyka obcą mi nic była.
Wyznać nawet muszę, że przynosiła ona pewne, dość
znaczne korzyści, a mianowicie: pozwalała wyświetlić
się sprawie bez nakładu osobistego badania pomiędzy
możliwymi zarzutami, możliwość zaś taką zawsze
przewidywać należało, a władza stawiała mur ochronny,
niejednokrotnie dla powagi tejże władzy konieczny; wreszcie
bagatelizowała, że tak powiem, sprawę sama w oczach osób
trzecich, wypadkowymi i niepożądanymi świadkami jej
będących.
Najkomiczniejszym było to, że każdy z
aktorów tego przedstawienia znał doskonale role wszystkich innych i
że pomimo to sztuka ta odgrywała się z całą
powagą należną wielkiemu zielonemu stołowa urzędowo
żółtym ścianom, zapylonym stosom papierów oraz innym akcesoriom
biurowym.
- A po drugie - mówił dalej Osmólec -
człowiek trzeci raz już tu, Chwalić Boga siedzi, to wie, co do
czego jest przynależące. Co złodziejstwo to złodziejstwo, a
co zbójnictwo to zbójnictwo! W jednym msza polityka, a w drugim msza polityka. Kuzdy
ma swój hunor! I pan strażnik ma swój hunor, i
wielmożny nadzorca ma swój hunor i ja mam swój hunor. Kiedym
ukradł, tom ukradł, to swoja rzecz, to mi nie pierwsze! A z takim
zbójem świętokrzyskim graniczyć mi nie potrza! Pan strażnik
dobrze wtedy na trzeci bok się wywróci, kiedy Onufer jak zapomniały
po nocach się ciska, żeby jego choroba utłukła! Onegdaj a
to świecę szewcom od łojenia porwał i jak gromnicę
przy pryczy palił. Jeszcze kiedy całe posiedzenie het precz z
dymem puści!
Zmarszczył się "wielmożny",
głowę uniósł nieco i spod brwi nasuniętych gniewnie na
Zapartego spojrzał. Strażnik stał wyprostowany i również w
twarz "wielmożnego" patrzył. Co do starego Jakuba, ten z
wielką uwagą obserwował szmat pajęczyny wiszącej nad
piecem i dwa palce w tabakierce trzymał. Była to sytuacja
nieocenionego komizmu pełna.
- A dziś - mówił Osmólec obtarłszy usta
wierzchem ręki - to tak jęczał bez caluśką noc, jakby
jego kto rżnął! Niestrzymane rzeczy! Człowiek, jak się
układzie, toby i spał. bo ma ze wszystkim czyste sumienie: ataki duszegub
i dysperak to i sam nie śpi. i drugiemu nie da!
Ino światło zgaśnie, zara stęka,
że coś przed nim stoi. A ja co temu winien, że co przed nim stoi? Ja za
nim pałki nie nosił! Człowiek, chwalić Boga, swój wyrok ma
i za swój siedzi, a do inszych to mu ta nic! Żeby ja miał nad
każdym zbójnikiem stękać, tobym się dawno rozpukł!
- Jezu! O Jezu! -
głucho znów jęknął Onufer, ale nikt nie zważał na
to.
Osmólec zaś
tak rzecz swoją kończył:
- A pan strażnik
kiedy taki mądry, to niech. Onufra na osóbek wytransportuje, to pod
numerem nijakiej rewolucji nie będzie! Bo tam same porządne ludzie
siedzą i już! Wie pan strażnik?
Nastawił
się i aż w biodrach przysiadł. Przechodziło to widać
miarę zwykłej bezczelności, bo stary Jakub splunął w
bok i z szelestem ślinę butem zatarł.
- No, no! -
zawołał marszcząc czoło pan nadzorca. - Nie bądź
taki rezolutny! To ty nie wiesz, że za bijatyki ciemna? Jeśli ci
się krzywda dzieje, to masz kancelarię! Masz mnie! A samemu sobie
sprawiedliwości robić tu nie wolno!
Osmólec rzucił
spode łba na "wielmożnego" szybkie, zadziwione spojrzenie.
Tego tonu nie spodziewał się widać. Nie brał widocznie w
rachubę mojej obecności. Po twarzy jego przemknęło najpierw
zaniepokojenie, a potem szybka decyzja. Podszedł do fotela i
uścisnął "wielmożnego" za kolana.
- A cóż to
wielmożny pan - mówił wzruszonym głosem - mało się nad
nami naturbuje, namęczy, żebym ja za lada głupością do
kancelarii latał i wielmożnego pana fatygował? A czy mi to wielmożnego
pana zdrowie niemiłe albo co? A toby mnie Pan Bóg za to ciężko
skarał! Toć wielmożny pan nade mną ojciec i opiekun
najkochańszy! Żeby nie wielmożny pan, toby ja był ze
wszystkim sierota!...
Tu nos w palce
wytarł i chlipać począł. Zapatrzył się na niego
Jakub, a tak był przejęty mistrzowskim wykonaniem tej sceny, że
tabakę w palcach trzymając nie niósł jej do nosa.
- Ani ja ojca, ani
ja matki, ani żadnego przyjacielstwa! - chlipał Osmólec. - Hu! hu!
hu!... Bóg tylko jeden nade mną na niebie, a drugi wielmożny pan na
ziemi, hu! hu!... Niech ta dziesięć razy bez dzień na mnie
strażnik skarży, hu! hu! hu! A ja ojca swego i wielmożnego
opiekuna, i dobrodzieja swego nie będę o lada co turbował, hu!
hu! Ja wielmożnego pana tak kocham jak dziecko matkę!... hu! hu!
hu!... Bo mi wielmożny pan za matkę stoi i za wszystkie
majętności! hu... hu...
Mówił szybko,
płaczliwym głosem, spode iba tylko zerkając, jak mu się ta
sztuka udaje.
Dosyć!
Dosyć już! - przerwał pan nadzorca z ojcowską
surowością w głosie.
Osmólec jednak
chlipać nie ustawał.
- Wielmożny
pan mnie słuchać nie chce, hu... hu... hu... hu!... A ja bym
wielmożnemu panu nóżki umył i brud wypił, hu! hu!... Jak ja
stąd wyyszedł na jesień, hu! hu! hu!... tom sobie rady nie
mógł dać bez wielmożnego pana! Żeby mi srebro, złoto
dawali, żebym w aksamitach chodził, tobym bez wielmożnego pana
żadnego wskórania nie miał... Hu! hu! hu! hu!... Dopiero, jakem
się tu powrócił, a wielmożnego pana zobaczył, hu! hu!... to
mi tak było, jakbym się na świat drugi raz narodził... hu!...
hu!- hu!...
A wielmożny pan za moje kochanie... hu! hu! hu!...
Aż mnie dziw
brał, że pan nadzorca tak długo Osmólcowi gadać
pozwolił, ale przypomniałam sobie, że - sam krasomówca - w
bystrejmowie się kochał i obrotnego języka rad
słuchał.
Tymczasem Osmólec
plackiem na podłogę padł i buty "wielmożnego"
całował chlipiąc głośno.
- No, no! Bez tych
czułości - rzekł miększym już głosem pan
nadzorca- - Ostatni raz ci daruję, pamiętaj! Jak tobie nie wstyd
nawet, takiemu staremu, porządnemu aresztantowi, co już trzeci raz tu
siedzi i przykładem dla innych być powinien, za łby się z
frajerami wodzić! Nie spodziewałem się tego po tobie! Zawsze
cię do porządnych ludzi liczyłem, a ty mi taki zawód, taki wstyd
robisz! Pfe! Martwisz mnie!
- Hu! hu! hu!... -
beczał Osmólec plackiem na podłodze leżący. - Ja bym dla
wielmożnego pana krwi z małego palca utoczył! Ja bym
wielmożnemu panu śmiertelny grzech powiedział! Ja
wielmożnego pana tak kocham, że się we mnie
wnętrzności od żalu pękają. Jak wielmożny pan
się na mnie gniewa! hu! hu! hu!...
.- No, dosyć
już, dosyć - rzekł, podnosząc go łaskawie, pan
nadzorca. - Ruszaj pod numer i żeby mi tam było spokojnie! Rozumiesz?
- Rozumiem,
wielmożny ojcze i opiekunie najukochańszy! Rozumiem!
Podniósł się
Osmólec, stęknął, pociągnął kilka razy nosem,
pięścią wytarł oczy, w których jakoś łez nie
było widać, i ku progowi się cofnął.
Zaparty,
wyprężając tymczasem kolejno wszystkie swoje muskuły,
zdołał nareszcie przybrać jak najbardziej poprawną w stylu
kancelaryjnym postawę. Istotnie, wyglądał on jak epileptyk w
napadzie tężca. Oczyma już nawet nie mrugał, bo mu
kołem, wpatrzone w twarz "wielmożnego", stanęły.
Stary Jakub miał je
za to do połowy zmrużone, jakby, znudzony znanym sobie widowiskiem,
usypiał; głowa mu też nieco z karku zwisła, co go
uczyniło podobnym do starej szkapy, która - lubo w zaprzęgu - z lada
przystanku korzysta, aby łeb stary zwiesić i zdrzemnąć na
chwilę. Co do pana nadzorcy, ten był promieniejący i
poglądał na mnie z pogodnym tryumfem, rad widocznie, że
aresztant tyle sprytu i polityki okazał, a jego jasne piękne oko
zdawało się mówić:
,,A co? Tak u nas! Szaleją po prostu za mną ci hultaje!"
A tam, u progu, z wbitymi w podłogę oczyma
stał tymczasem olbrzymi Onufer, w siwym swoim, rozerwanym kubraku, coraz
silniej cisnąc czapkę do szerokiej, obnażonej piersi. Tego, co
się dokoła niego w kancelarii działo, zdawał się nie
widzieć i nie słyszeć wcale: głową tylko na obie
strony chwiał i brwi na zżółkłym i zoranym
przedwcześnie czole wysoko podnosił, jakby się dziwił
czemuś i czymś przerażał w sobie-Po czy m znów nagle
trząść się zaczynał i stękał jak
ciężko chory człowiek.
Osmólec przechodząc koło niego
rękę w kułak ścisnął i wysuniętym knykciem
wielkiego palca w biodro go pchnął. Wielki Onufer ocknął
się i spojrzał na niego zmąconym wzrokiem; na jego twarz
śmiertelnie stroskaną nie wybił się najmniejszy siad
niechęci- Po czym zaraz oczy wbił w ziemię i brwi nad
czołem w niezmiernym zadziwieniu podniósł.
- A cóż ty tam! Nie ruszysz się? -
przemówił po małej pauzie pan nadzorca. - W ziemię
wrosłeś czy co?
Szturchnął go ponownie Osmólec.
- Dalej go! Będziesz tu jak drąg stał,
kiedy nasz wielmożny ojciec i opiekun najukochańszy do ciebie gada? A
padnijże do nóg pańskich! A podziękujże wielmożnemu
panu!
Ale Onufer, zamiast ku fotelowi podejść, jak
stał, tak na kolana u drzwi runął, a podniósłszy obie
ręce trząść nimi zaczął, wołając
zdławionym głosem:
- Ani drgnął! Ani zipnął,
chudziaszek! Inom go, raz... I ani drgnąłl Ani tchu nie
puścił! O Jezu! Jezu! Jezu!...
Rękami nad głową splasnął,
palce splótł i czołem o podłogę z głuchym
łoskotem uderzył, a ogromny, do ryku podobny jęk
wstrząsnął żółtymi ścianami kancelarii. Pan
nadzorca cofnął się od stołu z fotelem, chociaż go
prawie cała długość pokoju od Onufra dzieliła, i
przybladł nerwowo. Był wrażliwy i nie lubił scen
przechodzących miarę zwykłego, łagodnie roztkliwionego
liryzmu.
Widząc to Osmólec znów kilka kroków ku
środkowi postąpił i pochylając się z miną
zaufańca rzekł:
- I nie bydlę
to, proszę wielmożnego? I to tak bez caluśkie noce idzie!
Świętemu by cierpliwości brakło!
- Ani
drgnął... Ani zipnął... Jak ten ptak... Jak ten
ptak...-głuchym. zduszonym rykiem powtarzał Onufer. - O moje dziecko,
moje dziecko! O Jezu! Jezu! Jezu!
Twarz pana nadzorcy
zachodziła złowrogim cieniem. Palce jego coraz szybciej po
poręczy fotela bębniły, a brwi zbiegły mu się nad
gniewnymi oczyma groźne i drgające.
Chwile trwało
milczenie.
Zaparty, który przy
runięciu Onufra na kolana wyszedł był nieco z
"frontu", znów się wyprężył do
niemożliwości, a stary Jakub szyję z niebieskiej
obwiązującej ją chustki wysunąwszy, głowę ku
"wielmożnemu" podniósł i nozdrza nastawił.
Tak zmyślny
wyżeł patrzy w oczy panu, rychło powieką mrugnie albo
palcem ruszy.
- Do ciemnej go! -
zakomenderował "wielmożny".
W jednej chwili
zerwał się Onufer na klęczki i ręce do
"wielmożnego" wyciągnął:
- Panie! -
zawołał - Panoczku! Panie miłosierdny ! Rózgami siec
każcie, język zakneblujcie, strawę odejmijcie, ręce i nogi
zakujcie, ale dociemnej nie sadźcie! Nie sadźcie do ciemnej, panie miłosierdny,
bo on tam z każdego kąta na mnie patrzy... Panoczku miłosierdny,
nie sadźcie!
Na szeroką,
obrzękłą twarz jego wystąpił wyraz śmiertelnego
strachu, zaciśnięte ręce trzeszczały w stawach i
trzęsły się ku "wielmożnemu" konwulsyjnym ruchem,
oczy otwierały się coraz szerzej, głos chrypiał.
Począł się wreszcie Onufer na kolanach ku fotelowi
czołgać powtarzając: "Panie miłosierdny! Panoczku
miłosierdny!..."
Czołgał
się powoli, ciężko, ciągnąc za sobą grube swoje,
obwinięte szmatami nogi jakby wielki, wielki ciężar.
Widok był tak
straszny, że mimo woli złożyłam ręce i pochyliłam
się ku nieszczęśnikowi.
A wtedy pan
nadzorca wstał i rzekł suchym głosem:
Na dwadzieścia
cztery godzin!
Zakotłowało
się u proga, strażnicy przy pomocy Osmólca chwycili olbrzymiego
chłopa, pchnęli go, po czym drzwi się zamknęły, a
ciężkie kroki oddalających się cichły stopniowo w
długim korytarzu więziennym.
2.
Na kilka tygodni
przed wyżej opisaną kancelaryjną sceną jedno z pism
miejscowych podało następujący artykuł:
"Sądowa
izba warszawska rozpatrywała w dniu wczorajszym na pełnym posiedzeniu
sensacyjną sprawę o zabójstwo kupca N., właściciela sklepu
towarów kolonialnych w X, spełnione w miesiącu wrześniu rb.
Sprawa ta po
wysłuchaniu oskarżonego i świadków przedstawia się, jak
następuje:
Przed dwoma blisko
laty kupiec N. przyjął na parobka Onufrego Sęka,
pochodzącego ze wsi Witaszewice, powiatu X, guberni Y, który po
nastąpionej tamże pogorzeli do miasta, szukając zarobku,
przybył. Powołani świadkowie zgodnie zeznają, iż
Onufer Sęk obowiązki swoje sumiennie pełnił, dobra
pańskiego wiernie pilnował, trzeźwy był, uczciwy i
spokojny.
Co zaś do
osoby samego kupca N-, utrzymują oni, iż dla służby
bywał srogi, źle ją żywił i w wypłacie
zasług krzywdził. Zeznają dalej świadkowie, między
którymi jest wielu dawnych sług zabitego, iż żaden z nich
dłużej nad kwartał w służbie tej wytrwać nie
mógł, a byli i tacy, którzy ją już po kilku dniach rzucali. Gdy
zaś przy wzrastającej zgryźliwości i porywczości charakteru
kupca N., który bezżennym będąc, sam gospodarstwo
prowadził, coraz trudniej o ludzi było, Onufer całą
robotę w domu i w sklepie sam spełniać musiał, gotując
przy tym i usługując do stołu pryncypałowi.
Usługiwanie to i gotowanie najwięcej mu się przykrzyło.
Kupiec bowiem, ilekroć mu parobek w czym nie dogodził, rzucał w
niego to szklankę z wodą, to widelec, to talerz z zupą, tak
iż w kamienicy zwyczajną było rzeczą widzieć parobka
poparzonym, pokrwawionym, z sińcami i guzami na głowie i twarzy.
Dziwiono się powszechnie, dlaczego Onufer innej sobie służby nie
szuka, ale źle płacony, licho żywiony i codziennie poniewierany,
mimo to pana swego się trzyma. Ci, którzy na uczciwość i
pracowitość parobka z bliska patrzyli, podejmowali się nawet
dobre miejsce mu nastręczyć, ale Onufer odstać od kupca nie
chciał. Po każdej nowej krzywdzie widziano go, jak siedząc na
schodkach od podwórza gorzko płakał, ale gdy kupiec na niego
zawołał, łzy ocierał i znów do roboty stawał.
Tajemnicą tej
wytrwałości było niezmierne przywiązanie parobka do
dwunastoletniego Julka, chłopca sklepowego, sieroty, który równie
poniewierany jak Onufer, miejsca przecież opuścić nie mógł,
ponieważ oddany tam został przez opiekuna swego, a zarazem powinowatego
kupca N. Jeden ze świadków opowiada, że nieraz widział, jak
chłopczyna z płaczem na piersi parobkowi się rzucał i jak
Onufer pocieszał, głaskał i całował sierotę, jak
go nawet na ręce brał niby małe dziecko. Sypiali też raze
na pawlaczu w kuchence, a kiedy parobkowi udało się kilka
złotych zasług otrzymać, to buty chłopca do podzelówki
dawał, choć sam w drewnianych trepach tylko chodził, to mu
czapkę kupił, to nawet brudne koszule Julka sam nocami pierał,
za uprasowanie ich płacąc stróżce po parę groszy.
Sierota też
całym sercem do parobka przyrósł, a kiedy widział, że
Onufer
nad dolą
swoją płacze, przynosił mu to parę kawałków cukru, to
kilka rodzynków, rzucał mu się na szyję i poty go
całował, póki się Onufer nie rozjaśnił.
W niedzielę,
dnia szóstego września, to jest w dniu, w którym zabójstwo spełnionym
zostało, Julek do opiekuna swego od rana jak zwykle w święto
poszedł, parobek zaś obiad zgotował i na stół podał.
Pan jego był w wytkowo złym humorze i pod pretekstem, że zupa
przesoloną została, ważkę nową z gorącym krupnikiem
w twarz parobkowi cisnął, po czym resztę obiadu zjadłszy,
na sofkę w stołowym pokoju stojącą dla poobiedniej drzemki
się położył. Parobek się tymczasem wypłakał,
obmył i ze stołu sprzątać bez żadnej złej
myśli przyszedł, gdy jednak dręczyciela swego uśpionym
zobaczył, złość i żałość w nim
zakipiała, chwycił wielki gwicht w kącie pokoju na decymalnej
wadze stojący i uderzywszy nim śpiącego w głowę. na
miejscu go zabił. W tej właśnie chwili wbiegł na próg
powracający Julek i zobaczywszy trupa, który się z sofki na
ziemię stoczył, zakrzyknął. Onufer bezprzytomnie ku niemu
się rzucił, za szyję chłopczynę chwycił i
trzymanym jeszcze w ręku gwichtem w głowę go ugodził. Krew
i mózg bryznęły wysoko na ścianę, a chłopiec jak
stał, tak padł, raz tylko krzyknąwszy. Przybyłym w
parę godzin po katastrofie przedstawił się następujący
widok:
Kupiec N.
leżał na podłodze martwy, tuż obok wybitej skórą
sofki, przy drzwiach zaś mały, rozciągnięty na ziemi
sierota z głęboko pękniętą czaszką.
U nóg chłopca
leżał wpółprzytomny parobek, ściskając jeszcze
morderczy gwicht w ręku.
Ujęty nie
bronił się i do spełnionego podwójnego morderstwa od razu
się przyznał. Ma on lat 25, a odznacza się niezwykle silną
budową i olbrzymim wzrostem. Gdy mu na sali sądowej przedstawiono
poplamione krwią ubranie zabitego chłopca, zachwiał się i
padł zemdlony. Publiczność jest niezwykle zajęta tą
nader sensacyjną sprawą, o której dalszym przebiegu czytelników
naszych poinformować nie zaniechamy"
3.
- A cóż tam z
Onufrem? - zapytałam raz starego Jakuba, spotkawszy go na schodach.
Jakub spojrzał
na mnie z namysłem, tabakierkę dobył i zanurzywszy w niej swoje
wyschłe, sękate palce rzekł:
- Phi!... Cóż
ta już Onufrowi! Wczora minął tydzień, jakeśmy go
pochowali.
- Jak to?
Umarł?
- A umarł.
- I z jakiej
choroby?
- Choroby -
odrzekł Jakub, z wolna otrząsając szczyptę - to tak
akuratnie żadnej nie miał. Przecie mu i felczer pijawki stawiał,
i pan doktor mu proszki dawał, to jakby miała być jaka choroba,
toby się i pokazała. A tu nic!
Zażył
tabakę, zmrużył oczy, pociągnął nosem i tak
mówił dalej:
- Tak mu oto
błąd jakiś do głowy przystąpił, że
umarł.
- I cóż to
było?
- Cóż ta
miało być! Bieda była i tyle!
Obejrzał
się na lewo, obejrzał się na prawo, a potem rzekł:
- Bez te ostatnie
czasy to już nawet i pod numerem nie siedział, bo z nim msze
aresztanty wytrzymać nie mogły, a co i raz, to dalej go, bijatyka. Aż
go wielmożny na osóbku w komórce obsadził, tam gdzie te szewcy
skład na skóry wprzód mieli. Jak go też wielmożny obsadził
na osóbku, tak się wieszać chciał. Ano dobrze. Ale
żeśmy go oderżnęli i do ciemnej coś na tydzień
poszedł, więc już się tego potem nie chwytał. Ale i
tak wskórania z nim nie było. Dzień jak dzień- Ale jak tylko Pan
Bóg noc dał, tak do mego Onufra zara błąd przystępuje. Ino
chodzi, ino ręce składa, ino cości prawi, a stęka, a
płacze, aż ograża człowieka słuchający. A precz
się prosi, żeby go na powrót pod numer dać. "Jakże
cię pod numer dać - pedam - kiedy cię tam insze aresztanty
tłuką?" ,,A niech mnie ta tłuką - peda - niech i zatłuką,
żebym ja aby sam nie siedział!" Ale wielmożny
przykazał, coby w komórce został. Tak patrzę ja raz przez luft
we drzwiach, a miesiąc tak stał na niebie jako rybie oko i cała
ona komórka aż biała była od jasności, a tam mój Onufer w
kącie, plecami do muru przyparty, w jednej koszuli jak ten
świątek stoi, ręce złożone przed sobą trzyma,
nogi się pod nim trzęsą jak w zimnicy, a on sam dopieroż
tak się modli, tak molestuje, właśnie jakby tam kto przed nim
stał.
"O moje dziecko - peda - o moje kochające!
Czemuś ty wtedy wyszło w złą godzinę? O moje dziecko
najmilejsze! Toć ja ciebie ubić nie chciał! Toć ja ciebie
jak własną duszę miłował!" Patrzę ja,
wytrzeszczam oczy, nikogo w komórce nie ma, a ten się precz trzęsie a
modli:,,O moje dziecko, odpuść ty mnie - peda - odpuść ty
mnie swoją śmierć niewinną! O moje dziecko najmilsze - peda
- kochanie moje najsłodsze!"
Tak ja do niego: ,,Onufer! Co z tobą?" Tak
on nic, tylko patrzy na mnie jak błędny- Tak ja do wielmożnego.
Tak i tak, wielmożny panie, tak i tak - pedam - żeśmy to
już na niego pobaczenie mieli po onym wieszaniu! Tak wielmożny idzie,
patrzy, akuratnie wszystko prawda.
Chłop w jednej koszuli stoi i trzęsie
się jak ta osika w boru. Tak wielmożny, że to miłosierne
serce ma, zaraz mi kazał świecę wziąć, zapalić i
Onufrowi ją z latarką w komórce postawić. Tak się dopiero
ono chłopisko układło.
Umilkł i zażył tabaki, po chwili
zaś tak mówił dalej:
- Ale mu ta i tak nie plażyło. Jedzenie to i
do trzeciego dnia stało, jakem nie zabrał, a prosiętom pana sekretarza
nie dał. Tak chłop wychudła, że się tylko skóra
poopinała po kościach, a tak sczerniał jak ta święta
ziemia. Aż go też do lazaretu wzięli. Jak go też do
lazaretu wzięli, tak mój Onufer do cna skapiał. Leżeć nie
leżał, chorować nie chorował, tylko tak sobie co nieco do
głowy dopuszczał, po całych dniach pacierz mówił, w piersi
się bił, a już jak wieczór przyszedł, to ino cości po
kątach upatrował i do onego chłopaka, co go pono ubił.
Jakby do żyjącego gadał i różnie go ta nazywał,
że i rodzony ojciec lepiej by nie potrafił. Aż też tak
jednej nocy zmarło ono chłopisko w kącie klęczący,
Józef, ten czarny, z lazaretu, co go z Szymonem na tapczan z onego kąta
niósł, powiadał, że taki był letki jak ten snop
omłócony... Aż im dziwno było.
Zanurzył dwa palce w tabakierkę i
wziął sporą szczyptę utrząsając z niej po trochu
i w palcach ją ważąc.
- A cóż Osmólec? - zapytałam jeszcze.
Stary nie odpowiedział zrazu, ale obejrzał
się na lewo, obejrzał na prawo i wziąwszy tabakę, nosem
kilka razy czmychnął.
- Iii... Cóż tam taki Osmólec! - rzekł
wreszcie. - Takiemu Osmólcowi biedy nie ma! Trzeci raz tu już siedzi,
więc jest we wszystkim człowiek znający. Ano wziął
go teraz wielmożny do siebie, do kredensu...
|