|
MIŁOSIERDZIE
GMINY
Kartka z Höttingen
Dziewiąta
dochodzi na zegarze gminy. Przez lekką mgłę poranną
przebijają ciemniejsze, lazurowe głębie, zapowiadając
cudowną i cichą pogodę.
Przed
kancelarią snują się gromadki oczekując przybycia pana
radcy Storcha, którego szary filcowy kapelusz i laskę ze srebrną
gałką widać przed bliską kawiarnią Gehra, u stolika
pana sędziego pokoju, czytającego tu przy cienkiej kawie swój poranny
dziennik.
Pan radca
może przybyć lada chwila; tak przynajmniej sądzi woźny
stojący w półurzędowej postawie na ganku kancelarii i
odpowiadający na pozdrowienia przechodniów przytknięciem dwu palców
do granatowej z białą wypustką czapki.
Od strony
kawiarni Gehra dolatują rześkie głosy obu rozmawiających
panów. Pan radca zatrzymał się tylko na chwilę, nie siada nawet,
ale rozmowa z panem sędzią bawi go widać, gdyż
słychać od czasu do czasu jego śmiech swobodny, wesoły,
któremu odpowiada krótkim naszczekiwaniem pyszny brunatny seter, w postawie
sfinksa u stolika leżący.
Tymczasem
ludzie przed kancelarię przychodzą, pozdrawiają się wzajem
i stają gawędząc niedbale. Niektórzy idą wprost do
kancelarii, inni przy- siadają na kamiennych, połączonych
luźnym łańcuchem słupkach, które niewielki, żwirem
wysypany plac przed gmachem od ulicy dzielą; jeszcze inni zadarłszy
głowę przypatrują się samemu gmachowi. Jest nowy.
Stanął wszakże na miejscu dawno zadrzewionym, z którego mu
pozostawiono dwa szeroko rozrosłe, o łupiącej się,
delikatnej korze platany, których żywą zieleń jesienne
słońce złocić już nieco zaczęło.
Sam gmach,
prosty, szary, kwadratowy niemal, ma na płaskim dachu niską
żelazną balustradę o złoconych gałkach, a na fasadzie
cztery pilastry i pamiątkową tablicę z napisem. Napis ten,
błyszczący wesoło złoceniem swych liter, przyciąga
oczy ludzkie. Każdy prawie z przybyłych podnosi głowę i
odczytuje go z powagą. Alboż nie ma prawa? Wszak każdy na
wzniesienie kancelarii dał swoje trzy grosze, a dom jest wspólną
własnością i wspólnym dziełem gminy. Nie mniej
przyciąga oczy zegar, umieszczony w samym ostrzu trójkąta
opierającego się podstawą o płaskie kapitele pilastrów,
tylko że wskazówki jego zdają się dziś wolniej jakoś
poruszać po okrągłej i błyszczącej tarczy. Tak
przynajmniej mniema właściciel bliskiej piwiarni, który co chwila
dobywa swoją wielką srebrną cebulę konfrontując
ją z zegarem gminy. Miły Boże, po co się człowiek ma
śpieszyć. Czas i tak leci.
Już
tylko parę minut brakuje do dziewiątej; gromadki zaczynają
się ściągać przed sam ganek kancelarii, śmiejąc
się i rozmawiając głośno. Nie ma w tym zebraniu nic
uroczystego: jak kto przy robocie stał, tak przyszedł. Zwyczajnie, za
interesem.
Codzienne,
"joppy" szarzeją się na grzbietach; rzeźnik Wallauer
przyszedł w różowym, dymkowym kaftanie, Jan Blanc, rymarz z Höschli w
zielonym kitajkowym fartuchu spiętym na mosiężną
haftkę z łańcuszkiem; wielu, mimo rannego chłodu,
stawiło się na zebranie w kamizelkach tylko; wdowa Knaus, jak
szła z targu, tak wstąpiła z koszykiem ogrodowizny i z nową
szczotką pod pachą. A cóż? Wszak tu wszyscy swoi. Nareszcie na
kwadratowej wieżycy nowego Münsteru zaczynają bić kwadranse, a
jednocześnie daje się słyszeć radosne szczekanie
wyżła biegnącego u nóg pana radcy. Wyprzedza go, wraca, znowu go
wyprzedza, znów w paru susach wraca, aż weszli razem w wybornych humorach
w otwarte drzwi kancelarii. Zaraz za nimi zaczynają wchodzić
czekające przed gmachem gromadki.
Wchodzą
i w sieniach już dzielą się na dwie partie: ciekawych i
interesowanych. Interesowani przepychają się zbitym szeregiem do
żółtych drewnianych balasków dzielących salę na
część urzędową i nieurzędową; ciekawi
idą wolniej i obsiadają ławki biegnące dokoła pod
ścianą.
Nie jest
to rozdział stanowczy.
To z
jednej, to z drugiej strony co i raz miano sobie coś do powiedzenia;
czasem też który z ciekawych uczuwał się nagle interesowanym i u
balasków miejsca sobie szukał. Człowiek może się
namyśleć i w ostatniej chwili.
Interesowanych
jest mniej; ci mają ważniejsze stanowisko w sali. Jest tu
powroźnik Sprungli, który się niedawno z wdową ożenił
i warsztat chciał rozwinąć; jest Kagi Tobiasz,
właściciel piwiarni "Pod Zieloną Różą"; jest
piekarz Lorche; jest oberżysta z Mainau; jest Dödöli, właściciel
winnicy; jest Wetlinger Urban, słodowinik; jest Tödi Mayer, ślusarz;
jest kotlarz Kissling; jest ogrodnik Dörfii; jest stolarz Leu Peter i kilku
innych jeszcze.
Każdy
z nich potrzebuje posługi to w warsztacie, to w domu, to w roli.
Każdy też woli, że mu to taniej przyjdzie, niż gdyby
parobka zgodził. Porozpierali się u balasków i gwarzą z cicha.
Wdowa Knaus także się między nimi rozparła. Od czasu, jak
się syn ożenił, na imię boskie nie ma się kim w domu
pchnąć. Jest przy tym miłosiernego serca i chętnie by
biedotę jaką wzięła, żeby tylko posługę z
tego niezgorszą mieć można. No i żeby dopłata nie
bardzo marną była. Nie może przecież niedołęgi
darmo do domu brać. Gmina zresztą ma fundusze na to, żeby za
biedaków, co już robić nie mogą, płaciła.
Żebrać
przecież nie pójdą, nie wolno. Czy tylko będzie w czym
wybrać?...
Pod
jesień słabnie to jak muchy. Wolałaby babę... Phi!
weźmie i dziada, jak baby nie będzie. Aby od biedy, aby od biedy! A
czy to mało tej hołoty w gminie? Tygodnia nie ma, żeby do
kancelarii nie ściągła jaka mizerota, której się zdaje,
że już nie poradzi robocie. Nieprawda! Takiego dobrze docisnąć,
to i za młodego obsianie od nagłego razu. A i to błogie, co tam
gmina doda. Nie raz, nie dwa jeszcze taki swego nie przeje, a już go
śmierć ściśnie. Hoppingerom się trzydzieści
franków po starej Reguli zostało, co ją na wiosnę z kancelarii
wzięli. A Egii? Egii więcej niż w parobka w Alojza orał, a
jeszcze połowy zapomogi nie wydał, kiedy stary zipnął. Pan
Bóg miłosierny niczyjej krzywdy nie chce!
Tu wdowa
wzdycha, a czarny kamlotowy kaftan podnosi się z szelestem
na jej
szerokich piersiach.
Ale jeden
i drugi ogląda się ku drzwiom. Czemu nie przyszedł Probst? Spodziewano
się, że pierwszy do licytacji stanie, a jego dotąd nie ma.
Ucicha
nareszcie w sali, a pan radca podnosi głowę od biurka, przy którym
stojąc czytał papier jakiś.
Jest to
młody jeszcze, przystojny i okazały szatyn, którego niewielka
łysina niemal że nie szpeci wcale. Twarz ma mięsistą,
okrągłą, wąs rudawy, spojrzenie otwarte, jasne. Ubrany z
pewnym wykwintem, u szwajcarskich urzędników niezwykłym. Szczególniej
uderza śnieżny gors u koszuli, na którym błyszczą drobne
złote spinki. Podniósłszy głowę pan radca oczy mruży i
znad złotych okularów po obecnych patrzy. W tej chwili właśnie
woźny drzwi zamyka. Zdaje się, że już nikt więcej nie
przyjdzie.
- No, moi
panowie - odzywa się pan radca przeciągając palcem tłustej
białej ręki pomiędzy przyciasnym kołnierzykiem a
pełną, nieco nabrzmiałą szyją - no, moi panowie, mamy
dziś, jak wiecie, posiedzenie sekcji dobroczynności w gminie. Czy
tak?
- Tak,
tak! - odzywa się kilka głosów w sali.
- A
więc. moi panowie - dodaje radca zapuszczając palec między
kołnierzyk a kark kładący się na nim fałdą
tłustej skóry - a więc możemy zaczynać!
- Tak,
tak! - odzywają się ponownie głosy. Ale pan radca,
świeży urzędnik z wyborów, nie lubi tracić sposobności
do małych przemówień, które by gruntowały popularność
jego. Chrząka tedy i oparłszy obie dłonie na pulpicie swego
biurka, tak rzecze:
- Wiadomo
panom, jak opiekuńcze są ustawy gminy. Wiadomo panom, że gmina
nie dozwala cierpieć nędzy żadnemu z członków swoich.
Ociera łzy, odziewa nagich, karmi głodnych, bezdomnym daje dach nad
głową, słabych wspiera.
Tu
czując, że mu się ten frazes udał, robi krótką, lecz
znaczącą pauzę. Obejmuje potem oczyma obecnych i tak mówi dalej:
- Ustawy
gminy są ustawami chrześcijańskiego miłosierdzia, są
one nie tylko naszą zdobyczą cywilizacyjną, ale naszą
chlubą. Tak jest, panowie, one są naszą chlubą! Wiadomo
panom, że młodość nie trwa, siły opuszczają,
choroba i bieda łamie. Jest to powszechne prawo, któremu ulega
światcały. Ale nasza gmina podejmuje walkę z tym prawem. W jaki
sposób? W bardzo prosty: przygarnia tych, których skrzywdziło życie,
przygarnia nędzarzy i wydziedziczonych, przygarnia kaleki i niemocne
starce!
Tu pan
radca dziwi się, ze mu tak dobrze idzie, i znów robi pauzę. Żal
mu po prostu, że słucha go tak mała garstka ludzi. Taka mowa,
wypowiedziana na jakimkolwiek dużym zebraniu, zrobiłaby mu imię.
Zaczem z wysoka rzuca okiem na salę i tak kończy:
- Tak
jest, moi panowie! Gmina przygarnia ich i godząc rozumną rachubę
z porywami serca mówi: starzec ten, nędzarz ten, ten kaleka nie może
już wyżyć ze swej pracy. Owszem, nie może już
pracować. Nie ma on rodziny, która by go żywić mogła, lub
też ma rodzinę biedną, której praca ledwo starczy, by głodu
nie zaznać. Mamże go puścić, by się włóczył
po drogach jako wstrętny żebrak ? Nigdy!
Potrząsa
głową energicznie i podnosząc głos mówi:
-
Woźny, wprowadź kandydata!
Woźny
przechodzi szerokim krokiem salę i znika we drzwiach bocznych do
małej komórki, służącej niekiedy za kozę,
wiodących; między zebranymi szerzą się
półgłośne szmery, a pan radca stoi z podniesioną
ręką, żeby nie wychodzić z pozy. Upływa krótka chwila.
Nagle w drzwiach bocznych ukazuje się naprzód głowa, dygocąca na
cienkiej, wychudłej szyi, potem kolana ku przodowi zgięte, potem
stopy resztką obuwia ozute, potem ręce zgrabiałe i
drżące, które się uszaków drzwi6 z obu stron chwytają,
żeby dopomóc nogom przez próg, a wreszcie grzbiet w pałąk
zgięty. Jest to Kuntz Wunderli, stary tragarz, którego wszyscy znają.
W sali
zapanowywa szmer głośniejszy nieco.
- To
kandydat?... Na miłosierdzie boskie, cóż to za kandydat? Któż
to-weźmie do siebie takiego trupa? Co za pomoc z tego komu? Co za
wyręka? No, no! Ciekawa rzecz, co też gmina dać myśli za
wzięcie tego próchna! A toć to skóra i kości! Nic więcej!
Niezadowolenie
się wzmaga. Są tacy, którzy od razu sięgają po czapki i od
balasków odchodzą.
Ale pan
radca na szmery te nie zważa i zaledwie Kuntz Wunderli ukazał
się we drzwiach, tak mowę swą kończy:
- Tak
jest, moi panowie! Piękne nasze ustawy wygnały z ziemi naszej
żebraninę, a wprowadziły do niej miłosierdzie. Nie ma
już opuszczonych! Nie ma już nędzarzy! Gmina jest ich
matką, gmina jest ich żywicielką. Oto jest starzec niezdolny do
pracy. Kto z panów chce go wziąć do siebie? Niejedną posługę
mieć można jeszcze z niego. Gmina nie wymaga, by jej członkowie
czynili to darmo. Gmina gotowa jest, podług ustaw swoich, przyczynić
się do utrzymania tego starca. Kandydacie, przybliż się!
Panowie, przypatrzcie się kandydatowi!
Skłonił
głowę i dobywszy fular, otarł nim czoło. Łatwo się pocił, a w sali
stawało się gorąco.
Tymczasem Kuntz Wunderli, popchnięty
nieco z tyłu przez woźnego, wydobywa się szczęśliwie
ze drzwi i przy progu staje. Pełne światło, z otwartego na
obszerną łąkę okna, pada teraz na jego zgarbioną i
znędzniałą postać. Stoi tak przez chwilę, mnąc w
ręku stary pilśniowy kapelusz, a chude kolana drżą mu coraz
silniej. Jest wzruszony. Nagle prostuje się, podnosi głowę i z
uśmiechem na obecnych patrzy. Uśmiech ma zachęcający,
wesoły prawie. Kuntz Wunderli nie wie, kto będzie panem jego.
Uśmiecha się tedy do wszystkich i raźno mruga oczyma. Oczy te
są zimne, osłupiałe i stroskane. Stary Kuntz usiłuje im
wszakże nadać filuterny, niemal lekkomyślny wyraz. Gdy mu
się jedno zmęczy i staje w ciemnym swoim dole nieruchome, martwe,
mruga drugim, jak gdyby chciał mówić: "Jeszczem ja mocny! O, i
jaki mocny! Chleba darmo nie zjem, pracować będę, każdej
robocie poradzę. I-wody przyniosę, i drew ułupię, i
kartofli naskrobię, i izbę zamiotę... Dużą
siłę mam jeszcze... dużą siłę..."
A gdy tak patrzy z wysiłkiem, stara jego
głowa coraz silniej trząść się zaczyna, oczy
nieruchomieją i zachodzą wielkimi łzami, a ręce
szukają podpory. Jedne tylko wąskie i zapadłe usta
uśmiechają się, ciągle się uśmiechają, wtedy
nawet, kiedy dwie łzy ciężkie i zimne toczą się z wolna
po zmiętej i zbrużdżonej twarzy.
Ten, to ów
zaczyna mu się przyglądać. Istotnie, stary wygląda wcale
jeszcze dobrze. Dziś rano ogolił się właśnie;
woźny pożyczył mu brzytwy. Leży to w interesie gminy,
żeby taki kandydat jak najlepiej i jak najraźniej się
przedstawiał. Inaczej mógłby nie znaleźć wcale amatora. Nie
tylko więc woźny pożyczył mu brzytwy, ale starego kubraka i
niebieskiej chustki na szyję, które po licytacji znów sobie odbierze.
Stary Kuntz umie to cenić. Wie on, jakie pobudki miała gmina w tak
łaskawie udzielonej mu pomocy, i rad by przede wszystkim uwydatnić te
piękne szczegóły swojego ubrania. Ale rękawy kubraka są na
niego przydługie; sam kubrak, zbyt obszerny, wisi na nim raczej,
niżli go odziewa, a bujny, niebieski, bawełniany fontaź dziwnie
się sprzecza z jego wyschłą, pomarszczoną w tysiące
szwów szyją, którą Kuntz to wyciąga, to chowa, nie wiedząc,
jak lepiej przedstawi się chustka. Właściwie mówiąc jest w
trudnym położeniu.
Trzeba mu i
litość wzbudzić, i nie okazać się zbyt
niedołężnym. Wie on, że stoi tu w charakterze starca, nie
mogącego pracować, ale wie także, iż każdy z tych, co
tu przyszedł, na ręce jego patrzy, czy się roboty chwycą.
Gmina ma nad nim
miłosierdzie, prawda, ale zbyt wiele dopłacać za niego nie
zechce. On to wie, wie dobrze; zbyt wiele wymagać nie może...
Zmieszany, wzruszony, patrzy ludziom po oczach, miarkując, co który
myśli; na woźnego też rzuca w bok krótkie spojrzenia, jakby dla
upewnienia go, że ani brzytwa, ani kubrak, ani chustka nie pójdą na
marne.
Ludzie patrzą na starego i
gawędzą głośno. Nie leży to w interesie żadnego z
nich, żeby okazywać zbyteczny pośpiech. Staliby tak do
południa może, porozpierani na balaskach i biorący tabakę,
ale pan radca nie lubi przewlekłych posiedzeń.
- No, moi panowie - odzywa się on
głośno. - Czy przypatrzyliście się kandydatowi?
- A cóż mu się tam
przypatrywać - odpowiada po małym milczeniu kotlarz Kissling. -
Toć my go co dzień widzimy. Stary ledwo dycha, nie uciągnie, nie
dźwignie... Jak myślicie, szwagrze -zwrócił się do Faustyna
Tröndi - będzie miał z ośmdziesiąt albo i więcej?
Stary chrząknął.
Ośmdziesiąt dwa skończył, ośmdziesiąt dwa... Ale
uśmiecha się tylko i milczy.
- Ile
macie lat, stary? - pyta go Tödi Mayer. Kuntz szybko mruga ku woźnemu
okiem, a potem mówi:
-
Siedmdziesiąt i cztery, kochanku! Siedmdziesiąt i cztery!
- A
pokaż no, stary, zęby - odzywa się oberżysta z Mainau.
Kuntz znów rzuca szybkie spojrzenie na woźnego i rozszerzywszy
zeschłe wargi ukazuje wcale jeszcze zdrowe zęby.
Publika
zaczyna się śmiać.
- Ho! ho!
- mówi jeden - a to by i kość ugryzł.
- Chleba
się nie zlęknie! - dodaje drugi.
Leu Peter,
stolarz, przychyla się ku niemu.
- A
machnij no, stary, pięścią! Dalej!
Wunderli
postępuje krok naprzód, podnosi nieco głowę, prostuje grzbiet i
macha kilka razy ręką, której ściśnięta
pięść ginie w długim rękawie pożyczonego kubraka.
Ręka opada mu za każdym razem jak złamana gałęź.
W stawach słychać trzask przykry.
- A co?
Nieźle macha! - odzywa się ktoś z ławy.
- Phi!...
- dodaje pesymistycznie drugi, wiedząc, że uwagi galerii nigdy nie
są dla interesowanych stracone.
- A
jakże nogi?-pyta znów Tödi Mayer, który widocznie na Kuntza ma
ochotę. - Maszeruj no, stary!
Ale stary
miesza się widocznie. Nogi to właśnie najsłabsza jego
strona. Ba! gdyby nie nogi!... I nawet nie tyle nogi, co kolana... Na samą
myśl o wyprostowaniu już mu w nich coś strzyka... Ale Kuntz
Wunderli nie zawiedzie gminy. Z największym wysiłkiem unosi
jedną stopę i stawia ją natychmiast na tym samym miejscu. Nie...
nie... pomylił się. To nie ta! To gorsza! Podnosi tedy drugą,
lecz jeszcze szybciej spuszczają z głośnym sykiem. Co u diaska!
Czy to nie tamta? Czyżby ta właśnie była gorsza?
Interesowani marszczą się i
milczą. Galeria, która z ławek powstawszy
podeszła do balasków, zaczyna się śmiać
głośno.
- Dalej! Dalej! - wołają. -
Maszerować! Maszerować, stary!
Pan radca surowo spogląda na
śmiejącą się galerię, po czym zwrócony
do starego mówi z odcieniem
niecierpliwości:
- Czegóż stoisz? Ruszże się z
kąta!
Kuntz Wunderli uśmiecha się
nieśmiało, boleśnie. Zaraz, zaraz...
Naturalnie! Czegóż on stoi? Zaraz
się ruszy... Zaraz...
I nagle, zebrawszy siły, podnosi
głowę, wytrzeszcza spłowiałe oczy, wyciąga jak
żuraw szyję, prostuje się, przyciska rękami kolana i ku
drzwiom
maszerować zaczyna.
Jest to widok tak pocieszny, że
całe zgromadzenie wybucha głośnym
śmiechem. Stojący bliżej przy
ławach padają na nie, chwytając się za boki,
pan radca zasłania usta trzymaną w
ręku ustawą, a woźny odwraca się
do kąta i parska w kułak.
- Dobry! Dobry! - wołają głosy
z ławek.
- Dalej! Dalej! - odpowiadają inne.
Stary idzie. Sztywne jego nogi nie
zginają się wcale; podnosi on je jak kije z niezmiernym
wysiłkiem i opuszcza na dół, rozpaczliwie przyciskając
rękoma chore i obrzmiałe kolana. Tymczasem, jakby na
złość, sala wydłuża się, rośnie, drzwi
uciekają kędyś, ściany nabierają przeraźliwej
głębi; staremu Kuntzowi zdaje się, że nigdy, nigdy nie
zdoła dojść aż do nich... Czuje wszakże, iż
wszyscy ci ludzie na niego patrzą, że gmina patrzy. Zaciska tedy
zęby i znów podnosi sztywną i ciężką nogę.
Nagle staje i szeroko otwiera
osłupiałe oczy. U drzwi, w gromadzie
głów ludzkich, widzi głowę
syna.
Tego się
nie spodziewał. Nie, nie! Tego nie...
Ciemna
czerwoność bucha mu na twarz resztką krwi spod serca.
Nie słyszy
śmiechu ludzkiego, nie słyszy nawet głosu pana radcy, który go
na miejsce woła. Widzi tylko syna.
Jak urzeczony
patrzy na niego i zaczyna drżeć jak na wielkim, wielkim zimnie;
wszystkie jego stare kości dygocą. Struchlała twarz blednie,
bieleje, staje się biała, bardzo, bardzo biała. Na czole rysuje
się dziwnie twarda i surowa bruzda; oczy jego zapalają się i
gasną. Niepocieszone, martwe, stroskane, z dziwem i strachem patrzą
się w twarz syna. Nie, nie, on nie chce, żeby go syn licytował w
gminie... On nie chce!
Kurczy się,
odrywa ręce od kolan i zastawia się nimi. Nie, nie! On się boi!
On nie chce!
Ale woźny
przystępuje i bierze go za ramię.
- Co u
diabła? Czego stoi jak głupi? Czy nie widzi, że urząd
czeka? Dalej, naprzód!
Stary Wunderli
jest wszakże w tej chwili tak słaby, ale to tak słaby jak
dziecko. Po prostu ruszyć się nie może. Nogi mu się
plączą, zęby szczękają, głowa się chwieje
jak ten liść jesienny. Woźny popycha go przed sobą, a
także podtrzymuje nieznacznie. Gdyby go nie przytrzymywał, stary
upadłby może. W duchu nie ma on wielkiej nadziei, żeby starego
gmina łatwo pozbyć się mogła. Teraz widzi, że i
brzytwa, i chustka, i kubrak- tak jak na nic... Zupełnie jak na nic.
- Prędzej!
- woła niecierpliwie pan radca.
Kuntz Wunderli
opamiętywa się jakoś i znów staje na poprzednim miejscu. Jest
ono dobrze wybranym. Z szeroko otwartego na ogród okna pada na nędzarza
pełne, złote światło. W świetle tym zmartwiała
twarz starego nabiera nieco życia. Na łysej jego czaszce igra odblask
cichej i modrej pogody. Osłupiałe źrenice podnoszą się
i zawieszają kędyś daleko, na szerokim słonecznym
błękicie.
"Kto wie?
Może i nieźle byłoby, żeby się syn utrzymał. Kto wie? Synowa
zła i skąpa, to prawda. Ale umarłby wśród swoich
przynajmniej. I wnuki... widziałby co dzień wnuki..."
Źrenice
starego wilgotnieją, stają się miękkie i rzewne; na ustach
drży jakieś nie wymówione słowo, wielka surowa zmarszczka na
czole wygładza się i znika.
Stanowczo
nie wygląda w tej chwili na więcej jak na siedmdziesiąt cztery.
To ożywia nieco interesowanych.
-
Nietęgi w nogach! - mówi kręcąc głową piekarz Lorche.
- Co to
nietęgi! - prostuje ktoś z ławy.
- On nas
jeszcze wszystkich przeskoczy! - dodaje inny.
- Zuch
stary! - woła trzeci.
-
Jakże myślicie, szwagrze? - pyta półgłosem Tödi Mayer
swojego
sąsiada.
- A
cóż? ja bym brał. Kiepski w nogach, ale w warsztacie
posłuży.
- Ani bym
na to chuchro nie spojrzał - mówi Dödöłi - gdyby tu
był
inny.
- A co? W
domu i to się przyda - perswaduje Kissling.
Pan radca bystrym
okiem po obecnych wodzi. Chwila wydaje mu się odpowiednią do
zagajenia licytacji. I tak sprawa ta przeciągnęła się nad
miarę dzisiaj. Za dużo było ciekawych.
Dobywa
zegarek, podnosi go blisko do oczu, porównywa ze ściennym zegarem gminy i
skinąwszy na woźnego rzecze pełnym inicjatywy głosem:
-Moi
panowie, kończymy! Kandydat, przedstawiony wam przez sekcję
dobroczynności gminy, ze wszech miar zasługuje na waszą
uwagę. Zdrów jest, niezbyt podeszły w latach, siły dobrze mu
służą i do każdej lżejszej roboty przydać
się w domu może. Kto z panów reflektuje? I z jaką
dopłatą?
Cisza
nastaje po tych słowach pana radcy. Jaki taki liczy się z
potrzebą posługi i z groszem.
Sprüngli porusza się i
przestępuje z nogi na nogę. Zauważył to pan radca i
skłaniając się uprzejmie w stronę powroźnika rzecze:
- Moi panowie,
pan Sprüngli zaczyna. Panie Sprüngli, prosimy! Jakiej dopłaty
żądałbyś pan od gminy za przyjęcie w dom swój
kandydata?
- Dwieście
franków! - rzecze powroźnik i urywa niepewny, czy nie
zażądał zbyt mało.
- Co?
Dwieście franków? - pyta udając zdumienie pan radca. Po czym
zatrzymuje się na chwilę. - Moi panowie! Nic nie byłoby dla mnie
milszego nad taki stan finansów gminy, który by sekcji jej dobroczynności
pozwalał na podobnie kolosalne wydatki. Gdy jednak tak nie jest, musimy to
uwzględnić i stawiać przystępniejsze cyfry. Namyślcie
się, panie Sprüngli. Jakże, moi panowie? Widzieliście, panowie,
zęby kandydata? To człowiek silny jeszcze!
- I cóż tam
zęby! - odzywa się oberżysta z Mainau. - To gorzej jeszcze,
że zdrowe! Jak się stary rozje, to go nie natkam, a do roboty nie stanie.
- Oho! Nie
ma biedy! Już my go napędzimy! - mówi Kägi mrugając zezowatym
okiem.
- Ja? -
obrusza się oberżysta. - Ja na dziecko nie zakrzywię palca!
- No, no! - odpiera Kägi. - Potraficie w
parobka orać!
- Wy co?
Czy to ja Probst jestem?
Roześmieli
się obaj.
- Kto tam
wie, czy i Probst winien! - rzecze Kissling. - Dziad napijał się
może...
- Jako
żywo! Nikt go pijanym nie widział - zaprzecza Lorche.
- Ale to
tam nie Probsta robota, tylko żony! Żona jędza... - odzywa
się
głos z ławy.
- Baba
spod ciemnej gwiazdy! - dorzuca ktoś z kąta.
- Jak
było, tak było - mówi Sprüngli - dość, że się
stary Hänzli u niego powiesił...
-
Musiało mu być słodko.
- Jak to?
- woła rzeźnik Wettinger. - To ja takiego będę
żywił, odziewał, dach mu nad głową dawał za ten
marny grosz z gminy, a do roboty nie będzie mi go wolno
napędzić?
- No
tak... Ale zawsze...
- Moi
panowie - przerywa pan radca - przystępujemy do ukończenia tej
sprawy. Czas urzędowych osób jest ograniczony. Pan Sprüngli podał
dwieście franków. Kto z panów licytuje in minus?
Cisza.
- Kto z
panów licytuje?- pyta ponownie pan radca. -Panie Sprüngli, namyślcie
się, proszę.
-
Jużem się namyślił - rzecze Sprüngli. - Mniej nie mogę
niźli dwieście franków.
Pan radca
odwraca się od niego.
- Kto
licytuje, panowie? Kto licytuje?
- Sto
ośmdziesiąt pięć wezmę! - mówi z wolna cedząc
zgłoski piekarz Lorche. - Ale niech przynajmniej tę zimę w
ubraniu swoim chodzi. U mnie ciepło.
Stary Wünderli spogląda po sobie najpierw,
potem po sali i nagle drżeć zaczyna. Wydaje mu się, że mróz
już mu kości sięga. W swoim ubraniu? Cóż on za ubranie ma?
Alboż on na ubranie zarobić mógł grosz jaki? Na chleb zaledwie
mógł zarobić, a i to z ciężkością. Bluzę
płócienną ma, łataną bluzę tylko. Jak tu zimę w
tym przebyć? Co to za ubranie?...
- Sto ośmdziesiąt z tym samym
warunkiem! - odzywa się grubym głosem Dödöli, właściciel
winnicy.
"Z tym samym warunkiem? - myśli
stary Kuntz, a nędzne jego nogi dygocą coraz silniej. -
Miłosierny Boże! Po cóż tu jakie warunki? Wszak stoi tu jak ten
Łazarz przed ludźmi... Cóż tu za warunki..."
Po oświadczeniu Dödölego znów się
cicho robi. Pan radca stoi jak na szpilkach.
Chwilę bawi się koralowym
brelokiem, po czym zmuszając się do uprzejmego tonu mówi:
- Dalej, moi panowie! Dalej! Kto licytuje?
- Sto siedmdziesiąt i pięć! -
mówi dobitnie Tödi Mayer. Potrzeba mu na gwałt parobka. Robota aż
kipi w domu.
- Sto sześćdziesiąt! -
woła ktoś nagle z kąta.
Obejrzano się: nie dowierzano sobie.
Zazwyczaj opuszczano po pięć franków, po siedm zresztą. Ale
żeby ktoś o piętnaście od razu mniej chciał brać,
tego przykładu nie było.
Sam pan radca spogląda ciekawie w
kąt sali, stary Kuntz także podnosi głowę i patrzy.
Z boku nieco, bliżej drzwi, poza
ramionami licytantów, u balasków rozparty stoi syn jego, z krótką
fajką w zębach. Za rękę trzyma najmłodszego
chłopca.
Stary otwiera usta i patrzy z mieszaniną
strachu i nadziei.
Syn przeciska się do balasków, wyjmuje
fajkę i w pierwszym rzędzie staje z podniesioną głową.
Nikt mu tego za złe nie bierze.
Dzieciaków gromadę ma, sam
ciężko pracować musi. Jedna gęba więcej u miski to
duża rzecz tam, gdzie i ci, co do niej siedli, nie zawsze się
najedzą. Trzymać ojca darmo nie może. Bóg widzi, jako nie może!
Ale z tym, co gmina doda, spróbuje. Nie wymaga wiele. Od razu trzy razy tyle
opuszcza, co ktokolwiek z obcych. Zarabiać na gminie i na starym nie chce.
Niech tylko mu się własny grosz, choćby i nie cały,
powróci.
Wszyscy to rozumieją doskonale;
każdy by z nich zrobił to samo. Człowiek się tak jak
każda rzecz zużywa, a zużyty cięży. Kto na to ma,
może i dziada żywić, a nie dopiero ojca, ale kto nie ma na to,
jużci, kraść nie pójdzie. Jest to rzecz jasna jak słońce.
A jednak od tej rzeczy jasnej jak
słońce pada jakiś posępny cień na wszystkie
czoła. Ludzie bokami patrzą, jakby nie chcieli, nie mogli
spojrzeć sobie oko w oko. Cisza trwa dłużej niż zwykle. W
ciszy tej słychać ciężkie, do jęku podobne
westchnienie starego Kuntza.
Pan radca bystro pogląda po ludziach.
Widocznie syn się utrzyma.
- A więc, moi panowie - zagaja
przemilczawszy nieco - a więc utrzymuje się ostatnia oferta: sto
sześćdziesiąt franków! Cieszy mnie, bardzo mnie cieszy.
Tu urwał. Właściwie nie wie,
co go tu ma cieszyć. Tego, iż cieszy się, że sobie wszyscy raz
do licha pójdą, nie może im przecież tak w oczy powiedzieć.
Ale przemowa ta okazuje się
przedwczesną. - Sto pięćdziesiąt i pięć! -
podbija syna Tödi Mayer i ociera czerwoną bawełnicą szerokie,
spocone czoło.
Syn cofa się w milczeniu od balasków i
rozdmuchuje przygaszoną fajkę. Ale dziecko, które za rękę
trzymał, spostrzega w tej chwili starego.
- Dziaduś! Dziaduś! - woła
cienkim, przenikliwym głosikiem.
Stary wnuka nie widzi, słyszy go tylko;
rzewny uśmiech rozszerza jego zwiędłe wargi. Potrząsa
radośnie głową i robi ruch taki, jakby brał tabakę.
Idzie to jakoś, dzięki Bogu, idzie. Wszystko jeszcze może
być dobrze!
Wszystko może być dobrze.
- Sto pięćdziesiąt!-woła
syn.
Ale Tödi Mayer ustąpić nie
myśli. Zaperzył się; był z tych, którzy się
rozpalają do każdej stawki. Cóż syn? Syn go mógł darmo
trzymać. Za pieniądze gminy każdy teraz dobry, każdy ma
prawo.
- Sto czterdzieści i pięć! -
woła podniesionym głosem.
Syn przechyla głowę i patrzy na
Tödi Mayera z wysoka lekko zmrużonymi oczyma.
Namyśla się chwilę, po czym
macha obojętnie ręką. Nie może ryzykować więcej.
Zrobił, co do niego należało, ale ryzykować nie może.
Jego czarna o prostych włosach głowa i twarz kwadratowa, drewniana,
cofa się z szeregu, a wysoka, koścista, nieco pochylona postać
posuwa się ku drzwiom wskroś ciżby.
Stary patrzy za nim. Jest niespokojny,
otwiera usta i wyciąga szyję, lewa powieka zaczyna mu drgać
nerwowo. Wygląda teraz staro, bardzo staro. Tödi Mayer miarkuje, że
nieświetny zrobił interes, i szepce z kumem Spenglerem.
Tymczasem pan radca uderza dłonią w
biurko, przy którym stoi.
- A zatem - odzywa się
dźwięcznym, jasnym głosem - sto czterdzieści i
pięć franków! Po pierwsze... po...
- Za pozwoleniem! - przerywa nagle Tödi
Mayer. - Czy tylko jopa należy istotnie do starego?
Pan radca marszczy piękne, gładkie
czoło.
- To nie może wchodzić w zakres
roztrząsań gminy! - rzecze z godnością, a woźny
odwraca się do kąta i kaszle głośno.
- Jak to nie może? - ujmuje się za
sąsiadem Spengler. - Gmina musi wiedzieć, co daje, a ten, kto bierze,
musi wiedzieć, co bierze. To jasne!
- Jopa twoja? - pyta Tödi Mayer
zwracając się bezpośrednio do starego Kuntza.
Ale stary Kuntz
nie słyszy.
Lewa jego
powieka drży coraz silniej, spojrzenie słupieje. Widzi, jak syn
oddala się i jak we drzwiach znika. W chwilę potem widzi go jeszcze
przez otwarte okno i słyszy szczebiot dziecka. Idą... Przeszli.
Stary opuszcza
głowę i trzęsie nią w milczeniu. Potem ściska powieki
z całej, całej siły. Coś mu żre oczy; słonego
coś, gorzkiego... Żre i pali...
- Słyszysz,
stary? - powtarza Tödi Mayer głośniej. - Pożyczył ci kto
jopy czy własna?
Usłyszał
wreszcie. Miesza się, spogląda po sobie, zaczyna szybko mrugać
czerwonymi oczyma i rzuca ukradkiem spojrzenia w kąt, gdzie woźny
stoi.
Tödi Mayer
uderza pięścią w balaski.
- Ależ to
oszukaństwo! - wybucha gniewnie.
- Tak! Tak! -
odzywa się kilka naraz głosów.
Szmer
rośnie w sali; oburzenie udziela się wszystkim.
- Człowiek
ma miłosierdzie - woła Tödi Mayer szeroko rozkładając
wielkie czerwone ręce - bierze sobie za marny grosz taki ciężar
na kark, ale chce, żeby interes rzetelnie był zrobiony. To trudno!
- Tak! Tak! -
potwierdza więcej jeszcze głosów. Ponad wszystkimi słychać
głos Spenglera. Na twarz pana radcy bucha płomień gniewu.
-
Ściągaj kurtę! - krzyczy na starego, a Kuntz Wunderli z
pośpiechem rozpinać ją zaczyna.
Nie idzie to
łatwo. Ręce mu się trzęsą, pokurczone palce nie
trafiają do guzików od razu; staremu pomaga woźny,
ściągając ze złością rękawy. Jako
urzędnik gminy czuje się on niemal tak samo dotkniętym jak
radca.
-
Kapuściana głowa! Niedołęga! - szepce przyciszonym,
zirytowanym głosem, szarpiąc na przemiany to jeden, to drugi
rękaw nieszczęsnej kurty, po której zdjęciu okazuje się
cała wyjątkowa nędza zapadłych piersi i wychudzonych
żeber kandydata, ledwie co okrytych srodze łataną koszulą i
szczętami letniej kamizelki.
Stary Wunderli
drży silnie, częścią z chłodu, a
częścią ze strachu. Wydało się... Co teraz
będzie? Wszystko się wydało...
W niezmiernym
pomieszaniu podnosi do szyi obie trzęsące się ręce i
usiłuje rozplatać misternie przez woźnego zadzierzgnięty
fontaź.
- I chustka nie
twoja? - krzyczy Tödi Mayer, zdjęty ostatnią pasją w swym
rozczarowaniu.
- Nie moja... -
odpowiada ledwie słyszalnym szeptem Kuntz Wunderli.
Woźny
wyszarpuje mu ją z ręki.
- Kapuściana...
ośla... barania głowa!-mówi przez zęby z naciskiem.
Historia z
chustką więcej go jeszcze gniewa niźli historia z kubrakiem.
Inicjatorem pożyczki kubraka nie był sam: podsunął ją
mimochodem pan radca, zważywszy, iż kandydat był zbyt źle
odziany, aby się mógł pokazać w urzędowej części
sali.
Ale chustka!
Chustka była własnym pomysłem woźnego. Sam ją
wiązał, włożył w wiązanie to coś z
artystycznych instynktów swoich, coś z własnej duszy... Zdejmowanie
jej nie było zresztą rzeczą konieczną, nikt chustki nie
podejrzywał, nikt nie pytał o nią. Rozdrażnienie
woźnego jest tak wielkie, iż zmiąwszy ten niebieski
bawełniany szmatek w obu rękach, ciska go ze wstrętem pod
wieszadło u drzwi stojące. Nie może w tej chwili dać
dobitniejszego wyrazu oburzeniu swemu i swej wielkiej wzgardzie.
Ale Kuntz
Wunderli stoi tymczasem przed publicznością zawstydzony,
zgnębiony, odarty z uroku. Teraz dopiero można się
przypatrzeć jego kolanom, tak ku przodowi wygiętym, że cała
postać przysiadać się zdaje, teraz można widzieć jego
wykręcone, ciężkie stopy i jasnokościste łokcie.
Najzabawniejsze wszakże wrażenie robi szyja starego. Jest ona tak
cienka, że zdaje się, biczem przetrząsnąć by ją
można. W ogóle czyni ona starego podobnym do oskubanego ptaka; a to tym
bardziej, że nie podparta sztywnym fontaziem głowa wydaje się
przy tej cienkiej, zwiędłej szyi niepomiernie wielka i
ciężka. Opada to na jedną, to na drugą głęboko
zaklęsła jamę obojczyka.
Wesołość
teraz wybucha na sali, jedni śmieją się dobrodusznie, drudzy
złośliwie, poglądając przy tym na Tödi Mayera.
Najlitościwsi kiwają głowami i uśmiechają się z
lekka.
- Ecce homo!
- odzywa się kotlarz Kissling, który ma brata dozorcę w kantonalnej
bibliotece i darmo czytuje książki.
Szeroki wybuch
śmiechu przyjmuje to porównanie. Większość mniema, iż
jest to przymówka do szczytu wznoszącego się poza Mythenami,
Dużym i Małym, który się "Ecce homo" zowie, w
przeciwieństwie do sękatego Pilatusa; w zgromadzeniu są tacy,
którzy górę tę widzieli z bliska.
Stary nie ma
wprawdzie żadnego podobieństwa do jakiegokolwiek szczytu, ale jest to
tym śmieszniejsze!... Dalibóg, tym śmieszniejsze!
Jeden Tödi Mayer
nie bierze udziału w ogólnej wesołości. Okrągłe jego,
wypukłe i błyszczące oczy obiegają postać starego
nędzarza, jak gdyby każdą z jego wyschłych i
struchlałych kości czyniły odpowiedzialną za tak wielki
zawód. Oczyma tymi świdruje go jak fałszywy szeląg,
roztrząsa jak stary łachman, przenika go do ostatniej
żyłki, do resztki tchu w piersiach.
- Cofam
słowo! - woła wreszcie. - Nie mogę brać tak mało!
- Nie wolno
słowa cofać! - rzecze z powagą pan radca.
- Jak to nie
wolno? Woźny nie przybił jeszcze.
- Nie
przybił! Nie przybił! -potwierdzają głosy z ławy, po
czym ucisza się nagle.
Wszyscy
czekają, jaki obrót sprawa weźmie. Pan radca jest niekontent. Rzuca
on na obecnych chmurne spojrzenia spod oka, marszczy piękne czoło i
ciągnie na dół to jednego, to drugiego wąsa.
- W takich
łachmanach nie wezmę dziada i za sto ośmdziesiąt franków -
woła rezolutnie Tödi Mayer, czując za sobą zgodę całej
sali.
- Ja bym nie
brał i za dwieście - popiera go kum Spengler.
- Co to
dwieście! To i dwieście dziesięć nie byłoby nadto! -
dodaje oberżysta z Mainau.
Stary
Wunderli słucha tego i dusza w nim truchleje. Co to będzie? Co to
jeszcze z nim będzie? A to może nikt i wziąć nie zechce? A
potem, dlaczego tyle aż chcą brać? Dlaczego aż tyle?
Wielki
niepokój i wielkie zdumienie odbija się w jego nędznej twarzy. Coraz
wyżej podnosi brwi siwe, patrząc w ziemię, a głowa coraz
szybszym ruchem opada mu to na jedno, to na drugie ramię.
- No,
panie Tödi Mayer! - odzywa się urzędnik pojednawczo. - Nie rób pan
żartów i kończmy, moi panowie!
- Dobrze!
- woła energicznie ślusarz - wezmę, ale za równe dwieście!
- Co
znowu! Co znowu! - odzywa się tracąc cierpliwość pan radca.
- Skąd gmina może takie sumy płacić? Czy panowie
myślicie, że gmina siedzi na złocie? Moi panowie, gmina nie
siedzi na złocie! Gmina musi się liczyć z groszem. Gmina ma
wydatki, duże wydatki! Miłosierdzie, moi panowie, jest dla niej rzeczą
świętą, ale i w miłosierdziu miarę zachować
należy!
Jeszcze
pan radca nie domówił ostatniej sylaby, kiedy drzwi otwierają
się szeroko i wchodzi Probst. Jest to tęgi mężczyzna z
grubym karkiem i szeroką czerwoną twarzą. Jego brunatny,
rozpięty Spencer pokazuje pierś potężnie rozrosłą
i kołyszący się na niej łańcuszek ze srebrnych
ogniwek. Spod niskiego tłustego czoła świecą małe,
bystre oczy; rudawe, kędzierzawe włosy zarastają mu
głęboko skronie. Probst idzie śmiało i macha wielkimi
rękami, które mu po bokach wiszą zaciśnięte w kułak;
miejsca sobie wszakże robić bynajmniej nie potrzebuje, gdyż
każdy usuwa się przed nim z pewnym rodzajem respektu. Człowiek
jest silny, tęgi, ma spojrzenie ponure i zuchwałe. Z takim nie
zaczynać lepiej. Probst dochodzi do balasków, kłania się
urzędnikowi i kiwnięciem głowy pozdrawia kilku obecnych.
Pan radca
wybaczyć mu zechce... Spóźnił się, ale nie winien temu. Ten
przeklęty parobek, którego po starym Hanzlim wziął,
rozchorował mu się jak na złość... Sam dziś mleko
rozwozić musiał, a to piekielny kawał, z góry i pod górę.
Pan radca
słucha przytakując; pozdrowieni uśmiechają się
życzliwie i kręcą głowami.
- Sam
rozwozić mleko?... No, no! Kawał drogi!
Przez otwarte
okno słychać głośne naszczekiwanie psa, którego wszyscy
znają; trzy razy dziennie przybywa on z mlekiem, zaprzężony do
wózka pełnego wysokich blaszanek. Probst piękną oborę ma...
Piękną oborę!
I nagle
przejmuje ich uczucie poważania dla tych tęgich pięści i
grubego karku. Spengler odwraca się od Tödi Mayera i na Probsta patrzy;
ślusarz czuje się już przez samo przybycie mleczarza jakby na
pół pobitym. Patrzy to na jednego, to na drugiego z obecnych niby
obojętnie; w rzeczy samej żal mu, że targu nie przybił.
Ano, da się to widzieć, co będzie!
Ale Probst czasu
nie traci. Opiera się ściśniętą pięścią
o balaski, wyciąga grubą szyję i skubiąc żółto
zarastający podbródek zmruża bure oczy i celuje nimi w starego jak
wylotem fuzji.
Kissling i
Dödöli trącają się łokciami.
- Jak ten
patrzy! Jak ten bestia patrzy! Toć, chwała Bogu, każdy oczy ma,
a nikt tak nimi człowieka nie umie na wskroś brać! Ten się
zna! No, już ten się zna!
Tymczasem izba
przybiera całkiem inny pozór. Czują wszyscy, że przybył
koneser. Twarze się ożywiają, ci, co siedzieli na ławie,
powstają i przystępują bliżej. Chwila zaczyna być
naprawdę interesująca. Ale Kuntz Wunderli na widok Probsta porusza
się niespokojnie, nerwowo. Wie on, że Hänzli, tak samo z gminy
wzięty, po trzech miesiącach powiesił się u Probsta na
strychu. Pamięta, jak Probstowa po nim sprzedawała buty. Pamięta
też, jak stary Hänzli obtarte miał od szlej ramiona i jak mu u
Probsta oczy zapadły, a twarz sczerniała i wyschła. Kurczy
się stary, głowę w ramiona chowa, przyciska do boków
kościste łokcie, staje się małym, bardzo małym, tak małym,
że go i niewiele widać chyba. Co prawda rad by się pod
ziemię całkiem, całkiem schować. Boi się
tchnąć, boi się poruszyć, nawet kolana z wielkiego
natężenia dygotać mu przestały.
Ale Probst
zna się na tym wszystkim dobrze. Licytuje przecież tych hultajów od
sześciu czy siedmiu lat w gminie. Wie on, że taka starota to jak
pęknięty garnek: odrutuj, a czasem i za nowy trwa. Bądź co
bądź najtańszy to robotnik, jakiego znaleźć
można. Czy złością, czy dobrocią zawsze się z
niego tyle roboty wyciśnie, ile zje, a co gmina doda, to jakby
znalazł.
Sarkają
ludzie, że cenę innym psuje. A co mu tam, byle sobie nie psuł. Niech
każdy pilnuje swego i już.
Przekrzywia tedy
Probst w jedną stronę ciężką swoją
płaską głowę, przekrzywia w drugą, a potem spojrzawszy
bystro w twarz urzędnika rzecze silnym, dobitnym głosem: - Sto
dwadzieścia pięć!
Słowa te
wywołują silne wrażenie. Najobojętniejsi nawet
kręcą głowami z podziwu. Daj go katu! A to i nie spyta, co kto
święci, tylko swoją kozerą wali z góry jak armatnią
kulą!
W sali robi
się wielka cisza, w którą wpada natarczywe, zajadłe szczekanie
psa, pozostawionego przede drzwiami przy mleczarskim wózku. Stary Wunderli
pogląda na lewo i na prawo, jakby szukał okiem, którędy ma
uciec. Nie ucieka wszakże: stoi, jakby skamieniał, jakby wrósł w
podłogę. Tylko coraz niżej opada mu dolna szczęka, a oczy
otwierają się coraz szerzej.
- Sto
dwadzieścia i pięć! - woła Probst raz jeszcze.
Pan radca
promienieje. Chwilę wodzi po obecnych ożywionym wzrokiem, a gdy nikt
nie podbija mleczarza, uderza białą ręką w leżące
przed nim papiery i daje znak woźnemu.
- Po raz
pierwszy! - mówi woźny stukając laską w ziemię i ucicha.
- Po raz drugi!
- mówi głośniej jeszcze, a stary Kuntz Wunderli zmruża nagle
oczy i kurczy się boleśnie, jakby kij przybijający dzieło
miłosierdzia gminy w niego miał uderzyć.
-
I-po-raz-trzeci! - woła razem z woźnym tryumfujący pan radca.
W chwilę
potem Kuntz Wunderli stoi u dyszla mleczarskiego wózka, trzęsąc
swą nędzną, starą, siwą głową i
usiłując drżącymi rękami przełożyć przez
siebie parcianą szleję. Z drugiej strony dyszla rzuca się w
podskokach silny kudłaty pies w takiejże uprzęży,
ujadając głośno, donośnie.
|