|
JAŚ NIE DOCZEKAŁ
W ubogiej izbie gość zjawił się
błogi:
Słoneczny promień wiosenny, majowy!
Wszedł przez okienko z szybami drobnemi
I jasnym snopem rzucił się po ziemi,
Jak złota strzała padł na stół
sosnowy,
Na deski starej, spaczonej podłogi,
Na tapczan nędzny, zasłany barłogiem,
Na komin pusty, zimny,
bez ogniska,
Na obraz, który jaskrawie
wybłyska
Złocistą
glorią w poddaszu nędzarza,
Tak, jakby mógł Ten,
co biednych jest Bogiem
I miłosierdziem, i smutnych odwagą,
Gromadzić skarby u swego ołtarza
I stać w purpury blaskach i kamieni,
Gdy ludzie głodni, nędzni, opuszczeni,
Korząc się przed nim, biją w pierś
swą - nagą!
Był to niedzielny poranek wiośniany.
W izbie wyrobnik siedział z zgasłą
twarzą
U pociemniałej i wilgotnej ściany,
Po której zamróz kroplami ociekał...
Aż z dum swych ciepłym zbudzony promieniem,
Posłyszał wróble, co na dachu gwarzą;
Spojrzał po izbie okiem smętnem,
mgławem,
Potem na jasność tę ożywczą
słońca
I szepnął z cichym, stłumionym
westchnieniem:
„Jaś nie doczekał!”
I otarł grubej koszuli rękawem
Łzę, co po twarzy toczyła się,
drżąca
I taka mętna, i ciężka, i wielka,
Jakby to wody nie
była kropelka,
Lecz kamień,
który, wyrzucony z duszy,
Padnie w
głębiny i ziemię poruszy.
Zima ta
ciężka była. Śnieżne duchy
Pomiędzy
ziemią latały a niebem,
Białymi
skrzydły zakrywszy błękity,
A mroźne
wichrów północnych podmuchy
Dreszczem
wstrząsały ubogie te ściany,
Wśród których
nędzarz tak rzadko jest syty
Twardym i czarnym
niedoli swej chlebem;
Tak biedne nosi na
grzbiecie łachmany,
Tak ciężko musi pracować na dzieci
Wśród skrzących mrozów i wietrznej zamieci!
Zima ta ciężka była. Na kominie
Ogień nie co dnia rozniecał się lichy,
Nie co dnia ciepłą gotowano strawę.
Ojciec przychodził wieczorem bez siły,
Nie mogąc dźwignąć siekiery ni
piły,
I padał spocząć, jak martwy, na
ławę...
A Jaś tymczasem, w nędznej koszulinie,
Coraz to bledszy, coraz bardziej cichy,
Na kształt mdlejącej lampy lub pochodni,
Zjadał kęs chleba - i siadał na ziemi,
Patrząc na ojca oczyma smutnemi.
Jak ci, co mówić nie śmią, że
są głodni!
Wreszcie z tapczana nie podniósł się wcale,
Ojca witając z daleka - uśmiechem...
Przeląkł się nędzarz, chwycił
go w ramiona,
W piersiach mu grały i łkania, i
żale...
Noc całą dziecko zagrzewał oddechem,
Bo mu się zdało, że stygnie, że
kona...
Modlił się, płakał, o ściany
tłukł głowę,
A ściany
skrzyły się jak diamentowe...
Bo zima na nie
rzuciła płaszcz biały.
Łzy na nich
marzły - i jak perły stały.
Rankiem wyrobnik
zastawił swą piłę,
Porąbał
stołek, rozpalił ognisko,
Przyzwał
lekarza. Lekarz, człowiek młody,
Oświadczył,
że tu jest powietrze zgniłe,
Że straszna wilgoć ma tutaj siedlisko,
Że dziecku trzeba dać lepsze wygody,
Izbę obszerną, jasną i ogrzaną,
Ciepłe okrycie, a przy tym co rano
Posiłek lekki; pożywny, gorący.
Zapewnił nadto, że jeśli
chłopczyna
Wiosny doczeka, to wzmocni go słońce.
Wreszcie oświadczył, że mróz -
trzaskający!
I wyszedł. - Ojciec stanął jak
zmartwiały,
We drzwi wlepiwszy źrenice
błyszczące...
A wiatr tymczasem rozmiatał z komina
Iskry i dymy i w
szyby tak siekał,
Jakby brał
szturmem tę izbę ubogą.
Blada twarz
chłopca zrobiła się sina...
Do ojca sztywne
wyciągnął rączęta,
Rzucił
się... wargi drobne mu zadrgały...
A śmierć,
srebrzystą szatą owinięta,
Wzięła go
z sobą tajemniczą drogą...
Promienia
słońca Jaś już nie doczekał!
W mogiłce
leży i nigdy mu duszy
Żadne już
światło nie zbudzi, nie wzruszy...
Nigdy nie wzniesie
pogodnych swych powiek
Na wielkie cuda
tworzącej przyrody
I nigdy zapał
do wiedzy, swobody
Nie drgnie mu w piersi
okrzykiem: Tyś człowiek!
Ach, ileż takich
mogił jest na ziemi
I jakże smutne
są takie mogiły!
Ludzkość
żyć winna siłami wszystkiemi,
A nędza co
dzień odbiera jej siły...
Ten szereg drobnych
grobów wśród cmentarza,
Co myśliciela
smętnego przeraża,
To siew bez plonu,
rzucony na marno,
Kwiat bez owocu - i stracone ziarno.
Poprzez mogiły, gdzie śpią te dzieciny
W milczeniu śmierci przerażliwem,
głuchem,
Ludzkość, uboższa ramieniem i duchem,
Idzie tak wolno, jakby cel się zwlekał!
O bracia, czy w nas wcale nie ma winy,
Że słonka Jaś nie doczekał?
|