|
XI
Nikt mi już
nigdy z duszy nie wyrzuci
Tego, co krwawi i
co mi ją smuci...,
Nikt mi już
nigdy sprzed oczu nie zetrze,
Ani na żadnym
rozwieje się wietrze,
Ani Bóg nawet
odmienić jest w mocy
Tego, com
widział i czuł owej nocy.
A kiedy teraz
samotny usiadam,
To wiem, że
przyjdą do mnie wielką rzeszą
I jęczeć
będą, gdy do nich zagadam...
A jako chmury, za
wiatrem gdy śpieszą,
Tak wskroś
mnie idąc, w cień mnie swój ogarną
Te trupy, nocą
gorącą i parną.
Są
słowikowie, co po lasach jęczą
Nieutulonym
każdą wiosną łkaniem;
Są tajne
smutki, co przędzę pajęczą
Wskroś duszy
snują z żałosnym wzdychaniem.
Lecz
cięższą nad to jest boleść i trwoga,
Co w izbie mojej
dziś stoi u proga.
I patrzę w
ciemność, i słyszę wśród ciszy
Ust konających
westchnienie i jęki,
A ciemność
bierze kształt i ku mnie dyszy.
A gdzie
wyciągnę ramię, tam się ręki
Zimnej dotykam i ze
zgrozą czuję,
Jak mnie dech trupi
wkoło oblatuje.
Wróciłem z drogi
śmiertelnych przestrachów
I z drogi gwałtów, i z przerażeń drogi,
I wywiedziony jestem z śmierci gmachów,
A pełnym w sobie żałości i trwogi,
I jasność oczu moich mnie rzuciła
Z tą, co mi gwiazdą na drodze tej była.
W bezbrzeżny smutek i w niepocieszony
Myślą posępną zapadam i duchem,
A przy mnie stoi cień wojny czerwony
I gada do mnie milczeniem pól głuchem
I jękiem
matek, co synów swych płaczą,
Iż ich już
stare oczy nie obaczą.
I tak dziś
siedzę, jak kruk osamiały,
Z dala od ludzkich
zaprzątnień i wrzawy,
I słyszę
onych czarnych rot hejnały,
I ów pobitych
dworzec widzę krwawy,
I dzwony
słyszę, bijące na trwogę...
I uciec od nich
chcę precz - i nie mogę.
A kiedy o tym
zadumam się smutnie,
Dusza się we
mnie staje bardzo sroga...
I na ogromnym,
rozciągniętym płótnie
Kreślę w
obłokach siedzącego Boga,
A niżej głazy ofiarne i siny
Dym, co wstępuje w niebo z łez doliny.
A wtedy w izbie mojej słyszę łkanie,
Idące ku mnie z wieków głębokości.
Bo nie jest dotąd
insze panowanie
Nad ziemią, jeno
starej onej złości
I starych onych
pierworodnych waśni,
A bracia dotąd walczą, jak zapaśni.
I słyszę
huk i trzask zwalonych grodów,
Chrzęst pól
deptanych i krzyk gwałtów słyszę,
I świst
pożarów, i zgrzytanie głodów,
I wielką
mogił po rozstajach ciszę,
I dziatek drobnych
skwierk, i wrzask niewieści,
I skamieniałej
milczenie boleści.
A nie nalezion jest
czas w dziejach świata,
Co by nad
piekłem tym zabłysnął tęczą.
I dotąd
gołąb ów biały oblata
Ziemie, co
płaczą, i ziemie, co jęczą,
A odpocznienia nie
najduje sobie,
Bo potop krwi jest
na całym tym globie.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . .
O rodzie ludzki! O plemię Kaina!
Ten sam ty zawsze
bratobójca stary,
Co na ołtarzach
najświętszych zarzyna
Krwią
wołające, niewinne ofiary...
Ten sam ty zawsze! A
cień twej maczugi
Na całą
ziemię padł czarny i długi.
Zabity brat twój
siermiężny i cichy
Pasterz trzód
białych i jagniąt swych trzody;
Skowronek oto
zabity jest lichy,
Pszczoła
nosząca do ułów swych miody,
A kłos, co
ledwo zawiązał się w ziarno,
Wdeptany w
ziemię i w rolę cmentarną.
O rodzie ludzki! O plemię Kaina!
W gniewie ty jesteś i w pomście
poczęty...
Z dziada na ojca, a z ojca na syna
Siew starych zbrodni upada przeklęty,
I własna matka-ziemia cię przeklina...
O rodzie ludzki! O plemię Kaina!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . .
A ty, któremum prawił te powieści,
Wstań a pójdź, niech cię
uścisnę jak brata.
Boś uczestnikiem był mojej boleści
Nad wielką nędzą i nad zbrodnią
świata.
A zaś jak pielgrzym idź, a wytrwaj w znoju,
A przepowiadaj wieść dobrą pokoju.
|