| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Maria Konopnicka Nowele, Wiersze Z Teki Artura Grottgera: Wojna IntraText CT - Text |
|
|
|
|
VIII
Piały kury Na czas północny i na nowe straże Gwiazd, gdy się pełnia odkryła księżyca. A szliśmy wtedy przez stare cmentarze, Nad których ciszą moja przewodnica, Podniósłszy ręce w miesięcznej jasności, Błogosławiła mogiły i kości.
- Błogosławieni, coście się wrócili Do domu swego i swego początku I którym oczy zmęczone nakryli Garsteczką piasku i kwiecia użątku... Błogosławiony głóg polny i zioła, Co wam pierś martwą odziały i czoła!
Albowiem matce nie wróci nikt płodu, Ani dziecięcia, aby je nosiła, Jak w pierwszych czasach poczęcia i rodu. A ta oddanych ma sobie mogiła, A ziemia znów jest nimi obciążona, Jako dni onych, nim wyszli z jej łona.
Błogosławiony grób cichy, co chowa Umarłych prochy, iż wiatr ich nie miota. Albowiem wielka spokojność grobowa Jest im odpłatą za burzę żywota, Co prędszy, niźli zawodnik w swym biegu, Dobra nie widział, a już jest u brzegu...
Lecz tu nalezion wielki jest i mały I wyzwolony jest jeszcze od pana, A usta, które o grób swój wołały, Już ukojone są i wszelka rana, I wszelka żądza tutaj się popieli... Błogosławieni, którzyście spoczęli!
A gdy mówiła, zapadłe mogiły I opuściałe zdawały się kwiecić, A brzozy szum swój i płacz uciszyły I ze dna nocy szły gwiazdy im świecić; I uciszyły się skrzypiące krzyże, I wszystko stało w milczeniu i w mirze.
A dla mnie, którym szedł z onym aniołem, Wielkim spoczynkiem były te momenty, Bom był zmocowan dróg onych mozołem I czułem w sobie krzyki i lamenty Ducha, a one okropne widzenia Głosem wołały we mnie - zapomnienia. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nagle pies zawył w oplotach, po rosie... Ustał - i znowu zawył... Taka żałość I taki ludzki ból był w onym głosie, I taki jęk był, i taka omdlałość, Że czułem, jak mnie skrzydłem nietoperza Strach oblatuje i w piersi uderza.
A gdym miał mrowia tego pełne żyły, Drugi się zaniósł i trzeci gdzieś wtórem; I tak ku sobie te psy w pole wyły Na wielki, srebrny księżyc. A dziś piórem Nie wydam onej troski i nudności, Jaka mi od nich do szpiku szła kości.
A zaraz potem wyszliśmy tu blisko Na wieś spaloną i na zgliszczów kupy, A za nią było świeże bojowisko, Dokąd nam drogę wskazały dwa trupy, Patrzące w księżyc bez zmrużenia powiek I przeraźliwie ciche: koń i człowiek.
Dalej pięć było, dalej siedem, dalej... Przestałem liczyć, bo wstały mi włosy, Jak kiedy burza łan żytni powali, A jedne w drugie wdeptane są kłosy, Tak po batalii tej leżeli wałem, Broń na broń wparta, a ciało pod ciałem.
A nim my przeszli te pierwsze okopy Trupie, już na nas uderzył wiatr zgniły - I w krwawej glinie zaczęły lgnąć stopy. A ja, wspomniawszy na one mogiły Ciche: - Uczyńmy - rzekłem - grób, o pani, Iżby spoczęli ci nie pogrzebani!
A ona: - Nie jest mi to dozwolonym, Ale ci wszyscy są tu w ręku Boga, A Bóg ich w polu zostawia czerwonym, Aby z nich zgniłość szła na świat i trwoga, A iżby ludom te trupy się śniły, Aż wszyscy cichej zapragną mogiły.
Lecz teraz idź a patrz! - I rękę jasną Ściągnęła, kędy czarne jakieś mrowie Pełzło na trupy... ...O, niechaj zagasną Zgwałcone oczy w mojej nędznej głowie! To byli... Chryste! Tą się hańbą spalę... Nie! To nie ludzie byli! To - szakale!
Lecz jam ich widział i nic już nie zetrze Tej okropności sprzed mojej źrenicy, A choć dokoła tak czyste powietrze I choć sam w sobie strzegę tajemnicy, Czuję, że żyję i dycham w tym brudzie... Nie! To nie były szakale... To - ludzie!
Cisi i szybcy, z worami zgrzebnemi, Zdzierali trupy z odzieży do naga, Piersi im gniotąc i szarpiąc po ziemi... I nie wiem, skąd ta upiorna odwaga I bezwstyd krwawy, i piekielne siły, Bo i kobiety wśród tych hien były.
A tam, gdzie przeszli, pod jasność miesiąca Bielała nagość ciał okropna, sina. I zdało mi się, że noc sama drżąca Ze zgrozy blednie i czas swój przeklina I że trup który wstanie i zakrzyczy Na te zmierzchniki, i nie da zdobyczy.
Jak nieprzytomny i jak obłąkany Do mojej świętej tuliłem się z trwogą, I tych pobitych czułem w ciele rany I nie wiedziałem, gdzie stąpić mi nogą, Bo wszędzie była krew, krew, krew i zbrodnia. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . A pani moja i gwiazda przewodnia, W Boga wpatrzona, szła cicha i biała, Lecz owa jasność nad czołem jej - drżała.
|
Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
Best viewed with any browser at 800x600 or 768x1024 on Tablet PC IntraText® (V89) - Some rights reserved by EuloTech SRL - 1996-2007. Content in this page is licensed under a Creative Commons License |