VII
Jest trosków - kolców
- bolów - niemało w tym życiu
I więcej
niż na jawie płynie łez w ukryciu;
A kto się
hucznym śmiechem wśrzód jęków odzywa,
Jak szalony w
szpitalu - szczęsnym się nazywa.
Lecz gdy
umysł, szlachetnej uległszy ponęcie,
Z gruzów
najdroższych uczuć wznosząc przedsięwzięcie,
Brnie w zdradliwej
ufności, a za każdym krokiem
Podkopanych
przepaści otoczon widokiem -
Gdy ptak z karmem
pisklęcia trzepocze swe skrzydła,
Widzi
chłopię z pałeczką, a na szponach sidła -
Gdy sroższej
od najsroższych wpatrując się męce,
Sama nawet Odwaga
załamuje ręce,
A z tysiąca
blizn czarnych, co jej w sercu cięży,
Gniazdo
syczących na świat wylęga się węży -
Gdy
Złość w swoim szaleństwie zrobiła zabawę,
Wydrzeć
życie w kaduku, ale pierwej sławę,
I nie tylko
Obecność tarza się w ohydzie,
Przyszłość
jeszcze otruta, rozczochrana idzie,
Komu? anielskiej
duszy, co za to przeklęta,
Że cukrem
przyjmowała drapieżne zwierzęta -
Gdy każdy
dobry przymiot w gorszki żal się zmienia -
Większe to
niźli ziemskie, piekielne cierpienia!
Czy te lub inne, jeszcze
dotkliwsze, katusze
Zlały swój
wrzący ukrop na młodzieńca duszę,
Ci, co za nim
rzędami w śklniącej gonią fali,
Na smutek swego wodza
niewiele zważali.
Każdy
myślał - i chociaż różnica w sposobie,
W tym przecież
podobieństwo - że każdy o sobie;
A jednak każdy gotów
z wzniesionym żelazem
Rzucić się w
ciennik Śmierci - za jednym rozkazem.
Szli - w milczeniu - w
porządku - konie koniom w tropy
Krzyżujących
nóg stawiąc migające stopy -
Kędy ich długim
sznurem, wedle swojej chęci,
Po odludnych manowcach
młody Wacław kręci;
Przez niezmierzone niwy -
tam gdzie już równina
Zda się
kończyć i znów się w płaszczyznę zagina,
Dochodząc -
naprzeciwko jasnego obłoku,
Jak Rycerze powietrzni
wydali się oku.
|