|
Co rozumieć potrzeba przez literaturę?
Natura wszędzie prawie stawia przed oczy
człowieka naśladowane obrazy pierwotnych kształtów swoich i
postaci. Nie masz podobno jawiska na świecie materialnym, które by tym
sposobem zdania naszego nie oszukiwało. Wszystko się tu na dwoje
roznosi. Drzewa i kwiaty na ziemi, sama ziemia z swoimi stworzeniami, słońca,
księżyc i gwiazdy w wodzie się ukazują. Masy niezmiernej
wielkości odbija drobny kryształ, rozłam świecącego
metalu, częstokroć jedna kropelka płynu. Też same
przedmioty rozścielają cienie kształtów swoich na
płaszczyznach poziomych, pochyłych itd. A cienie rzeczy bywają to
większe, to mniejsze od nich samych. Nawet dźwięk głosu
powtarza się w miejscach górzystych. Echo jest jako obraz, jako cień,
a może jako zwierciadło dźwięku... Obłoki w powietrzu
- otóż niby fantastyckie myśli ziemi. Patrząc na te górne
krajobrazy, na te urwiska skał, na te przepaści, grody, lasy, na tych
jeźdźców harcujących po mglistym błoniu,
rzekłbyś, że ziemia duma i zawiesza wysoko nad nami senne
kształty swojej fantazji. Co zdziałała na powierzchni, albo co
zdziałał dowcip człowieczy, toż samo unosi w powietrze,
osadza niby dla rozrywki na tle ruchomym, na obłoku i kłamliwe rysuje
postacie. - A jeżeli pójdziemy do mniej znanej krainy: czyż sen nie
jest cieniem życia ludzkiego? Czyliż we śnie - w tym
fantastyckim przeobrażeniu tego, co się działo na jawie - nie
rozmawiamy? Nie rozumiemy i na głębokie się dowcipy nie
zdobywamy?... Idźmy jeszcze dalej, w te strony, skąd, jak mniema
Hamlet, żaden wędrowiec nie powrócił: śmierć
czymże będzie? Tylko cieniem snu, zwierciadłem nocnym tego
kłamliwego obrazu życia.
Istota, cień
marny i zginienie, otóż trzy pierwiastki bytu. Rzeczywistość,
sen i śmierć - trzy rozdziały w księdze jestestw, jakby
trzy zwroty jednej pieśni, jednego hymnu pochwalnego, w którym pełno
zgody i harmonii, choć tak różne zdarzenia wyraża.
Taka jest poezja
natury. Na próżno szukalibyśmy właściwego nazwiska w
polskim języku dla tej osobliwości. Trudno to krótko powiedzieć.
Cóż znaczą owe porozrzucane świadectwa widomych kształtów,
owe omylne postacie? Jak rozumieć tę dwoistość bytu, to
dzielenie się i zacieranie? Tę naśladowczą
umiejętność w przyrodzeniu? Kto rad na małym przestaje,
niechaj się uczy optyki, i akustyki, a snadno pojmie przyczynę
odbijania się głosu lub ukazywania przedmiotów w wodzie i na innych
ciałach przezroczystych. Ale podobno te nauki ciekawszego umysłu nie
zaspokoją. Z doświadczenia wiedzieć, że to lub owo takim, a
nie innym trybem dzieje się w naturze, nie jest to jeszcze: wszystko
wiedzieć. Pewne jawiska w przyrodzeniu mają zakryte rozumienie; mają
tajemną stronę, nie znaną fizyce eksperymentalnej. A
porównać by je można z dekoracjami widowisk teatralnych, które tylko
w perspektywie, na scenie, zamierzony skutek czynią, kiedy się
zacznie rzecz poematu i gra aktorów. Najpiękniejszy fenomen, rozebrany i
tłumaczony wedle przepisów martwej nauki, jest jako teatralna dekoracja za
kulisami.
W wieku
pośrednim - w tej epoce dziwów i fantazji, za dni Campanelli i Paracelsa -
nauka przyrodzenia była sztuką magiczną, czarnoksięskim
misterstwem. Natenczas uczeni i nieucy wierzyli w zakryte własności -
qualitates occultae. Czyż teraz żadne tajemne rozumienie,
żaden dziw naszego serca nie opanuje? Tę myśl gdzie indziej
obróciwszy, postrzeżemy, że owo przedrzeźnianie w naturze nie na
same kształty się rozciąga i zewnętrzne postacie.
Wszędy takie analogie spotykają uwagę nasze. Tę
dwoistość bytu prawdziwego i omylnego widzimy także w ludzkim
społeczeństwie. Historia to jasno pokazuje. Czytajmy dzieje
niektórych ludów w czasach zapadłych i nowszych. Jak szeroko rozsiały
po ziemi jestestwo swoje! Oto panują na lądzie i na morzu, mają
liczne miasta, mają skarby, potęgę, dostatek wszystkiego.
Rozkazują im mądrzy w przełożeństwie, dzielni
bohatyrowie. Mąż wielki, jeden po drugim, idzie z nieprzerwanego
następstwa. Przywdziewają zbroje, przodkują bitnym szykom i
bratnią sławę u kończyn świata rozpleniają. Lecz
to nie trwa długo. Czymże jest historia? Snem ludów, cieniem ich
jestestwu. Owo plemię, skutkiem poprzednich powodzeń, zawichrzone
niezgodą lub rozpieszczone niewieścią miękkością,
znika z placu. Moc, dostatek, biegłość w sprawach, świetne
przewagi, dostojne imię, wszystko rozproszone jako mgła mija.
Wtenczas na karki pognębionych następują silniejsi, dzicy
światoburcy; depcą po nich, z dawnej okazałej
spaniałości dumnie się natrząsając; krwawym
bułatem nowe rządy na ziemi gruntują i
głośniejszą jeszcze surmą obwieszczają przyszłym
wiekom swój ród i imię. Cóż się stało z ludem zwyciężonym?
- Jest jeszcze, jeszcze się jego jestestwo w nic nie rozwiało,
przechodzi dopiero drugą kolej, drugi rozdział bytu. Zwiedzionemu,
strąconemu z widowni działań, ironia losu zakreśliła
ciaśniejszą sferę na omylnym obrazie, w cieniu prawdziwego
życia - niejako we śnie politycznym. Tak może przetrwać
kilkaset lat. Z czasem atoli i te ostatki jestestwa ulegną zagładzie.
Bo ze snu niemocy przechodzi naród do ciemniejszych jeszcze krain...
Jeżeli tedy ten lud w powodzeniu swoim, za dni szczęśliwszych,
nie miał żadnego mędrca, żadnego dziejopisa, żadnego
wieszcza lub artysty, zaginie niepochybnym zatraceniem pamięć jego
imienia - zginą szczątki szczątków.
Wszędzie
natura przemawia do człowieka. Pełno tych znaków w przyrodzeniu.
Można by jeszcze to roznoszenie się na dwoje uważać jako
słabą i niejako instyktową dążność natury do
refleksji; a przynajmniej owe igrzyska natury, owe fantastyckie
przeobrażenia zdają się być godłem władzy
intelektualnej człowieka, którą refleksją zowiemy, która
sprawuje: że możemy mieć uznanie samych siebie w naszym
jestestwie. 1
Rzecz ta zostaje w
związku nierozdzielonym z przedmiotem, który będę
roztrząsał. Jest zawikłana, a ledwo tknięta piórem polskim:
czyż zdołam moją myśl jasno i zrozumiale dla każdego
czytelnika wyrazić?
"Natura
przychodzi do refleksji". To przedsięwziąłem okazać.
Kiedy
myśląc wiemy myśl swoje, i uważamy wszelkie jej poruszenia,
tak iż wszystko, co się wewnątrz nas dzieje, jest nam dobrze
znajome, i z tego co chwila zdać sobie sprawę możemy: uwaga ta
wewnętrzna jest refleksją. Przynajmniej takie znaczenie
przywiązujemy do wyrazów: "zreflektuj się - rozważ, co
myślisz - przyjdź do siebie". Są to prawie
jednoznaczące wyrażenia w polskim języku.
Jakże natura
przychodzi ku tej refleksji?
W pierwszym
poruszeniu, w początkowych tworach nie ma ona u-znania samej siebie. Jest,
a nie zna swego jestestwa. Działa, a nie zna działań i
poruszeń swoich. Jednak statecznie ku temu zmierza. Iskrę ognia,
błysk światła zawarła w twardym kamieniu, dźwięk
w metalach. Światło, dźwięk są niejako duszą
rzeczy; materialność tych istot dwuznaczna, wątpliwa. - Jest to najpierwsza,
najodleglejsza reprezentacja pewnego intelektualizmu w przyrodzeniu.
W naturze widzimy
postęp nieprzerwany od bezwładności do życia; a w samym
życiu ileż odmian, ile modyfikacji!
Długi szereg
jestestw rozdziela nieme głazy od rozumnego człowieka. Ale tę
całą przestrzeń jedna linia przebiega. Ten cały przestwór
zapełniony. Nie masz żadnej przerwy, żadnego skoku. Żadnego
ogniwa w tym łańcuchu nie brakuje.
Przeto:
"między tym, co jest, i tego, że jest, nie wie", a tym,
"co jest, i wie, że jest", zachodzi ścisły
związek. - A zatem: natura przez stopnie pośrednie przechodzi od
martwej materii do pojęcia; od punktu, na którym nie ma jeszcze uznania
samej siebie w jestestwie swoi m, do punktu, na którym sama siebie rozumie, z
którego pojmuje działania swoje - na ostatek: w którym uznaje się w
swoim jestestwie.
Jako cień
drzewa rozściela się na płaszczyźnie i jak się obraz
tego drzewa maluje w ruchomym strumieniu, tak cała natura z wszystkimi
stworzeniami swymi, biegami, siłami odbija się w ostatniej mocy, w
ostatniej potędze swojej - w myśli człowieka.
Rzeczy i ich
naśladowane postacie niechby się tysiąckrotnie na omylne i coraz
omylniejsze kształty to w mgle powietrznej, to w wodzie rozbijały;
gdyby w naturze nie było jestestwa mającego pojęcie: nigdy by
samej siebie ani pojąć, ani zrozumieć nie zdołała.
Pojęcie tego jestestwa jej samej służy; tak jak głos
służy słowu. W tej mocy sama siebie uznaje. Myśl nasza jest
to strojny, dźwięczny akord, brzmiący zgodnością
wszystkich razem pierwotnych sylab, rozrzuconych w przyrodzeniu. Promienista
istota, w nas utajona, niewidzialna, na wszystkie strony się
rozlewająca, na kształt fali poruszonej wody i wszędzie
rodząca czucie widzenia!... Ale niechaj lepiej wyjaśni to rozumienie
moje porządek reprezentacji w widomym przyrodzeniu tak, jako go
uważają za dni naszych filozofowie natury, których mam we czci i
poważaniu, choć ich obłożono zarzutem mistycznego
szarlatanizmu. Najwyraźniej to pokazują stateczne i nigdzie nie rozerwane
związki świata anorganicznego, czyli nieorganicznego, z organicznym.
Nic powabniejszego nad tę teorię powinowactw i związków natury,
nie mającej uznania we własnym jestestwie, natury martwej z
ożywioną, wreszcie powoli zmierzającą do myśli i
rozumienia. Że tym jednym tylko zastawię się przykładem: po
złamaniu lub rozbiciu niektórych minerałów, na wewnętrznej
powierzchni, okrytej drobnymi cząstkami ich masy, postrzegamy blaszki
połączone z sobą na kształt listków korony w kwiecie.
Nazywa się to w mineralogii odłamem blaszkowym, co bym wolał nazwać
odłamem kwiatowym. Symetryczny częstokroć układ tych
blaszek, około jednego punktu osadzonych na kształt listków,
czyż nie zdaje się przepowiadać w świecie martwych kamieni
roślinnej natury? I tak jest w rzeczy samej, jeżeli na sam
kształt wzgląd nasz obrócimy. Granit - to maximum, ta
największa wyniosłość anorganicznej natury, jak go nazywa
Schubert, sławny naturalista w Niemczech - z trzech części jest
złożony: z kwarcu, feldspatu i miki. W tym składzie całe
reprezentuje przyrodzenie! I tak: zamiast miki w granitowej skale znajduje
się niekiedy szerl (turmalin), czarnym kolorem, kształtem, masą
złożoną z igiełek, jakby włóknistą, podobny
węglom ziemnym. Poniekąd więc przypomina młodsze państwo
roślin. 2 Sjenit, od wielu geognostów nazwany młodszym
granitem, dlatego że ze wszystkich pierwiastkowych skał
najpóźniej został utworzony, składa się z ziarn feldspatu i
amfibolu (hornblendy); ten ostatni ciemnozielonym kolorem, postacią i
większą miękkością lepiej jeszcze niżeli szerl
roślin wyobraża naturę. - Werner na oko pokazał
przejście granitu przez gnejs i góry łupkowe do piaskowca i
węgla ziemnego, a tym samym do wegetacji. Wreszcie - zważywszy
przejścia miki, panującej w składzie łupka mikowego, a w
łupku glinianym, który stanowi dalsze tegoż, utworu ogniwo,
zbliżającej się we własnościach swoich do łupku
ałunowego, zawierającego węglik - rzec by można z
niemałym podobieństwem do prawdy: "że mika reprezentuje w
granicie i jest niejako hieroglificznym prorokiem działu
roślin". Dalej. Spat skalisty, 3 czyli feldspat - druga
część składowa granitu - mający także odłam
blaszkowy w kształt listek, po większej części jest
białawego, cielistego i czerwonego koloru. Co, jak się podoba
rozumieć Szubertowi ma być oznaką postaciową, niejako
figurą krwi zwierzęcej w świecie anorganicznym. Gdziekolwiek w
późniejszych formacjach, okrywających skały granitowe, feldspat
znika, tam pospolicie znajdują się warstwy wapna, w większych
coraz rozciągające się masach. Ta okoliczność oraz
że feldspat w składzie swoim wapno zawiera4,
naprowadzają na wniosek, jakoby takowe było tylko przemianą
feldspatu. A że od najdawniejszych formacji wapienia do
najpóźniejszych, po większej części złożonych z
zabytków istot zwierzęcych, przejścia są ciągłe i
nieprzerwane: stąd zaś przez stopnie pośrednie do działu
zwierząt, które w częściach swoich składowych wapno
zawierają, przeto: "feldspat uważać by można w
granicie jako reprezentanta, czyli przesłannika i hieroglificznego proroka
państwa zwierząt". Na ostatek: kwarc, trzecia
część składowa granitu, stateczną
niezmiennością swoją we wszystkich innych stosunkach dział
minerałów reprezentuje.
W tym to ciekawym
składzie granitu czyż nie zdaje się, jakoby natura anorganiczna,
ustanowiwszy pierwotne ogniwa i początki wszystkich swoich utworów,
niejako tellurycznym przeczuwała instynktem, co potem nastąpi? I jako
się w wyższym i daleko doskonalszym porządku ukształcą
życie, organizacja? - Krótko mówiąc: czyż te istoty, które nąjczynniej
działają w organicznej naturze, nie są także
najpotężniejszymi działaczami w anorganicznej, czyli
nieorganicznej - i przeciwnie? Ciepło, rozszerzone w całej naturze
nieorganicznej, jest także w roślinach i ciałach
zwierzęcych. Czyż nie bliski i nierozdzielny związek? Płyn
elektryczny, pod ziemią, na ziemi i w powietrzu rozlany, nadaje
sprężystość muskularnemu systematowi i drażliwym
włóknom roślinnym. Według nowszych postrzeżeń: nie
jest rzeczą niepodobną, żeby się w oku naszym
światło rozwijać nie miało. Rośliny
wyciągają największą część swojej substancji
z wody wszędzie rozpostartej, a główne części istot
zwierzęcych mieszczą się w powietrzu atmosferycznym.
Człowieku! Imię twoje ziemia! Z ziemi ciało twoje, choć z
czterech stron świata przyniesionej: wschodu, zachodu, północy i
południa. 5 W ziemi mieszkanie twoje, czyż się w
ziemię nie obrócisz? Czyż nie ma ziemi w naszych kościach?
Czyż we krwi naszej nie płynie żelazo, metal tak
głęboko w łonie ziemi gniazda swoje mający? A złoto i
inne kruszce czyż nie są dla nas lekarstwem, trucizną? Czyż
zioła i rośliny ziemskie z różnych nas nie wyleczają
niemocy? Czyż źródła cudownymi uzdrawiające skutkami nie
sączą się z skalnych zdrojowisk? - Jakiż kres
położyć tym związkom z każdej nieledwie strony, z
każdego względu?... Górnik prowadzony płochą chęcią
przedziera się do głębokich pokładów; częstokroć
strach wielkooki obejdzie go wkoło, kiedy posępnym blaskiem swojej
latarni mignie w tajniach nigdy niezwiedzonych złego ducha. Czegoż
szuka? Skarbu - marnego zysku, najczęściej nie dla siebie, dla
innych, za małą nagrodę. Co innego uczony mineralog. Filozof ten
przenika do szczerej istoty i rzetelnego rozumienia kruszców, kamieni. Jest to
podziemny astrolog. Wedle bałamutnej, gwiaździarskiej nauki nieraz
się górne konstelacje na los biednego zasępiały człowieka.
Nieraz się mieszały ku zgubie wielkich mężów starego wieku
szyki niebieskie, biegi, ruchy; toż wikłały potajemne siły,
gasły światła. A jeżeli wzrok nasz z tej wysokości w ziemię
zapuścimy: czyż kamienie, metale mało ważny wpływ na
ród ludzki wywarły? Po wieleż razy z ciemnej dali groziły nam te
przeciwne pod ziemią konstelacje? Po wieleż razy w obiegu czasów
uwodziły nas zdradzieckim uśmiechem, to znowu odłożeniem,
rozbiciem najśmielszych życzeń, najpiękniejszych nadziei!
Po wieleż to razy złorzeczyliśmy i błogosławili tym
mocom, tym dzielnościom podziemnym, tellurycznym? - Kruszec z
otchłani, bity i cechowany z napisem, czyż nie jest primum mobile
i zarazem hamulcem wszystkiego na świecie? Czyż nie ruszył
ziemskiej własności i czy jej z rąk do rąk chyżym nie
przenosi obiegiem? Czy nie zmienia wszystkich między ludźmi i
narodami stosunków? Czyż nie wprawił w obrót i ruch tego, co by
się może nigdy było nie ruszyło z swego miejsca? Ten metal,
prędki jak widzenie, przekupił statek, zachwiał cnotą, rozpalił
wszystkie pożądliwości, uprzątnął wszystkie
przeszkody, porównał wszystko z ziemią, z błotem, z którego jest
wzięty i oczyszczony: rozczarował wszystkie powaby, rozbił urok
wszystkich ponęt, ostudził: oziębił zapał, którego
żaden brzęk ani srebrny, ani złoty nie zasili! Rozum
mędrców i ludzi stare lata mających podbił pod
posłuszeństwo swoje - z nieba daleko w przepaść, w
ziemię ich wrzucił. Wyostrzył dowcip, udoskonalił
rachmistrzostwo, ale zwojował moc ducha. Niechaj, jako kto chce tę
myśl, która mnie tak daleko uniosła, rozumie: ja wierzyłem i
wierzyć będę w podziemną astrologią w związki
czarnoksięskie, moralne i chemiczne, w powinowactwo - żadną
mocą nierozerwane - natury anorganicznej z organiczną, w związki
i powinowactwa kamieni, metalów z istotami rozmyślającymi, a bardziej
jeszcze dumającymi.
Tak zapewne!
mechanizm, nic nie pojmujący w wykładzie i rozumieniu zagadek
przyrodzenia, nie zrówna spaniałej umiejętności Szuberta albo
Nowalisa. Jak to - może się kto zapyta - więc rzeczywiście
zostajemy w tak bliskim związku z tymi malarskimi postaciami
anorganicznego świata? Z tymi oto skałami tak wysoko zawieszonymi w
powietrzu? Te masy nieregularne, to cieniowanie rozliczne światła, o
ich białość się rozbijającego, te zrozmaicone barwy,
ta wielość prawie nieskończona mniejszych [i] większych
przedmiotów, które rozrywają, mylą naszą uwagę - cóż
nas obchodzą, cóż mają z nami spólnego? A przecie każda
dzika okolica ciągnie nas taką ponętą ku sobie.
Dlaczegoż tak spaniale, tak ślicznie się wydają rwiste
potoki, prędkie strumienie? W górach sytuacje niektóre podnoszą
umysł do wysokości, czasem aż za ów błękitny
przestwór, gdzie jest niebo, jako mniema prostota z prawdą w sercu, z
szczerością w duszy. A przynajmniej, że go na jakiś czas
odrywają od ziemi i rzeczy ziemskich. Tu i ówdzie, zdaje się, jakoby
zrobione były dla rozweselenia wędrowca. Gdzie indziej jego
radość i pociechę w smutek odmieniają. Sympatyczne uczucia
łączą nas z ogromami spiętrzonych mas, które natura w
przestrzeni pokształciła. Cóż znaczy to dziwotworne budownictwo?
W innych znowu miejscach ten podróżny sam nie wie, co ma czynić, czy
się cieszyć, czy smucić. Z rozrzewnieniem tylko pogląda
naokoło siebie, dziwi się, wielbi Stworzyciela. Widoki takie
zachwycają; skądże to pochodzi? Daleka niechaj będzie ode
mnie wszelka afektacja, czyli zmyślone, sztucznie naciągnione
upodobanie w pięknościach przyrodzenia. Natura ma tyle wdzięków,
że ją bez afektacji kochać można. Bądźmy jako dzieci,
kiedy się ku niej zbliżamy. Przechodząc z równin w miejsca
górzyste, któż nie doznał kiedy tego na sobie, jak odmienne, coraz
rozmaitsze są myśli i uczucia nasze?... Nie tylko w wewnętrznym
składzie swych utworów, np. granitu, jako się wyżej rzekło,
ale także ze względu na postać zewnętrzną swoich mas
zamyka natura geologiczna uderzające podobieństwa, skazówki,
godła wyższego organicznego porządku. Od pierwotnego, kulistego
kształtu, przezwyciężając ciężkość
6, zmierza w napowietrznej wysokości ku podłużnej formie
słupa. Ten, wedle zasad dzisiejszej filozofii natury, ma być symbolem
magnetyzmu, czyli w ogólności odskoku 7, przeciwieństwa.
Zatem: twórcze przyrodzenie w anorganicznym świecie zewnętrznymi
nawet kształtami olbrzymich brył, które do takiej wysokości
podniosło, zdaje się wieszczym, że tak powiem, instynktem
naprzód zgadywać figury okrągłosłupiste drzew w naturze
roślinnej tudzież początkowe formy zwierząt, o ile takowe w
głazach naśladowane być mogą. Jaśniej się to jeszcze
w innym względzie postrzegać daje. Kryształy szerlu na powierzchni
podłużnie narzynane, kształt zaokrąglony igiełek
rozsianych w jego macicy, ścięcie, sklinowanie bocznych krawędzi
- czyż to nie wyraźne zbliżenie do postaci roślin? Lecz
najwidoczniej odbijają się kształty organicznej natury w
metalach. Tu szukać trzeba przejścia od kamieni do roślin i
zwierząt. Najśliczniejsze farby, od szkarłatnej, krwistej
granatu, od różowej, karminowej rubinu w niezliczonych odcieniach do
pięknej zieloności szmaragdu, są rezulatem cząstek
metalicznych wchodzących do składu wzmiankowych kamieni. 8 W
masie wielu metalów są blaszki na kształt listków osadzone, które
zdają się niejako składać tkankę komórkowatą,
podobną zwierzęcej. - Jakże to wszystko rozumieć? W dalekiej
starożytności utrzymywało się mniemanie, że kamienie
silny wpływ wywierają na umysł człowieczy. Pisali o tym
Arystoteles, Dioskorides, Galenus i Pliniusz. Żydzi, osobliwie
sprawujący wysokie urzędy w starożytnym kapłaństwie,
od czasów niepamiętnych przykładali do piersi diamentami wysadzane
tarcze, godząc przepych z wiarą w jakieś czarodziejstwo
drogocennych kamieni. Za naszych czasów wydobyto tę starożytną
opinię z zapomnienia. Jeden z sławnych dzisiejszych naturalistów
utrzymuje, że między minerałami a duchem ludzkim
rzeczywiście bliskie zachodzą stosunki. Zdanie to umocowały w
rozumieniu wielu innych naturalistów mnogie przykłady i
doświadczenia. Czytelnicy nasi niechaj przypomną sobie, że w r.
1829 pisma warszawskie ogłosiły prospekt na dzieło pod
tytułem Jasnowidząca z Preworst, które następnie
wydał dr Kerner, sławny z biegłości w swej sztuce.
Czytałem to dzieło. Jest to, że tak powiem, wywód słowny
zamykający opis jawisk magnetyzmu i somnambulizmu, zdziałany przez
świadków godnych wiary podczas słabości Fryderyk! Hauffe,
którą potem nazwano Jasnowidzącą z Preworst, od wioski
tego nazwiska, gdzie się urodziła, gdzie ojciec tej nadzwyczajnej,
ale nieszczęśliwej kobiety był leśniczym. Wioska Preworst
leży w górzystej okolicy miasteczka Lowenstein w Wirtemberskiem. Fryderyka
Hauffe poruszona została lekarskiemu staraniu dra Kernera [w] r. 1826.
Nieznośne boleści, z kurczów żołądka pochodzące,
były początkiem jej długich cierpień, zaledwie na
krótką ustawających chwilę dobroczynnym skutkiem magnetyzmu,
którego środka użyto, kiedy już wszystkie inne zwyczajne daremnymi
się pokazały. Dwa lata trwała kuracja. Pomijam wszelkie inne
fenomena podczas tego jasnowidztwa, lecz nie od rzeczy wspomnieć, jaki
wpływ wywierały na pacjentkę różne minerały, które
trzymała w ręku. Kerner zapisywał każde jej słowo,
bacznie uważał każde poruszenie. - "Kryształ skalny -
mówiła jasnowidząca - ma przyjemny zapach." Ale gdy ten
kamień przyłożono do jej serca, natychmiast
odrętwiała. Całe jej ciało od szyi do stóp było wyprężone:
mówiła od rzeczy. Tenże skutek za każdym ponawiał się
przyłożeniem skalnego kryształu. Rubin wielkości ziarnka
grochu wzniecił zrazu boleść w ramieniu pacjentki; czynił
ją potem wielomowną, niespokojną, przy czym - jak mówiła -
zimno rozpostarło się w jej całym ciele. Magnes wznawiał
kurcze i gwałtowne sprawował zatrząśnienia. -
"Kamień ten - są słowa jasnowidzącej - czyni mnie
chromą, ale wesołą." - Ze wszystkich metalów platyna
najsilniejszy wpływ na nią wywierała. Równy moralny i fizyczny
skutek sprawiały rośliny. Wawrzyn (bacca lauri} wprawiał
ją w sen magnetyczny. Usypiała za każdym dotknieniem laurowej
gałązki albo listka. Rośliny jadowite, blisko niej
położone, sprawiały odurzenie, mdłości.
Szczególniejszy skutek, jaki u wszystkich jasnowidzących wawrzyn sprawia,
czyż nie tłumaczy przyczyny, dlaczego niegdyś w kościele
delfickim wieszczka laurowe potrząsała drzewo i laurowe
gałązki składała na trójnogu przed rozstrzygnieniem
czynionych sobie zapytań?... Dlaczegoż teraz kamienie na ludzi
zdrowych nie działają w ten sposób? Dlaczego stan słabości,
zwanej jasnowidztwem, wznawia te, jak się zdaje, rozerwane tylko stosunki
natury anorganicznej z człowiekiem? Czy zatarła się ta
własność początkowa kamieni i metalów? Czy też my sami
podpadliśmy takiej zmianie we względzie naszej natury fizycznej i
moralnej, że teraz tylko najstraszliwsze trucizny roślinne i
mineralne działać na nas mogą? To jest dopiero za dotknieniem i
przyłożeniem do ciała. - A gdzież się moc słowa
podziała, którą - jak niosą starożytne podania - tym niemym
rozkazywaliśmy istotom? - Gdzież się podziała owa pierwotna
dzielność woli ludzkiej, którą niegdyś i bez mowy, bez
dźwięku, podbijaliśmy pod posłuszeństwo swoje
najpotężniejsze moce w naturze? Tak zaiste: przeciąg między
nami a ludźmi starego wieku bardzo wielki. Jakżeśmy go
przeminęli? Na to niechaj historia odpowie. Powinnością jest
głosu oznajmić słowo myśli naszej, ale ten głos
utracił dawną siłę; myśl zemdlała i słowo
przestało być cudotworne. - Ten sam Kerner czyni z tego względu
uwagę, że, coraz bardziej odstępując od natury,
wyszliśmy z powinowactwa, jakie niegdyś łączyło
ściślejszym związkiem człowieka z innymi jestestwami
organicznymi i nieorganicznymi. Powiada on, że przez magnetyzm te
rozerwane związki znowu się u pewnych osób odradzają. I w rzeczy
samej ku temu przyszło, że te osoby więcej widzą we
śnie niżeli my na jawie w zupełności sił i
najczerstwiejszego zdrowia. Że teraz rozrządzamy siłami
przyrodzenia, że stąd tak wielką gospodarską
korzyść odnosimy, nic to nas nie zbliżyło do natury.
Owszem, zdaje się, jakoby tym mocniej przeciwko nam się
obwarowała i tym trudniejsze, a prawie nie-przełamane stawiała
przeszkody, że tak chciwie swoje ku niej ręce wyciągamy, że
tak usilnie i gorąco pragniemy zniewolić to musem, to fortelem
wszystkie jej własności, biegi, misterstwa, praktyki, aby tylko domowej
potrzebie naszej służyły. Natura jest otwartą
księgą mającą za naszych czasów więcej
miłośników niż czytelników. Za odstąpieniem od przyrodzenia
wygasł instynkt z wszystkimi swymi cudownymi przymiotami; słabnie
władza, niegdyś tak dzielna, "przeczuwania, przenikania natury i
zgadywania jej nawet zamiarów, jej trybu postępowania. Znikły cudowne
dary wielu ludzi; szukać ich teraz potrzeba za granicą
teraźniejszej kultury, między dzikimi albo w stanie niezleczonej
jakiejś niemocy. Dzisiejsza cywilizacja coraz usilniej, pod czczym pozorem
mistycyzmu i zabobonów, zaciera, zatarła wszystkie wrodzone zdolności
pojmowania natury bez doświadczeń i sztucznych aparatów, toż
rozkazywania jej najmocniejszym siłom samym chceniem lub uskramiania
takowych niechceniem. Owe pierwotne związki ludzi z naturą
zastępuje teraz nauka, która, jako się później przekonamy,
nauką nie jest. Nauka, umiejętność - wielkie słowo!
Życie w ogóle wszystkich razem stworzeń zaczyna powoli ustawać.
A pole naszych empirycznych wiadomości jest na kształt ogrodu
zasianego pożytecznymi warzywami 9; piękniejsze, spanialsze
kwiaty w tym kuchennym ogrodzie zdają się być spod obcego nieba
przeniesione i w roślinnej hodowane cieplicy. Licho się też
krzewią. 10
Bądź co
bądź wszystko to mnie utwierdza w rozumieniu, że natura przez
stopnie pośrednie przechodzi od martwej materii, od pierwotnych
kształtów do pojęcia. Czyli innymi słowy: od punktu, na którym
nie ma uznania samej siebie w jestestwie swoim, do punktu, z którego sama
siebie i wszystkie swoje rozumie działania. Jest związek
niezaprzeczony, oczywisty między naturą nieorganiczną i
organiczną; jest postęp ciągły, jest nieprzerwany od mchu,
porostu do palmy, będącej najwyższym wierzchołkiem
działu roślin, jako granit jest największą
wyniosłością w świecie anorganicznym itd.
Nie masz w tym
żadnej trudności, żadnego zawikłania. - Zmierzam dalej do
kresu, rozumując jako następuje:
Przypuśćmy,
że w hierarchii stworzeń nie masz ani jednego rozeznawającego,
co się w nim samym dzieje, wiedzącego nie tylko rzeczy zwierzchnie,
ale i siebie. Gdyby tak było, któż by pojął naturę? I
ku jakiemuż końcowi to by się wszystko chyliło? Komuż
świeciłyby górne koła, od tylu tysiący lat nieomylne w
biegu swoim? Dla kogo strzegłoby morze granic swoich? Jakiż wreszcie
kres naznaczylibyśmy drogom mlecznym i niezliczonym orszakom niebieskich
ciał?... Dla natury trzeba jasności. Tą jasnością, tym
świecznikiem przyrodzenia, tą lampą światów jest myśl
człowieka-anioła. Cała natura w niej Się maluje jak obraz
nadbrzeżnych kształtów w ruchomym strumieniu. Jak cień rzeczy na
zwierciadle. Wszystkie ku temu zmierzają przeciwieństwa, wszelka
tożsamość, wszystkie siły i poruszenia. Jeśli naturze
odejmiemy tę myśl - cóż pozostanie? Martwy, niepojęty od
nikogo porządek. Co być nie może. Bez tej myśli natura nie
miałaby ani gruntu pod sobą, ani wewnątrz ujęcia i
byłaby jako obwód bez środka albo jako grób ciemny, gdzie znikąd
światło nie wpada.
"Nie
bądźmy - mówi Pismo -jako oczy, które na wszystko patrzą, a same
siebie nie widzą". - Otóż pierwszy początek wszelakiej
filozofii! Od tego zaczyna się wszelkie rozumowanie. Jest
światło wszystko rozjaśniające około siebie, a
wewnątrz ciemne. Takim światłem byłaby myśl ludzka,
gdyby samej siebie nie wiedziała. I przeciwnie: światło
jakiekolwiek, wiedzące, że jaśnieje, byłoby
myślą-pojęcięm, byłoby słońcem-duszą
świata. Myśleć i to wiedzieć, i w tym myśleniu
się rozumieć, jest to "być". "Być"
-jest to tylko być przedmiotem, obiektem dla samego siebie. Kto nie
może być przedmiotem dla samego siebie i w tym się
bezprzestannie uznawać - ten nie jest. Cała różnica między
człowiekiem i kamieniem, i metalem, którego cząstki we krwi jego
płyną, i ziemią, która się w jego kościach znajduje! Kto tego, że jest,
nie wie, jest tak, jakby go nie było. Jest, ale dla kogo innego, nie dla
siebie... Jestestwo nasze w myśli się odbija. Odbijając się
w myśli, rozdziela się na dwoje. Myśl jest istotą naszej
istoty; nosi na sobie nasz cień, nasze podobieństwo, nasz obraz. Ten
cień wewnątrz nas się rozpościera. W myśli mamy grunt
pod sobą, mamy wewnątrz nas ujęcie samych siebie - toż
środkowy niejako punkt całej sfery bytu naszego. Myśl jest jako
czyste zwierciadło: co ukażesz, to się też w niej ukaże.
Patrząc wewnątrz nas, widzimy samych siebie, wiemy samych siebie, dla
samych siebie stajemy się przedmiotem widzenia i niejako rzeczą
oddzielną. 11 - Póki nie przyjdziemy ku temu rozdwojeniu, poty nie
mamy jestestwa. Być dla samego siebie przedmiotem widzenia, jest to
myśleć. Myśleć jest to żyć. Życie nasze od
tego punktu się zaczyna. Nie wtedy, kiedy się w brzemieniu
macierzyńskim spoiły nasze członki, nie wtedy, kiedyśmy
się na świat narodzili, ale kiedy wiemy siebie, dopiero wtenczas
przychodzimy do jestestwa. Otóż najpierwszy warunek bytu!
"Ale - powie kto -
natura nie myśli, więc nie ma uznania samej siebie, więc -
podług tego, co się wyżej rzekło - nie jest. - To mylny
wniosek. Natura jest, bo myśl, duch jest częścią natury. I
natura z tej tylko jest przyczyny. Prawdziwa umiejętność przyrodzenia
zmierza do tego, żeby okazać, jaki związek zachodzi między
tym, co jest, i tego, że jest, nie wie, a tym, co jest i wie, że
jest. A zatem: od widomego do niewidomego Tak jak dawna ars separatoria,
segregatoria (dzisiejsza chemia), zacząwszy poszukiwania swoje od
najcięższych substancji, od metalów, przeszła z czasem do
imponderabiliów, do badań ze względu powietrza, światła,
magnetyzmu, elektryczności. W rzeczywistej nauce przyrodzenia, której
metoda, czyli tryb postępowania, jest filozoficzny, umiejętny, nie
masz innej dążności, tylko od natury widomej do ducha, jakby od
dźwięku zewnętrznego, głosu słowa, do
wewnętrznego rozumienia, które ten głos wyraża. Teorią
natury nie jest encyklopedyczny słownik nazwisk i doświadczeń,
podzielonych na rozdziały, ale jest tą teorią: systema praw,
podług których natura tworzy i działa. Zewnętrzne niejako
fenomena nikną, rozpraszają się; zostają tylko formy,
biegi, siły, poruszenia - matematyka, spekulacja. - "Optyczne
fenomena - słowa wielkiego Szellinga, założyciela w naszych
czasach prawdziwej umiejętności przyrodzenia, ugruntowanej nie na
doświadczeniach (których pewność względna tylko i warunkowa
być może), ale na zasadach mających za sobą
oczywistość niewątpliwą, powszechną, bezwarunkową
- optyczne fenomena niczym innym nie są, tylko geometrią, której
linie w świetle się rozbiegają; a to światło
jestże materialne? Z tego względu zostajemy jeszcze w
wątpliwości. W jawiskach magnetyzmu nikną już wszelkie
materialne ślady, a fenomenów grawitacji pojąć nie zdołamy
bez przypuszczenia bezpośredniego niematerialnego wpływu." Tak,
wszystko się uduchownia w naturze; wszystko zmierza ku temu, co
żadną nie jest rzeczą, i przedmiotem rozbioru, analizy być
nie może, do myśli, do pojęcia, które samo siebie pojmuje,
rozumie. Patrzmy na świat: któż przodkuje wszystkim jestestwom? -
Człowiek. - Któż jest człowiek? - Ostatnie ogniwo
łańcucha stworzeń. - Przeto jest częścią natury,
częścią jednej całości. Człowiek ma myśl, ma
pojęcie. Zatem i natura tę myśl mieć musi - z samej konieczności
i konsekwencji loicznej tego rozumowania. Myśli ona naszą
myślą i sama siebie naszym pojmuje rozumieniem. W człowieku,
jako cząstce całości swojej, przychodzi do refleksji. Tu
się uznaje w swoim jestestwie. W nas, w środkowym punkcie istoty
naszej staje się natura przedmiotem dla samej siebie. - Sali to czcze
słowa? Nikt nie zada nieprawdy temu rozumowaniu, kto pojmuje stosunek
części z organiczną całością. A zatem:
Skoro przyznano, że
jest ciągłe i nieprzerwane stopniowanie w naturze;
Że między bezwładnością
nieorganicznej materii, nie znającej swego bytu, a myślą, która
sama siebie pojmuje i tym pojęciem wszystko ogarnia, że między
tymi dwiema kończynami, między tymi dwoma biegunami kreacji jest
związek nierozdzielny, ścisły, statecznie trwający; na
ostatek:
Ponieważ myśl
jako część naszego jestestwa, a samych siebie jako
część natury uważać powinniśmy; przeto:
Myśl nasza
koniecznie częścią natury być musi w takim samym stosunku,
w jakim duch względem ciała zostaje. - (Z czego zarazem wynika musem
nieodpartej konieczności, że umiejętność przyrodzenia
z dwóch części składać się powinna, jednej -
materialnej, a drugiej - duchowej, intelektualnej.)
Ale jakże to
wszystko przypada do miary z polską literaturą? - może się niejeden
zapyta czytelnik tego pisma. Odpowiadam: kto chce baczniejszy, nie
powierzchowny tylko wzgląd rozciągnąć na literaturę
jakiegokolwiek narodu, powinien z dala upatrywać cel swojego pisma, a
przede wszystkim zdać sprawę: jakim rządzi się mniemaniem w
tej mierze. Toż rozwinąć widoki, pod które wszystko
podciągnąć przedsięwziął, żeby się
potem nie wahał i nie przeciwił samemu sobie. Konsekwencja jest
duszą takiego pisma. Nigdzie od niej odstępować się nie
godzi. Któż da wiarę temu, co powiem następnie, jeśli
się zawczasu nie wyspowiadam, jak widzę rzeczy i z wierzchu, i
wewnątrz, i do czego się mają. - Literatura wyciągnieniem
jest na jaśnią myśli narodu. W niej, że tak rzekę,
czujemy się jak po tętnie. Więc z tą myślą rozwieść
się musiałem, wszystko ku niej ciągnąc w całym
przyrodzeniu. - Polska niesie przypowieść: kto do cudzego domu
wnijdzie, gospodarskiej woli dogadzać musi. Tak samo: kto to pismo
weźmie do ręki, niechaj ze mną rozumuje. Tą prośbą
zamykam przemowę do czytelnika, rzecz moją tak dalej prowadząc
ku końcowi:
Znać siebie i
mieć uznanie samego siebie w jestestwie swoim, mieć wewnątrz
ujęcie i grunt pod sobą - owoż niezaprzeczone, niezatracone
prawo w rodzie ludzkim i najdostojniejszy przymiot człowieka! - Lecz tej własności
rozwinionej i udoskonalonej na świat z sobą nie przynosimy.
Człowiek rodzi się, nie wiedząc tego. Przez długi czas
żyje w niemowlęctwie, zamknięty, ograniczony jako monada, z
której nic ani na zewnątrz wynijść, ani wewnątrz do niej
przeniknąć nie może. Wszystkie władze, zdolności,
rozumienia, idee drzemią uśpione w zarodku. Ciche, bierne życie,
najpodobniejsze wegetacji! I w rzeczy samej: zdaje się, że natura w
każdym człowieku wznawia i niejako powtarza proces powszechny
formacji wszystkich dzieł swoich, przebiegając przez stopnie i schody
pośrednie tę samą drogę, od początku ku końcowi.
Tryb postępowania jednaki; toż w przyrodzeniu, toż w
człowieku, toż w historii. Od bezwładności do pojęcia!
Od punktu, na którym jesteśmy, nie wiedząc tego, do punktu, gdzie
mamy uznanie nas samych we własnym, oddzielonym jestestwie. Patrzmy
się na dzieci nic nie wiedzące o sobie, kiedy jeszcze żadna
podnieta zatajonej iskry w nich nie roznieciła i żadna refleksja nie
wniosła rozerwania, niepokoju do ich niewinnego, błogiego jestestwa.
Czyż wtenczas nie są na kształt roślin albo drzew, których
obraz w wodzie się maluje? Enigmatyczne, dziwne stworzenia! Przedmioty
naokoło siebie w zamieszaniu, w wątpliwym postrzegają
świetle. Rozliczne, coraz nowe wrażenia plączą się,
wikłają w ich duszy. Bojaźń, nadzieja prędko, silnie
zajmą dziecię; dlatego chwieje się wśród mienionych coraz
kształtów, postaci, obrazów. Ułuda, omamienie, pusta
wesołość, strach i smutek, niecone lada fraszką, mijają
i znowu wracają w tej porze ufności, szczęścia. Takie
pojęcie, takie uczucie. Dzieci ani dzielić, ani odosabniać nie
umieją. Nie rozrywają tego, co na jedności zależy. Wielkie
też masy w najprostszych widzą zarysach i choć samych siebie nie
pojmują, po wielekroć przecie w rzeczach bardzo trudnych, zakrytych i
na pozór niedostępnych ich pojęciu, z podziwieniem naszym dalej
przenikają, jak ludzie stare lata mający, żartkiego dowcipu,
bystrego rozumu. Ściślejszym związkiem, niżeli my,
połączone z całą naturą, zostają pod ową
porę w zgodzie wszystko ogarniającej wszechrzeczy, ku czemu nikt
potem nie przyjdzie ani usilną chęcią, ani
biegłością w nauce, ani wiadomością rzeczy
przeszłych, ani tęsknicą! - Gdy zaczynają własnej mocy
doświadaczać, natenczas przechodzą drugą kolej bytu, a tej
odpowiednią moglibyśmy znaleźć w dziale zwierząt. Tu
jeszcze rządzą się naśladowstwem; za przykładem
starszych czyniąc, co starsi czynią. Niedługo potem dają
słabe oznaki wyższego pojęcia, następnie coraz jawniejsze,
dobitniejsze. Wreszcie duch zaczyna się wyrażać na ciele. Z
dziecinnych lat wyrasta młodzieniec, swawolny, bujny, potem nieukrócony,
burzliwy, namiętny i tkliwy, i pełen uniesień. Z
całości się wyrywa, z powszechnej wydziera się zgody we
wszechrzeczy jestestwie. A potem zabrzmi, zagrzmi jako dźwięk, jako
ton szczególny, rozstrojony, fałszywy w ogólnej tonice. Jest natenczas
osobą12, jest szczegółem, indywidualną istotą,
samolubem - "ja". - Jeden raz w życiu swoim każdy z nas
był w raju, nim wyszedł z lat dziecinnych, w przeciągu
między brzaskiem, świtem, jutrzenką - w rozdziale między
wschodem i południem lat męskich! Nim zaufał własnej sile i
zaczął oddzielnie egzystować w sobie dla siebie! Nim
zaczął być osobą. Cóż sprawuje te zmiany? Oto
obwarowana, dotąd nie rozdziergniona, nie rozszczepiona monada
rozwierać się powoli zaczyna. Niepokój w duszy się szerzy;
wzrasta w sercu. Młodzieniec mężniejąc wiedzie
przeciwieństwo z całym światem, naturą,
społecznością, z którymi dotąd w zgodzie i jedności
zostawał - i myśl się jego na zewnątrz wydziera z
boleścią, jako się dziecięce zęby boleśnie z
dziąseł wyrzynają. Przyszedłszy ku swej zupełnej sile,
wyosobniony ze wszechrzeczy jestestwa, wszystko znajduje przeciwko sobie, bo
jest osobą, bo jest sobą samym. Już nie jest w naturze, ale
zewnątrz natury, z pewnego względu za jej okresem. Natura zaczyna
być dla nas przedmiotem, odkąd sami dla siebie staliśmy się
przedmiotem, czyli rzeczą oddzielną. Człowiek wiedzący
siebie, myśl swoje i wolę swoję, postrzega, gdzie jest, po co,
na co i co go otacza. Pierwszy wszystkich nauk i doświadczeń
początek! Teraz dopiero bada, rozumuje, dzieli, łączy, mierzy,
waży, obserwuje i nad wszystko się wynosi, i wszystko pod swoje
podbija posłuszeństwo... Jedna linia przez wszystkie lata życia
naszego się rozciąga;
z początku w
ciemnych niknąca punktach, jak we mgle i w mroku; dalej coraz
jaśniejsza, wyraźniejsza; na ostatek samą jest
jasnością, promieniem, światłem, wewnątrz
obróconą źrenicą, widzeniem siebie okiem ducha - "uznaniem
samego siebie w oddzielnym jestestwie". - Otóż niedościgła
zagadka naszego bytu!... Pierwszy człowiek, jak wszystko
żywiące13, z łona natury jeszcze nie wyłoniony
spał snem twardym we śnie niewypowiedzianego szczęścia.
Powoli zaczął się budzić z tego snu na jawie i
wychodzić duszą, myślą z wszechrzeczy ogółu. Na koniec
został szczegółem, istotą rozumną, jednostką
dumającą! Ta jest wielka jestestwa naszego tajemnica. Cóż go
dotąd zaszczyca po tylu wiekach obłędnej kolei? Co w nim
najpiękniejszego? Oto tęsknica na duszy i boleść na sercu,
która je uciska po stracie nieskazitelnego mienia! Oto chęć
wyjścia tą samą promienną myślą z ciasnego
koła, z okresu jednostki, egoizmu, samolubstwa, chęć
rozszerzenia się, rozprzestrzenienia miłością płomienistą,
wszystko obejmującą od końca do końca, we wszechrzeczy
jestestwie, w nierozdzielonym całej natury porządku - w tej harmonii,
tej cudotwornej tonice całego świata!... Tymi oto słowy
skreśliłem początek, następstwo, treść, szyk i
koniec dziejów rodu ludzkiego. Toż samo bowiem słowo w słowo
ziściło się w historii wszystkich ludów, co się na
każdym człowieku, przez wznowienie tej samej przyrodzonej kolei,
codziennie przed naszymi iści oczyma. Jest rdza, która wszystko
pożera, nawet blask dawniejszej wielkości i piękności
natury ludzkiej. Są uroki, co niemoc zadają oczom naszym, że jak
oczy sowie przeciwko słońcu nic w przeszłości nie
widzą prócz tej wypłowiałej szaty, jaką dzisiaj nosimy.
Toć jednak prawda zapisana jasnymi i bardzo czytelnymi literami w naszym
sercu: że kiedyś inszymi byliśmy. Bez tego nawet przypuszczenia
ani pojąć nie można teraźniejszości. Czas obecny
stał się, jest tylko produktem. Historia uczy: jako się
stał? Umiejętność historyczna jest konstrukcją czasu.
Pierwsza w dziejach epoka anorganiczną przypomina naturę. Ma ten sam
kształt i podobieństwo. Tam w dali niedościgłej postrzegamy
kolosalne postacie, pierwszych synów ziemi - malarskie figury, grupy
patriarchalne. Wielki był człowiek w początkach. Są to
niejako skały pierwiastkowej formacji w porządku historycznym. A
dalej następujący okres: czyż nie przypada do miary z
wegetacją w naturze organicznej? Czasy poetyckiego natchnienia,
zapału? Nie sen li to rzeczywiście? Fantazja włada w tym
świecie i jako duch nad ziemią się unosi po uskromieniu
burzliwych żywiołów. Stwarza, czaruje! Fantazja w historii
rozpościera się i mija niby sen albo mgła w świetle
księżyca, kiedy gwiazdy rzęsisty blask sieją na ziemskie
obszary. Nie jest to ani jasność słońca w południu,
ani ćma nocna, ale blask miły, który nie razi oka i środkuje
między tą i tamtą. Wszystkie tu kształty ponętne
mają wejrzenie. Więcej we wszystkim poezji i dumania niżeli
rzeczywistości, rozumu. Co atoli brać potrzeba w znaczeniu
przenośnym. Dopiero w trzeciej (naszej) epoce czysty rozum rządzi
światem. Czyż ta epoka nie przypada do miary z wyższym
porządkiem w naturze i doskonalszą organizacją? Trzy są
działy w przyrodzeniu, trzy w dziejach okresy. A porządek,
następstwo niewątpliwie takie: na początku spółistnienie we
wszechrzeczy jestestwie i życiu wszystkich razem stworzeń. Harmonia
światów Platona! Rajskie mienie, bez wiedzy, bez uznania, w tonice i
powszechnej zgodzie. To pierwszy okres! Przed wywołaniem z niebieskiej
ojczyzny, kiedy jak aniołowie jednym wszystko rozumieliśmy wejrzeniem
i w jednym okamgnieniu świat wszystek przebiegali, i naukę zaraz
mieliśmy od stworzenia swego - bez sylogizmu, mędrkowania i wniosków,
tych szczudeł roztargnionej potem natury wielkiego geniuszu, w którym
przedtem była i zgoda, i harmonia, i jedność nierozdzielna, i
moc pojmowania wszystkiego bez czasu i pojęcia samego siebie!!-Dalej:
odwrót opacznej woli; odstępstwo człowieka od porządku ogólnego;
wydarcie się ze wszechrzeczy jestestwa. Czas tworzydeł fantazji,
wiary, uniesień - smutku, melancholii. Wysoka poezja człowieka - mrok
w blasku posępnym i łagodnym świetle księżyca. Prawdziwa
romantyczność! Człowiek jest tylko snem, cieniem w tej
pięknej epoce, której w naturze wegetacja roślin odpowiada. To wiek
pośredni między boskim natchnieniem pierwszego a rozumem, albo raczej
umem, ostatniego. Ten tedy jest drugi okres! Nareszcie jasność
południa, pojęcie samego siebie, doskonała refleksja. Czas
egoizmu, rozumowania, filozofii; w tym czasie my żyjemy. To trzeci okres!
Cel historii taki: "Bądźmy jako dzieci", ale w umie,
rozumie, w uznaniu siebie samych w jestestwie naszym... Powtarzam raz jeszcze,
czego dostatecznie wypowiedzieć nie mogę: - myśl, że
kiedyś, w początkach świata, człowiek był inny,
pojętniejszy, szczęśliwszy, choć tego nie wiedział;
myśl tak zwanego złotego czasu; myśl raju; myśl
błogich chwil, bliższego z naturą powinowactwa,
ściślejszego związku z Stworzycielem nieba i ziemi; myśl ta
- albo raczej: to jako mgła snujące się, dalekie wspomnienie -
tkwi pod rozlicznymi postaciami w każdym systemie poetyckim, w każdym
układzie pojęć religijnych, w każdym porządku filozoficznych
wyobrażeń ledwo nie wszystkich ludów starożytnych.
Świadectwa godne uważania. To pierwszy okres. Dalej: myśl
późniejszej, nigdy nie wybadanej rewolucji w moralnej naturze
człowieka, za wiadomością złego i dobrego, a zatem przez
rozróżnienie jednego od drugiego, a zatem przez wiedzę, a zatem przez
"się", jako mówi genialny spółziemianin nasz Nepomucen
Kamiński, tak głęboko częstokroć przenikający do
szczerej istoty, a potajemnych i zakrytych rozumień w języku polskim;
mysi tej okropnej, tajemniczej, ale konieczniej rewolucji, która zburzyła
jedność w naturze, zgodę wielką w umyśle,
szczęście, prawdę w porządku moralnym, która, wyrwawszy
człowieka ze wszechrzeczy związku nierozdzielnego, z samym sobą
uczyniła sprzecznym, niezgodnym, nic teraz nie pojmującym
bezpośrednio, dlatego że pierwej siebie pojąć musi,
żeby pojął co bądź innego; myśl ta poważna,
stara jak świat, wypełnia historią tylu rozsianych po ziemi
plemion; jest treścią, osnową ich dziejów. To drugi okres.
Toć właściwie początek historii - co do czasu. Historia
zaczyna się od rozdwojenia, a raczej roztrojenia wewnątrz nas.
14 Od tego punktu: kiedyśmy sami dla siebie zaczęli być
przedmiotem widzenia. Od refleksji. Przed refleksją nie było czasu,
bo czas (a zatem historia) rodzi się z następstwa myśli, przez
rozumowanie. Pięknie tedy i nie bez głębokiego w tę rzecz
wejrzenia ktoś powiedział, "iż w tym, że
rozumować i myśleć możemy, najoczywistszy dowód naszego zboczenia,
upadku". - Na ostatek: myśl. że człowiek dąży do
odzyskania owego stanu, to jest: "żeby - jako Pismo mówi -
gołębią prostotę z wężową
łączył chytrością", czyli innymi słowy, co
na jedno wypada z tego przenośnego rozumienia: żeby umem, rozumem,
żartkością i przenikliwością swego dowcipu, toż
głębokim a jasnym samego siebie pojęciem, ze wszystkimi dary i
dzielnościami cywilizacji, które z tego pojęcia
wypłynęły, był tak dobry, tak niewinny, tak cichy i
natchniony, jak ów pierwszy człowiek przed wywołaniem i
tułactwem swoim, kiedy go Stworzyciel nieba i ziemi posadził
ręką swoją w raju, kiedy po raz pierwszy w świcie pierwszej
różanej jutrzenki ujrzał spaniałe dzieła natury i wszystkie
razem dziwy na ten widok serce jego opanowały, kiedy Bóg
dziewosłębił pierwszej parze; myśl, że tego
dążenia niezatarte ślady postrzegać się dają w
sprawach, klęskach i powodzeniu wszystkiego rodu ludzkiego; myśl
Opatrzności, prowadzącej człowieka za rękę ku temu
dalekiemu jeszcze celowi, jest myślą największych filozofów,
historyków teraźniejszego wieku. To trzeci okres. - Te trzy rozległe
pojęcia: pierwotnej wielkości, odwrotu opacznej woli i odzyskania,
czyli powstawania i dźwigania się z upadku (w ciągłym ku
temu kresowi postępie rodu ludzkiego) - są nicią
wątkową historii, są odmotaniem wszystkich zagadek nie
rozdziernionej żadnym innym przypuszczeniem plątaniny.
Ta jest teoria
uznania samego siebie w swoim jestestwie, którą z wielu stron i pod
wielą roztrząsałem względami... Atoli nie wszyscy ludzie
tę kolej przechodzą. Niektórzy, zastanowiwszy się na wpół
kresu, trwają do ostatka w niemowlęctwie źle rozwikłanej
myśli. Tak się i z całymi dzieje narodami. Zaiste! Niemała
to rzecz być musi uznanie samego siebie w jestestwie swoim, kiedy przez to
jedynie człowiek staje się refleksją natury, reprezentantem
całego przyrodzenia i wszystkich na świecie stworzeń. Ale ten
tytuł zaszczytny służy tylko myślącym,
rozumującym ludziom, w których myśli zgromadzone są wszystkie po
całym przyrodzeniu, roztrącone błyski to życia, to
rozeznawań. Ci, co nie myślą albo myśląc, myśli
swoich nie wiedzą, co nie przyszli jeszcze ku temu rozdziałowi,
iżby sami dla samych siebie byli niejako zewnętrznym przedmiotem
uwagi i baczenia: ci żadnego prawa do tej wysokiej chwały nie
mają. Nie znając samych siebie, czyż mogą znać drugich
i innym przodkować stworzeniom? Tacy w niższym mieszczą się
rzędzie. Mają myśl, ale nie swoją, bo jej sobie nie
przywłaszczyli. Mają pojęcie, ale nim nic nie pojmują.
Są, ale dla drugich, nie dla siebie. Oni żadnego zgoła nie mają
jestestwa. Nieme posągi na scenie życia! Pospolicie też
rządzą się instynktem nierozwikłanym w jasność
rozumu, cudzą radą albo zwyczajem. Co jest złego na
świecie, poszło z takich ludzi. Nieszczęśliwi.
W bystrej,
żartkiej myśli, w opatrznej radzie, w poważnym słowie
maluje się godność duszy ludzkiej. Te zalety zdobią
męża; nimi jaśnieje; w nich ma uznanie samego siebie w swoim
jestestwie.
W rozważnym
działaniu, w mądrej sprawie, w silnym wyrażeniu ducha, w
śmiałym wyciągnieniu na jaśnią spólnej myśli
maluje się godność i dostojność wielu takich
mężów.
Ci wszyscy razem
zebrani w całość składają jeden naród, mający
jedne prawa, jedne spoiną ojczyznę.
Jeden
człowiek, gdy myśleć zacznie, przychodzi ku uznaniu samego
siebie; tak samo i cały naród w myśli swojej toż uznanie samego
siebie w jestestwie swoim mieć musi.
Jak myśl jednego
człowieka zamyka w sobie, że tak powiem, istotę jego istoty, tak
zebranie w całość wszystkich razem myśli reprezentuje
istotę narodu.
Ściśle
rzecz biorąc: naród nie jest to zbiór ludzi zamieszkałych na
przestrzeni określonej pewnymi granicami. Ale raczej istotą narodu:
jest to zbiór wszystkich jego wyobrażeń, wszystkich pojęć i
uczuć odpowiadających religii, instytucjom politycznym, prawodawstwu,
obyczajom, a nawet będących w ścisłym związku z
położeniem geograficznym, klimatem i innymi warunkami empirycznego
bytu.
Że jedne
narody giną i śladu po sobie nie zostawując, a drugich
pamięć przechowuje się w dziejach, skądże to pochodzi?
- Co sprawuje tę tak ważną różnicę? Oto że
ostatnie za dni swoich przyszły ku uznaniu siebie w masie swych myśli
i wyobrażeń, a jestestwo pierwszych zasadzało się jedynie
na zmiennych, przemijających warunkach bytu, to jest: na pewnej liczbie
indywiduów, które mieszkając w przestrzeni określonej pewnymi
-granicami nigdy samych siebie w jestestwie swoim nie uznały; uznania tego
świadectw ani piśmiennym dostatkiem, ani w dziełach sztuki
potomności nie przekazały, a tym samym żadnej reprezentacji czy
to w moralnym, czy umysłowym, czy estetycznym świecie mieć nie
mogły. Takie zbiory indywiduów są na kształt cząstek
materii zostających między sobą w słabym związku
mechanicznym, który środki mechaniczne łatwo rozrywają i
niszczą.
Niechaj naród raz
tylko i choć na czas najkrótszy ma to uznanie samego siebie w swoim
jestestwie, a już pamięć jego nie zaginie. Wyrazi się
bowiem, wyjawi, zasłynie. Będzie miał poetów, sztukmistrzów,
dziejopisarzy, mówców. Uczucie to bowiem, kiedy się naród w swoim
jestestwie nie rozdzielonym czuje jak po tętnie, 15 jest tak
piękne, tak szlachetne, że się koniecznie wszystek w nim
wyjawiać musi, wyrwać na jaw, wynurzyć, swoje "ja" na
oko pokazać.
To wyrażenie
ducha, to wyciągnienie myśli spólnej na jaśnią, ta ogólna
masa wszystkich razem wyobrażeń i pojęć, cechujących
narodu istotę, "stanowią literaturę tego narodu".
Do tego
zmierzały poprzednie rozumowania. - Zajmując pod jeden widok to
wszystko, co się dotąd rzekło, wyznaję:
Że naród
jedynie tylko w literaturze ma swoją refleksję;
Że jedynie
tylko w masie swoich wyobrażeń i myśli ma wewnątrz
ujęcie, ma grunt pod sobą i uznanie samego siebie w jestestwie swoim.
Ważna prawda!
- Jest więc literatura z pewnego względu jako sumnienie narodu. Z
czego wypada: że naród, nie mający własnej, oryginalnej
literatury, to jest nie mający wyciągnionej na jaśnią
powszechnej masy wszystkich swoich wyobrażeń, pojęć i myśli,
jest tylko zbiorem ludzi zamieszkałych na przestrzeni określonej
pewnymi granicami, którzy jeszcze moralnego ogółu nie
składają... Nie dosyć na tym, że jesteśmy; potrzeba to
jeszcze wiedzieć. Im lepiej to wiemy, tym bardziej rozszerzamy się,
umacniamy w jestestwie naszym. Kto jest - powtarzam to raz jeszcze - a nie ma
uznania samego siebie, czyli; kto tego, że jest, nie wie, ten jest tak,
jakby go wcale nie było. Jest, ale tylko dla drugich, nie dla samego
siebie... Nie dosyć na tym, że wiemy, jak jesteśmy teraz.
Jeżeli tylko w obecnym uznajemy się jestestwie, czyż to uznanie
będzie kiedykolwiek doskonałe? Na co się wreszcie przyda taka
wiedza? Cóż z tego, że z dnia na dzień żyjemy jako
żebracy, tułacze jałmużną się utrzymujący,
którzy nie wiedzą, gdzie głowę swoją skłonić
mają ku wieczorowi? Śliskie myśli nasze i byt nasz śliski:
pamięć nietrwała, a w utrapieniu ledwo się sama czuje.
Przecież trzeba mieć wsporę na czymś. Wszelki lud rodowity,
historyczny, w historią świata zachodzący, jest jako
roślina w patriarchalnej osiadłości; z nasion na ojczystym
rozkwita gruncie, a potem za błogosławieństwem nieba w wysokie,
cieniste drzewo wyrasta. Stoi mocno i bezpiecznie na pniu to drzewo, jeśli
ssie pokarm z ziemi jako z piersi macierzyńskich. Korzeniem jego jest
przeszłość historyczna. A wszystkie dzieje tego pnia rokrocznie
wyrzynające się na nim pierścienie szeroko rozpowiedzą! Tam
w pośrodku postrzeżesz zdrzeń - życie rośliny, z
którego się pierwotne rozwinęły listki; naokoło w coraz
szerszych kręgach postrzeżesz późniejsze lata i wieki,
każdy oddzielnie, a jednak wszystkie razem najściślej z
sobą związane, zrosłe, z których każdy jeden w drugi
zachodzi, jak koła zazębione zachodzą za siebie, i jedno drugie,
choćby ich było i najwięcej, porusza, obraca. Wszystko to razem
zewnętrzna okrywa kora, spaja w całość. Takie jest
życie ludu!
Nie obcym ja przybyszem,
ani w obcej ziemi.
Łączę
się z wami bracią tu mojemi.
Kość z
kości ojców naszych, ród jeden składamy,
I jednym wszędzie
duchem oddychamy. Gniazdo nasze tak stare, jak morze i rzeki, Którym imiona
daliśmy przed wieki. Itd. 16
Jakże ci się
mylą, którzy wszystko zasadzają na tym, co jest teraz, a co
przeminęło, na złe wykładając, albo jawnie
śromocą, albo, jeśli nie mogą, w opaczne przywodzą
mniemanie! Życie historyczne wszelkiego ludu jest, zdaniem moim, nie co
innego, tylko ciągły, nigdy nie przerwany proces uobecniania się
samemu sobie od początku, od kolebki, przez wszystkie pośrednie
czasy. Jest to pojmowanie, czucie samego siebie w całym przestworze
rodowitego bytu. Poczuwajmy się we wszystkich czasach swoich,
żebyśmy mieli wszystkie kolejne wieki naszego bytu w każdym
momencie przytomne, tak żeby za każdym uderzeniem pulsu i w
każdym nieledwo tchnieniu naszego życia wywijało się z
zapadłej niepamięci minione, zatracone narodu jestestwo. Tym tylko
sposobem doskonale pojąć się zdołamy. Taki tylko naród jest
na kształt drzewa poświęconego, które wiekami zielenieje i
bezprzestannie kwitnie; w burzy, w pogodzie, bez przerwy. Na to wychodzi
"rozumienie samego siebie w przeszłości i
teraźniejszości". Od zawiązków, od ziarna nasiennego do
korony rozłożystej cienistego klonu, jaworu albo modrzewia!
Gałązka
odcięta od szczepu, którą wiatr daleko unosi na pustynię, gdzie
uschnąć musi, albo którą prędki strumień czasu
pociągnie na głębią, w toń zatracania:, to naród
dawnych czasów w swojej nie mający pamięci! Prawda,
powinnością jest każdego czasu stworzyć coś swego,
coś sobie tylko właściwego. Ale także i to
wątpliwości żadnej nie podpada, że ten czas jest przeszłych
czasów utworem. Nie wszystko upada od niemocy, nie wszystko ginie
starością. Wieki przeszłe mają swoich dziwowidzów,
mają swoich chwalców teraźniejsze. Jak jedni tak drudzy bardzo
potrzebni ludzie. Reprezentują całość z wielu
części złożoną. Wszystko, co było, co jest,
niechaj się odbije w literaturze, tym ruchomym zwierciadle dawniejszych i
dzisiejszych pojęć, żebyśmy samych siebie w drugiej ujrzeli
postaci. Biada ludowi, gdy choć na moment wyjdzie z tego rozumienia samego
siebie! Jeśli nie jest ustawicznie w tym jasnym widzeniu! Jeśli
literatura jego pokazuje jakąś omylną, obcą postać w
szacie łatanej z różnych kawałków, niejednego postawu.
Od pozornej refleksji w
krainie złudzenia i omamień w fantastyckich przeobrażeniach, w
roznoszeniu się jestestw na dwoje i ukazywaniu omylnych kształtów
rzeczy to na wodzie, to w cieniach, to w obłokach, to w sennych postaciach
-od tego cudownego misterstwa w przyrodzeniu przyszedłem do refleksji
rzeczywistej i jasnej, którą Bóg stworzył dla natury w myśli
człowieka. Tę myśl uważałem jako istotę
promienistą i jako strojny akord wyrażający harmonię
świata. W tej myśli szukałem związku człowieka z
przyrodzeniem. W tej na koniec myśli rozwikłanej, wyciągnionej
na jaśnią i odbitej w literaturze znalazłem ogólną refleksją
dla ludzi zostających w związku społecznym.
Suma całego
wykładu jest to: że przez literaturę potrzeba rozumieć
systema tych nauk, tych umiejętności, tych wszystkich razem tworów
ludzkiego umysłu, a raczej systema tych działań i poruszeń
myśli, które mają najbliższy i bezpośredni związek z
cywilizacją i duchem narodu.
A zaś przez
cywilizacją rozumieć należy: moc, dzielność i
stateczne, bezprzestanne objawianie się i wyrażanie tego ducha we
wszystkich nawzajem umiejętnościach, we wszystkich naukach, we wszystkich
tworach ludzkiego umysłu; krótko mówiąc, w powszechnym systemie
działań i poruszeń myśli całego narodu.
Znaczenie przestronne i
wiele ogarniające. - Tę miarę wziąwszy do ręki i pod
tym tylko względem uważać będę naszą
ojczystą, polską literaturę.
Jaki jest stan
teraźniejszy tej literatury? Co ma w sobie właściwego,
pierwotwornego, prawdziwie polskiego? Czym się różni od innych
postronnych? - Jeżeli napomknienia, widoki urywkowe, myśli ogólne
tę rzecz rozjaśnić zdołają, położę w to
staranie moje, zawsze jednak z o-strzeżeniem czytelnika: in magnis
voluisse sat est. Niechaj raczej uważa to pisemko moje jako zarys,
plan obszerniejszego dzieła, a nie za samo dzieło.
Z poprzednich uwag
wynika, że nazwisko pięknej literatury i tytuł honorowy, a wielce
wygodny, beletrysty, który u nas gdzieniegdzie popłaca, w mniemaniu autora
tego pisma żadnego znaczenia mieć nie może. Bo któż jest
beletrysta? - Nie jest nim uczony z powołania, nie jest poeta z
natchnienia, nie jest sztukmistrz ani badacz dziejów, ani wreszcie filozof.
Jakiż jego zawód, jakie zatrudnienie?
Znać się
na wszystkim, a nic gruntownie nie umieć? Kochać język ojczysty,
nauki i sławę, a nawet nie mówić po polsku (jak
najczęściej czynią amatorowie, dyletanci), a nie
przykładać starań, żeby im się dobrze działo,
żeby się w kraju rozszerzały i kwitły? - Osobliwie w
Polszcze cóż nad to godniejszego politowania? Toć prawdziwie
literackie nic, pozór tylko na osłonę niedbalstwa czy obojętności
w rzeczach wielkiej wagi, z dobrem powszechnym nierozdzielnie,
złączonych. Od utworzenia się filozoficznej estetyki ustała
tak zwana piękna literatura; wiersze nie są poezją; na rymach
teraz sztuka nie zależy: nie masz przeto i beletrystów. Jest tylko jedna
literatura, nosząca na sobie obraz i podobieństwo moralnej istoty
narodu. Są, powinni być jedni ludzie myślący, pracowici,
których by chęci energiczne i wytrwałość w
przedsięwzięciach tę literaturę wspomagały,
zbogacały. Jedna ziemia, jedno powietrze, jeden duch! Przeto
życzyć by należało, aby ustał ów płonny
tytuł. Policzmy go do zwietrzałych zaszczytów, jak kładziemy i
przechowujemy w osobnych komnatach, często tylko dla osobliwości,
dawnej czci oznaki, jakimi się niegdyś dworscy ludzie w wysokie o
sobie podnosili rozumienie albo ostatki staroświeckich ubiorów, którymi
się przed wiekiem niepokaźna, a chełpliwa uroda oczom
świata wysługiwała. Et haec et talia. - Niwa nauk
ojczystych rozległa, bujna, nieprzejrzana okiem; tu każde ziarnko
stokrotny owoc wyda, a robotnik rzadki; a ci, co szczerze, co ochotnie pracują,
może by się i dzielić nie chcieli zarobkiem z trzpiotami,
dworakami literatury gotowalnianej, niewieściej, którzy kiedy
myśleć i działać potrzeba - szukają rozrywki w marnym
dyletantyzmie.
Wreszcie: z samej
potrzeby daleką przestrzeń olbrzymim niemal krokiem przebiec
powinniśmy. Polska w dziewictwie jest jeszcze, tak - zdaje się - dla
literatów sławy, toż ze względu dostatków literatury, którą
spólnymi chęciami pomnażać należy. Tu najpiękniejsze,
dotąd nie uszczknione wieńce rosną. O cały wiek ubiegli nas
postronni w sztuce, umiejętności, we wszelkich działach
poznawań ludzkich. Niezmierne pole myśli otwiera się przed nami,
którego ani ulotny dowcip, ani dyletantyzm nie ogarnie. Ileż rzeczy
stało się w świecie duchów, o czym z cudzej ledwieśmy
wieści słyszeli? - Wszystko to przekonywa, że nam trzeba teraz
poważnych rozmyślaczów, a nie beletrystów, pracowitych pisarzy, a nie
motylego owadu, co z kwiatu na kwiat przelatując z samych zawiązków
ssie słodycz.
|