|
Poeci. - Architektonika idealna w systemie poetyckiej
literatury polskiej. - Porównanie tej literatury z rzymską za Augusta
Cezara.
Prędzej to
może, łatwiej trafi do przekonania wiciu czytelników moich, co
się rzekło we dwóch pierwszych rozdziałach, niżeli to, co
mam następnie powiedzieć o spółczesnych polskich poetach,
sztukmistrzach. Słyszałem nieraz, jakoby się nie godziło
pisać o żyjących. Dlaczego? Pisać a mówić, toć
wszystko jedno, zdaniem moim. Niechaj tylko każdy tak pisze i mówi o swoim
czasie, jakby żył cokolwiek później; o dawniejszych zaś
czasach, jakby się patrzył na takowe, a pewnie nie zbłądzi.
Szczególniej atoli: niechaj pisze wedle przekonania i rozumienia swego! -
Praktyka jest kamieniem probierskim ledwo nie wszystkich mniemań
teoretycznych. Jakimiż tworami podparli swoją teorię stronnicy
literatury poetyckiej z czasów Stanisława Augusta? Wszelka wiara, nawet
poetycka, cudami się rozszerza i pomnaża. Któż uwierzy prorokom
bez natchnienia? Prawodawstwo estetyczne potrzebuje sankcji geniuszu.
Gdzież są poetyckie dzieła klasyków? Któreż tak silnie
zajęło umysły i tak silnie wpływa na opinię
spółczesnych, żeby w tej mierze o lepszą iść
mogło z celniejszymi tworami naszych romantyków? Gładkie, staranne
przekłady z obcych języków, ustawne podwodzenie mowy ku
wytworności smaku i delikatności wysłowienia nie przechylą
sporu na stronę naśladowstwa. Czasy tych zalet może na zawsze przeminęły.
Teraz trudniej niżeli przedtem dostać u nas poetyckiej, pisarskiej
sławy: a zalecanki krotofilne niczyjego nie przerobią rozumienia.
Zmężniało dzisiejsze pokolenie. Młodzież myśli,
rozważa i w smak jej nie idą przymilenia lekkiej Muzy nadsekwańskiej,
której kupny uśmiech, toż najznaczniejszy pokaz łaski od lat
wielu w samej Francji staniały.
Wcale inaczej ma
się rzecz co do tych poetów w literaturze ojczystej, których nie
wiedzieć dlaczego romantykami nazwano. Ci własną
usilnością, własnymi dziełami mocują, wspierają
wyznawaną przez siebie teorią sztuki: jeżeli tylko poecie,
sztukmistrzowi teoretyczne rezonowanie na co się przydać może!
Ich młoda, poetycka literatura jednym oto żartkim skokiem daleką
przestrzeń ubiegła - jak Alcyd dławiąc smoka w kolebce.
Wyznaję to przed obliczem narodu z prawdziwą chlubą, z
prawdziwym uczuciem dumy narodowej! - W tej, że tak powiem, wobec nas,
przed naszymi oczami improwizowanej literaturze wyraża się duch
dziejów krajowych, duch starej Polski. Jeszcze nie stanęła u kresu
swego, ale ciągle naprzód postępuje.
Któryż twór
położę na czele tego systematu nowych, świetnych tworów
imaginacji?... Przede wszystkim oddajmy cześć umarłemu.
Poświęćmy kilka słów cieniom poety, który za dni swoich tak
był skromny i tak cichy - tak natchniony, a tak mało znany rodakom,
spółziemianom. Urońmy łzę na jego grobowcu, bo wieszcz
umarły jest patronem żywych.
Smutna
powieść jego, jak dumy i śpiewy tego kraju, gdzie się
urodził. Ofiara nieumiejętnej krytyki, co ją przed kilką
laty na zapomnienie skazała! - Publiczność polska nie zna Marii
Malczewskiego. Nie we wszystkich ręku znajduje się to poema. Nie
rozkupiono malej liczby odbitych egzemplarzy. Przykład nieprawdy
recenzentów godny pamięci. Maria Malczewskiego jest jednym z
najśliczniejszych i największych utworów tegoczesnej literatury
polskiej, mimo wielu niepoprawnych wierszy i twardego, jak się niektórym
zdaje, wysłowienia - jakie ja przynajmniej, moim zdaniem, za zaletę
poczytuję. - "Gdybyśmy tylko mieli Marię i Grażynę
- rzekł Michał Grabowski w dzienniku Ordyńca -
mielibyśmy już oryginalną literaturę." - Ten
młody krytyk powiedział prawdę.
Napiszę o
tej powieści, co długo w myślach miałem. - Działo
się to na Ukrainie, podobno że za rządów Augusta III. Wojewoda,
pan wielki, możny, bogaty, podniosłego serca, dumny z rodu i mienia,
wysłał syna za granicę. Ten po drodze, przypadkiem czy z
rozmysłu, wstąpił do domu mniej majętnego, lecz poczciwego
szlachcica. Obaczył jego córkę. Wacław był młody:
Maria była także młoda, piękna. Pokochał ją i z
nią się ożenił. Ojcu, panu Wojewodzie, nie podobały
się te śluby. Raziła arystokratę wielka, jak
sądził, nierówność stanu, a prawdziwa imienia i dostatków.
Przedsięwziął stargać święty węzeł,
zrazu łagodną namową i upominaniem ojcowskim, a gdyby to nie
pomogło, przemocą, gwałtem. Syn jednak żadną miarą
nie chciał złamać poprzysiężonej wiary. Wojewoda,
widząc jego stałość, rozkazał kozakom porwać
Marię z domu jej ojca, Miecznika, i utopić w pobliskim stawie.
Ta jest osnowa
powieści Malczewskiego. Poetycki obraz dziwnego zdarzenia! Konturowy
zarys, wielki pomyślany, prosty, jak przyzwoicie biegłemu
sztukmistrzowi. Wykonanie tego planu śmiałe; każdy zaś
domyśleć się może, że przez wykonanie poematu nie
rozumiem wierszy gładkich, potoczystych.
Co za
widok stawia autor przed oczy nasze! I jak właściwym godłem z
Jana Kochanowskiego zagaił początek pierwszej pieśni:
Wszystko
się dziwnie plecie
Na tym tu biednym świecie.
A kto by
chciał rozumem wszystkiego dochodzić,
I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.
Rzeczywiście
wszystko się w tej powieści splątało w gmatwaninę
nieszczęścia nigdy nie odmotaną. Rzecz prosta i zawiła,
naturalna i okropna, powszednia i głęboka jak przepaść. -
Nie tak czyn krwawy, jako przyrządzenia mordercy wzbudzają
zgrozę, kiedy przed odprawieniem swej roboty w skrytości myśli
układa zabójstwo potajemnie, milczkiem, z tyłu godząc. Daleki
zamach ledwo nie straszniejszy od samego uderzenia. Nie śmierć, ale
droga do śmierci, ale kręte do tego ścieżki, manowce
sieją postrach. Wikła się myśl ludzka w tym labiryncie.
Natenczas złowieszcze przeczucie całą moc swoje odzyskuje na
duszy naszej. To czajenie się, uprzedzające skutek, jest na
kształt mroku, jest jako ciemna strona fantazji. Jakaś opona, czarny
kir zalega wtedy przestrzeń niezmierzoną między daleką
chęcią, zawartą jeszcze w sercu, i jej dopełnieniem,
między wyciągnieniem ręki i zadaniem ostatniego,
śmiertelnego ciosu. Północna godzina Szekspira! Rodzicielka wielkich,
traicznych wrażeń! W tym mroku imaginacji, za tą mglistą
zasłoną fantazji pojął Malczewski rzecz swego poematu. -
Nie rozbieram krytycznie, kreślę tylko, co czułem, co mi
się zdawało przy częstym odczytywaniu tej powieści.
Tajemnica
osłania zamiary Wojewody. Jego samego prawie nie widać na scenie.
Poeta stawia mordercę w głębi. Raz tylko jeden ukazał go w
komnacie starego zamku. Tam jego myśl ukryta samotnie się żarzy.
- Była noc; nie spał, chodził w jej ciemnościach. Duszna,
wysoka komnata! Łatwo zgadnąć, dlaczego. - Otwiera okno - patrzy
na swoje hufce, rozwinięte znaki, co się do nakazanej wyprawy
zbierały. Rozwidniło się nad rankiem; słuchał
budzącej trąby:
Prychają
rącze konie, brzęczą w ruchu zbroje.
Szumią
skrzydła husarzy chcą lecieć na boje.
Dla nich
wstające słońce w różowej pościeli
Blaskiem
złotych warkoczy widokres weseli
I,
wznosząc świetne czoło, najpierwszym spojrzeniem
W
lśniącej stali swe wdzięki postrzega z zdziwieniem;
Dla nich
pachnący wietrzyk, co swój oddech świeży
Dmucha na
włosy dziewic i pióra rycerzy;
Dla nich
gwar małych ptasząt w żywej, słodkiej nucie,
Co z
mokrych rosa dzióbków wyrywa uczucie;
Nie dla niego -
on nie chciał na widoku zostać.
W niknących
cieniach zamku zanurzył swą postać.
Jak te
straszące mary, które bojaźń nasza
Widzi w bezsennej nocy - poranek rozprasza.
Świt
różanej jutrzenki, zaranna jasność źle zapewne przypada do
miary z farbą czarnej myśli. Nie mógł na widoku zostać!
Któż inny, jeśli nie poeta z użyczenia i daru nieba, mógł
pochwycić to przeciwieństwo, jakie zbrodnia wiedzie z
światłem dziennym. Te szczególne rysy charakteryzują to, co
zowiemy mądrością artysty. - Tatarzy pustoszyli wówczas
Ukrainę. Wojewoda postanowił korzystać z tej okoliczności.
Ale jak podejść syna, kochanka, męża Marii? Jak jej ojca
oddalić z domu? Wysyła gońca z listem do Miecznika. Uprzejmymi
słowy oznajmuje, że dawną urazę zatarł
niepamięcią. Żałuje prawie za grzechy: synowę zaprasza
do domu. Więcej jeszcze: "takiego szczęścia - pisze
Wojewoda - syn mój niewart: niechaj w wojennej potrzebie dobija się
pierwej chwały. Właśnie oto Tatarzy grasują w tych
okolicach: niechaj walczy w obronie wdzięków swej żony." - Ale
ani pół słowa prawdy nie było w tych cukrowych wyrazach. Blichtr
tylko na omamienie starego. Owe hufce miały wstrzymać zapędy
pogańskiej dziczy - miały oddalić Miecznika z cichego domku.
Albowiem przeczuwał pan Wojewoda, że Miecznik tak ważnej sprawy
nie poruczy niedoświadczonemu młokosowi. Przewidywał, że
starzec, Polak, uniósłszy się rycerskim zapałem, zostawi
Marią w domu - samą, bez pomocy, bez nadziei! Z takim pismem
wyprawiwszy kozaka, tuli syna, z którym dotąd zostawał w rozdziale
niechęci przez pamięć na dawniejszą zwadę, że
woli jego nie chciał być posłuszny. Rozmawia z nim teraz
łaskawie i pieści się z nim, jakby dla powetowania
niezwykłą rodzicielskiej czułości szczodrotą
najboleśniejszego ciosu, jaki nań wymierzył w zamyśle
nieludzkiego okrucieństwa, depcącym wszystkie prawa i wszystkie
zrywającym związki. Ja w tym prowadzeniu rzeczy, w tym
wywikłaniu z początków treści poematu widzę najwyższe
misterstwo albo - jak się zwykł wyrażać Kamiński -
umnictwo Malczewskiego. Wojewoda dawał ucztę na zamku w wigilią
zgonu Marii; do później nocy trwała ochota; libacje wina
poprzedzić miały taniec tatarski - i spełnienie
najstraszniejszej zbrodni. Malczewski powiada, że tego wieczoru
"twarze ostre, malowane", portrety przodków Wojewody wiszące na
ścianach komnat godowych:
Zdały
się iskrzyć nieraz martwymi oczami
I
śmiać się do pijących - i ruszać wąsami.
W tym nawet
wierny charakterowi narodowemu! Odtąd Wojewoda na zawsze znika z sceny
poematu. - Cóż Miecznik? Pod rosochatymi lipami domowej zagrody koił
tymczasem, jako mógł, urazę we własnym sercu. Jego wejrzenie
pochmurne; to dąsa się, to unosi burzliwością
młodszych lat, "pełen niechęci, gniewu - a może i
wzgardy!". Przewodzenie hucznego pana, niedola, miłość
córki, jej wiek młody, bladość na jej licu, uczucie własnej
godności, wszystko to boleśnie go dręczy. Wolałby
"dźwigać więzy u brodacza Turka", wolałby
umrzeć "w ciemnej turmie" niżeli spokojnie patrzeć "na
te smutne śluby":
Alboż to
naszej Polsce braknie na młodzieńcach.
Co to
pannom umieją wyskoczyć w rumieńcach
I tak jak
dawniej było - rycerskie kolano
Raz w
życiu tylko ugiąć - po wianek, za wiano!
Nie, Mario! Nie
trza wzdychać - twego nie obrażam:
Mężny
jest i cnotliwy - wiesz, że go poważam,
Lecz mnie
jego rodzica pycha niecierpliwi.
A kiedy
łzami Marii swoje serce żywi.
Ha!
toć i u mnie szabla nie czczym tylko blaskiem.
I mignie
mu przed oczy święconym obrazkiem;
Taż
to u naszej szlachty dawne przywileje.
Skrzesać
ognia w pałasze, gdy przyjaźń ściemnieje.
Przyjaźń?
A nasze hufy nie z sobą na sejmie;
A nasze veto
krzyczy jeszcze i w rozejmie!
I gdyby
kraju napaść, z Hetmanem umowy.
Nie
rzuciły mnie wówczas Szwedowi na głowy.
l gdyby
twoja matka (daj jej niebo, Panie!)
W swe
rańtuchy nie skryła młodych serc kochanie,
A
niewieścim w błyskotkach, tajemnicach smakiem
Nie
zawarła tych związków z swych matron orszakiem -
Nigdy by w
moje kopce wróg się nie mógł schować,
Anibym
jego złości dozwolił grasować.
Bo
cóż to ja zastałem? Żonę zmiotła kosa -
A
córę - szczep jedyny - z łez polewa rosa!
Dla starej
karabeli zbyt to wielkie dziwy
Znosić
tak ciężkie razy, los tak obelżywy.
Alboż choć raz do serca me
dziecię przytulił?
Alboż młodością -
wdziękiem - choć raz się rozczulił?
Nie - od domu, imienia, ze wzgardą
odgania
I teraz w Rzymie szuka ślubów
rozwiązania!
O! co tak
to najlepiej! i mnie to rozwiąże -
Wysunie
raźna młodzież, i ja za nią zdążę;
Choć
może mniejsi w liczbie, Boga w pomoc wezwą,
To w
końcu tej tam waśni - dzwony się, odezwą!
Jakie
rysy, jaki charakter, jakie wyrażenia! Malczewski podniósł do
ideału historyczną postać. Idealizuje, cechą poetycką
znaczy popularne wysłowienie - idealizuje wszystkie szczegóły,
wszystkie zewnętrzne narodowe znaki w mowie, stroju. On pierwszy szatę
polskiego szlachcica - żupan, kontusz, toż broń jego, kord,
karabelę - do poetyckiej wzniósł godności 1 i w
poetyckim pokazał świetle. Nie Podstoli Krasickiego, jak mniemano,
ale Miecznik Malczewskiego jest, zdaniem moim, tą poetycką figurą
w literaturze naszej, która starego polskiego szlachcica wyobraża.
Podstoli sensat, może gaduła; wreszcie jest tylko rolnikiem,
gospodarzem. Ale Miecznik to rycerz-ziemianin! Już te czasy
przeminęły: wszystko się około nas zmieniło. Co innego
teraz mamy w myśli, w sercu, w staraniu. Jakże wielka zasługa
poety! Postrzega w dali kształt historyczny - niknący, ledwo nie w
nic się rozwiewający. Korzysta z chwili i nie daje się wniwecz
obrócić pięknej pamiątce! Za sprawą jego, co przepadło
w historii, nowe, poetyckie życie odzyskuje. Poezja drugim jest życia
okresem, drugą koleją bytu. Jest tylko wyższą prawdą!
Wszystko ziemianieje w powieści Malczewskiego.
Przybycie
kozaka z listem Wojewody smutek Marii odmieniło w niespodzianą
radość. Miecznik czyta i wydziwić się temu nie może!
Opatrzność w tej chwili zsyła nań błyskawicę
podejrzenia, ale ten promień dobroci Bożej, upominającej
przestrzeganiem błędnego człowieka, żeby się miał
na ostrożności, nagle ściemniał w sercu poczciwego szlachcica.
Zdawało mu się, że Wojewoda jakieś matactwo,
kabałę stroi. Lecz sędziwy Polak nie przenikał zdrady i nic
znał jej krzywego podejścia z własnego doświadczenia.
Zaufał słodkim wyrazom. Znikły natychmiast wszelka trwoga,
wątpliwość! Serdecznie wita zięcia, który wkrótce
zdążył z zbrojnym hufcem po przybyciu wspomnionego kozaka. Co
żywo krząta się, bierze zbroję, rozdaje oręż
ludziom, poleca Marii, żeby suto zastawiła stół na uczczenie
gościa. "Nie szczędź korzeni, pieprzu, bobków, imbiru,
cykaty, szafranu, bo ten piękny rycerz w bakaliach chowany. O winie sam
pomyślę." - A tak kilka przynętnych wyrazów chytrości,
jeden uśmiech na twarzy Marii, obecność Wacława -
rozżalonego utuliły starca, zwojowały burzliwość
skrzywdzonego ziemianina, natchnęły męstwem duszę rycerza,
Polaka! Nie tak że było w istnej prawdzie? Nie szczeryż to obraz
dawnych mieszkańców tej ziemi, kiedy przez tyle set lat na strażnicy
Europy ustawnymi harcami z łupieskim pogaństwem własną
odpierali piersią spustoszenie od chrześcijaństwa i cywilizacji?
Oni zapalczywość jako charta zawsze mieli na smyczy, gdy wzywała
spoina potrzeba, gniew i uniesienie zemsty porażając z
łatwością, myślą i ciałem wychodząc z
prywatnych niesnasek, Cała Polska, cała przeszłość
nasza sztuką czarodziejską wzięła życie z rąk
wielkiego artysty, autora tego poematu. Wszystko się tam zeszło: nieukrócona
duma arystokracji, zdrożne możnowładztwo z
staroświecką cnotą i uczciwą godnością szlachcica
pod skromną strzechą słomianą, toż rycerskie
męstwo i charakter światowy, po wszystkie czasy daleko słynny
dziejów polskich wedle tego, żeśmy stawili dzielny odpór najazdom
dziczy, która spustoszeniem oświacie europejskiej zagrażała.
Nie jestem
rozbieraczem płodów cudzego dowcipu; kreślę tylko ogólnymi
wyrazami obraz naszej dzisiejszej poetyckiej literatury, gdzie się
znamienitym talentem, zaletnymi tworami i nadobnym misterstwem kilku pisarzy,
ziomków naszych, jakby z wezwania wszystkich innych braci i spółziemian,
jakby przez reprezentacją wyrażać zaczynają władze i
siły powszechnego narodowego umysłu, jako to: zwierciadlana
imaginacja, żywa i mocna fantazja, duch, natchnienie. Niemały to
postęp od czasu, kiedyśmy najpierwej rzymskich, a potem francuskich
naśladowali rymotwórców! Charakter, dążność,
prędkie wywijanie się tego systematu z niemowlęctwa unoszą
mnie chlubą ojczystego zaszczytu, aczkolwiek piętno rodowitości
na dzisiejszej poezji naszej nie jest jeszcze tak ustalone, iżby o tym
godziło się mówić z precyzją właściwą
krytykom roztrząsającym systemata poetyckie zapadłych wieków. Nie
strzymywałbym nawet tak długo uwagi czytelnika nad Marią
Malczewskiego, gdyby mi nie szło o zadanie nieprawdy tej krytyce, która
przed kilką laty, swawolnie szerząc się i brojąc w
piśmiennictwie stołecznym, wspomnione dzieło w tak omylnym
świetle ukazała publiczności. Przywróćmy cześć
rzetelnej zasłudze, żeby nie powiedzieli następcy nasi, że
talent genialny jako cień przeszedł koło nas, a słowa jego
razem z dźwiękiem ulatując w powietrzu się
rozproszyły. Malczewski był prawdziwym artystą. Rzecz swoje umiejętnie,
rozważnie, głęboko, mądrze prowadzi. Rzuca rys za rysem, kształci,
maluje; porządek, pasmo wzdarzeń wiąże w
całość, wszystko usuwając sprzed oczu naszych, wszystko tym
powiewnym, lekkim zasłaniając całunem, tą
przeźroczystą astralną siatką, która się w poezji
nigdy podobać nie przestanie. Tą ponętą mocnego uroku
podbija, ciągnie ku sobie czytelnika. Powiedziałem już, w jakim
świetle pojął i wykonał myśl swego poematu. Nie jest
to brzask zaranny, ale zmierzch dnia chmurzącego się ku wieczorowi
dzikiej, ponurej, melancholijnej fantazji. Stepowe pola, roztworzyste błonia
Ukrainy godne były takiego poety! Kończy też obiedwie
pieśni wyrazami:
I pusto,
smutno, tęskno, jak gdy szczęście minie.
I pusto,
smutno, tęskno w bujnej Ukrainie.
Czyn
gwałtowny niewidoma odprawuje ręka. Gdy Wacław ruszył z
Miecznikiem i zbrojną drużyną na harc tatarski, sama
śliczna Maria bez straży została w opuszczonym domku. Któż
utyskuje przed wrotami tej zagrody? Kto płacze na świat? - Anioł
czy zły duch, czy człowiek? Poeta wprowadza tajemnicze jestestwo:
daje mu ludzką postać, ale boleść jego, ale trwożne
przeczucie, rozpacz na jego myśli nie są z tego świata. To
zjawienie zdaje się być na kształt światełka
świętego Elma, zwykle poprzedzającego rozerwanie nawalnej,
gradowej burzy. Stary sługa rozmawiał z ową postacią: nic
jednak nie rozumiał. Obróciwszy wzrok w inną stronę, postrzega
maski, larwy zbliżające się w różnofarbnych strojach z
wrzaskiem, krzykiem, śpiewem karnawałowej, zapustnej ochoty. Byli to
wykonawcy krwawego zlecenia Wojewody. Pieśń ich dzika, liryczna,
trwożna i pusta, okropna i wesoła, też same uczucia wzbudza w
sercu naszym. Jest to najgenialniejszy pomysł poematu:
1
Czy znasz
weneckie zapusty?
I w noc, i
we dnie
Wesołe,
szalone, przednie;
Maska
twarz kryje, a kto się pyta
O sprawy
czyje, tego przywita Wrzawa, śmiech pusty,
Żywo,
radośnie.
Skrycie,
miłośnie. Staruszek Doża, Arlekin młody,
Dziewczyna
hoża szuka osłody;
Matrony,
księża, oszusty -
Swobody;
A kryte
łodzie
Czernią
na wodzie;
Wrzawa,
śmiech pusty:
Czy znasz
weneckie zapusty?
2
My sobie
jedziem kulikiem
I w noc, i
we dnie, Wesołe, szalone, przednie;
Maska nas
kryje - a kto chce wiedzieć,
Skąd
my i czyje, to odpowiedzieć Śmiechem i krzykiem.
Szczera
ochota
Otwiera
wrota!
Bo
Krakowianki i pielgrzym stary,
Żydzi,
Cyganki uderzą w pary,
Wróżki,
Diabli, nie oszusty. W puchary:
Lecim saniami;
I jadą z nami
Wrzawa, śmiech pusty.
Czy znasz ty polskie zapusty?
"Ale tu wejść nie
można" - odpowiedział stary dworzanin, świadomy polskiego
kulików obyczaju, nieraz może praktykowanego w domu Miecznika. "Teraz
nie zapusty, pan Miecznik na Tatarach." Chciał wstrzymać
śmiałych przychodźców, lecz na próżno. Jemu samemu
zawróciło się w głowie, gdy te dziwne postacie. Cyganki,
wróżki, diabły przed jego oczyma tańcować, skakać,
pląsać zaczęły. Poeta mówi, że myśl tego starca
także tańcowała. Puścił przeto maski do dworu -
otworzył drzwi przed mordercami. - Zwycięski Wacław wraca w nocy
do domu żony; teść został jeszcze na pobojowisku,
żeby, jako mówił:
"dojrzeć objażdżki"
- "a jutro, skoro świt, brzęknę wam na dobry dzień witanym
kopytem". - Powrót Wacława jest jednym z najcudowniejszych
ustępów tej zachwycającej, czarującej powieści:
Powstał z pośpiechem Wacław i
dawnym zwyczajem
Uścisnął stara rękę;
- co jemu nawzajem
Szorstkie, Ine, lecz szczere oddała
ścisnienie;
I już bystry koń z
jeźdźcem przesadza drzew cienie,
A stary
Miecznik wziął się do zwykłych pacierzy.
O! jak
ślicznie przez pole młody Wacław bieży!
Srebrny
połysk na włosach, na piórach, a w zbroi
Twarz
ogromna księżyca malutka się dwoi.
O! jak
ślicznie wśród ciszy w naturze rozlanej
Lecieć
z stęsknionym sercem do swojej kochanej!
I
każdy przedmiot witać z przychylna pamięcią,
I
wszystkie je wyścigać nieścignioną chęcią!
Wtedy to
słodkie tony brzmiące przerywanie;
Śpiew
słowika, szmer wody i żab skrzekotanie
W dzikiej,
tęsknej i żywej, i tkliwej muzyce
Mówią
ocknionym czuciom swoje tajemnice;
Wtedy to
luby zapach, co z kwiatów ulata.
Lekkim
tchnieniem rozkoszy mgłę nosków odmiata,
I dusza
rozjaśniona, jakby wyjście miała
W niebiosa
swego Twórcy, z kajdan swego ciała;
Wtedy
matką natura - wszystko z człekiem dzieli
I wszystko
się uśmiecha, i wszystko weseli;
Wtedy w
schowanej szabli uraz zapomnienie.
W pysznym
spojrzeniu - dobroć, w ustach - przebaczenie.
Ta noc,
ten księżyc, to zwycięstwo nad Tatarami, to
uściśnienie starego Miecznika, to dumanie w takiej porze, w takiej
pewności czytelnika, że rycerz w domu trunę i pogrzeb zastanie -
ileż w tym wszystkim smutku! Co tu żałości - a najbardziej
ile efektu malarskiego, dramatycznego, poetyckiego!!
I lak to
leciał Wacław - błogi, gdyby nagle
Piorun
rozdarł w tej chwili jego życia żagle.
Boby nim
wicher świata miotać nie był w sile,
Chybaby
szumiał wściekły po zimnej mogile.
I tak to
mijał stepy - lecz świetne marzenie,
Co nim
ćmi dzieci ziemi szczęścia upojenie.
Oh! zbyt
krótkie! Jak widmo staje przypomnienie
I budzi martwa przeszłość, i w
wonne kotary
Szepczą dreszcz i niepokój zgromadzone
mary.
"Tak ją mdłą,
słabą widział; a wszak bez obrony
Więdnie pieszczotny powój - a wszak bez
osłony
Nie trwa tu słodki owoc - i cóż,
ledwo wrócił,
Ujrzał swój raj stracony i zaraz
porzucił!
Dlaczego? dla czczej sławy, której blask
nie waży
Jednego uśmiechnienia ukochanej twarzy.
Gdybyż przynajmniej w los swój
wierzyć miał powody, Lecz ledwo burza przeszła, już pewny
pogody.
Niepomny, jak to gorzko czas zgryzotą
liczyć,
Płochy, wydarł się
szczęściu, co mógł odziedziczyć."
Ach! dalej, prędzej! lekko przez chwasty
i rowy
Sunie koń wyciągnięty - a
brzękiem podkowy.
Hukiem pędu, błyszczącą
postacią rycerza
Ocknionego wieśniaka pierwsza myśl
uderza;
"Ha! ha!" - nim otarł oczy i
serca mógł dowieść,
Znikł rycerz i zostawił o upiorach
powieść.
I tak to leciał Wacław -
szczęśliw, trwożny razem. Śliczny, straszny-był
wiernym śmiertelnych obrazem.
Nikt nie wyszedł na spotkanie drogiego
gościa w domu Marii. Nikt nie odebrał rżącego, spienionego
konia. Zakołatał; nikt mu nie otwiera, nic nie przerywa
głębokiej cichości. "Musi być bardzo późno"
- pomyślał Wacław. Przy świetle księżyca
błąka się około domu. Na ostatek postrzega ruch w sypialnej
komnacie. Przez otwarte widzi okno lekką zasłonę, którą
wiatr to wypychał z pokoju, to znowu wciągał. Niecierpliwy
skacze przez to okno i znajduje umarłą kobietę w
żałobnej odzieży. Owa postać dwuznaczna uwiadomia rycerza o
tym, co się stało.
Lecz któż
był ten człek mały z okiem zapłakanem?
Czy duchem jego
losu? Aniołem? Szatanem?
Czy szczerze
drażni męki lub smutek z nim dzieli?
Nie wiem -
objął rycerza i w czwał polecieli.
Taka jest
powieść Malczewskiego o podniosłym Wojewodzie, o pięknej
Marii i zacnym, starym Mieczniku. Ze względu mistrzowskiego prowadzenia
rzeczy porównać by ją można z sztuką jaką
doskonałego mechanika, gdzie się wszystko odbywa skutkiem poruszeń
niewidzialnych kółek, żelazek, sprężyn. Umieściłem
to poema na czele nowszych dzieł ojczystej poezji, nie iżby w
mniemaniu moim przodek przed nimi trzymało - bo taki sąd byłby z
wielu miar płochy i nieopatrzny, bo każde dzieło
uważać trzeba jako oddzielną całość i cenić
bez naciągania - ale szczególnie z tej przyczyny, że to jest twór
młodego poety, który już zeszedł z tego świata, a którego
geniuszu dawniejsza krytyka recenzentów stolicy nie pojmowała.
Mógłżem właściwiej postąpić sobie? Nikomu
wreszcie nie narzucam tego zdania, sądzę jednak, że nie masz
dzieła w dzisiejszej poetyckiej literaturze polskiej, które by tę
powieść Malczewskiego przechodziło bądź
wielkością układu, bądź ustawicznością
ducha, bądź na koniec umiejętną, szykowną
zręcznością prawdziwie artystowskiej ekspozycji. - Nieliczny był
poczet osób składających żałobny orszak na pogrzebie
Malczewskiego. Nie mówiono wtenczas: "umarł wielki poeta".
Przyjaciele żałowali tylko przyjaciela - geniusz przemknął
się nieznany, jak cień bez szelestu! Połóżmy mu teraz na
ustroniu kamień z skromnym napisem; "Autorowi Marii".
Dzieła
innych poetów polskich ledwo niejednozgodnie ceni światlejsza
publiczność; we wszystkich znajdują się ręku. Krócej
też o nich mówić będę. Dwa szczególnie charaktery
wyraźniej przebijają się w systemie tych nowych tworów poetyckich.
Z jednej strony malownictwo historyczne, kształty, figury, grupy,
obyczaje, zdarzenia. Poezja ta zajmuje całą przestrzeń, na
którą padł i rozpostarł się cień minionych czasów. Z
drugiej zaś strony: wnętrzny duch i uniesienie myśli. Tamte
nazywam poezją realną, obiektową; tę - poezją duszy.
Pod tym dwoistym względem uważać można usposobienie
każdego niemal z dzisiejszych poetów polskich. Te obadwa charaktery, mniej
więcej wydatne, postrzegać się dają w dziełach Adama
Mickiewicza i Józefa Bohdana Zaleskiego; toż samo w poezji Woronicza,
Seweryna Goszczyńskiego i Kaz. [imierza] Brodzińskiego - toż
samo u każdego poety.
Atoli te dwa
najogólniejsze i najpowszechniejsze względy teorii bynajmniej nie
zacierają różnicy zachodzącej między artystami ani pierwotnej
ich właściwości. Niechaj także nikt nie mniema opacznym
rozumieniem moich wyrazów, jakobym chciał ustanawiać dwie
odrębne szkoły. Daleki jestem od tego. Jakkolwiek ów rozdział
wielkie zajmuje przestwory, bo w jednym mieści się świat
zewnętrzny z punktu przeszłości i teraźniejszości, z
punktu historycznego - poezja obiektowa, postaciowa, plastyczna, realna; a w
drugim cały świat duszy, świat poezji psychicznej; zdaje mi
się jednak, ze drogi genialnych talentów są i mogą być
jeszcze liczniejsze i nigdy nie zbadane, że natchnienie poety może
być daleko rozmaitsze. Naprzód to wszystko przewidzieć i
określić filozoficznymi definicjami, albo dialektycznymi
formułami - w mojej mocy nie jest! W sztuce nic masz nic konwencjonalnego.
Nie masz na świecie żadnego w tym względzie prawodawstwa,
żadnych przepisów a priori czy a posteriori, żadnej
szkoły, żadnej teorii. Są to wszystko wymysły krytyki
tchnącej obskurantyzmem estetycznym. Jak białość wzrok
ludzki rozbija, tak się na drobne atomy rozbijają wrażenia, kiedy
je ujmiemy w zimny opis albo podciągniemy pod naukowe pojęcie.
Dzielić, co jest jednym tchnieniem, rozrywać, co tylko w duchu
żyje, możeż być coś niepoetyczniejszego, a nawet i
mniej filozoficznego? Wyobrażenie z teoretycznych wyciągnione
rozumowań jest stateczne, nieruchome i nieodmienne: a sztuka ustawnie w
ruchu, w życiu, w odmianach! Płyn powietrzny, oblewający
ziemiokrąg, nie jest tak powiewny, ruchomy i tak swobodnie na wszystkie
strony się nie roznosi, jak myśl poety. Misterstwo jego
przyrównać by można do instrumentu wydającego niepoliczone
dźwięki - od ptasiego świegotania do łoskotu burzy, od
cichych westchnień do ogromienia i zgrozy. Jest to w rzeczy samej
instrument nieskończoności. Chcieliżbyście
wynaleźć abecadło i gramatykę dla poezji, albo naukę
rytmu i melodii, teorię kombinacji dla tonów, którym nigdy i miary, i
końca nie będzie? Umarłego poetę trudno sprawiedliwie
ocenić, albo wtenczas, kiedy moc jego za życia zemdleje w
zlodowaciałej starości. A cóż dopiero żywego sztukmistrza w
sile wieku i pełności lat męskich!! Czyż nie ma on prawa
zawołać na swego krytyka: "nie zakreślaj mi sfery, nie
opisuj mnie, jakobym się w pewnej zachowywał mierze, nie mów, że
jestem taki, a nie inny, bo się omylisz!" - Chcieć uczynić
charakterystykę takiego poety, a pisać na bieżącej wodzie,
to prawie wszystko jedno. Jak litery na piasku rozsuwają się, jak
się rozpływają w wodzie, jako się dźwięk na
powietrzu rozprasza, tak są marne, tak znikome pojęcia krytyki,
stawiającej karciane pałacyki teorii i chcącej samowładnie,
podług wyobrażeń tej teorii, panować w udzielnej krainie
sztukmistrzów. - Potrzebna jest filozoficzna teoria kunsztu: cale jednak
inną powinność sprawuje! Mając sobie dane pewne systema
dzieł poetyckich rozważa ich charaktery, wdzięk, moc, sforność,
przywary i usterki: rozważa to wszystko z pewnych względów,
wśród pewnych okoliczności, ale nie w celu wyciągnienia z tego
prawideł empirycznych, które by rządziły natchnieniem innych
poetów. Rządzić natchnieniem! Jakaż, w tym sprzeczność
i niezgoda! Poezja wzorowa! - jak pospolicie u nas mówią. Jakże
omylną myśl zawiera to wysłowienie! Myśl pewnej modły
i linii dla talentu, myśl naśladowstwa, bo co tylko jest wzorowe,
już tym samym ma być naśladowane. Myśl zabijającą
pierwotne zdolności, szkodliwą dla najpiękniejszych
usposobień! Kto powie poezja wzorowa, już tym samym okazuje, iż
nie rozumie, co jest poezja. Nie masz poezji wzorowej. Jest szkoła, ale
dla krytyków, nie dla poetów: dla miłośników sztuki, nie dla sztukmistrzów:
dla czytelników, nie dla pisarzy. - Wchodząc do gabinetu naturalnego,
widzimy rozmaite podziały, karteczki, napisy, egzemplarze wypchane
słomą, puchem, śmieciami, plewą - całe widzimy systema
zoologiczne, ornitograficzne, anatomiczne, szkielety, kościotrupy:
czyż natura podziałała to wszystko wedle teorii, systematu i
działu akademicznego? Takim gabinetem martwych istot, taką
biblioteką nieżywych egzemplarzy byłyby księgi estetyków,
nie znających swego powołania.
Wytknieniem
dwóch wzmiankowanych charakterów nie ograniczam imaginacji, ani po dyktatorsku
narzucam się za nauczyciela i mistrza artystom, rodakom moim. Podział
ten służy mi tylko do wykreślenia idealnej, że tak powiem,
architektoniki efektów poetyckich w systemie ogólnym teraźniejszej artystowskiej
literatury polskiej, uważanej we względzie filozoficznym refleksji
myślącego narodu. Dwa są pierwiastki, niejako dwa atomy poezji:
realizm i duch. Tam rzeczy zewnętrzne, natura, społeczność,
historia: tu myśl, idea. Albo poeta o własnej zapomina
indywidualności, o swej jednostce, o swoim "ja", i odjąwszy
się samemu sobie, wszystkę chęć swoję i starania
kładzie w to jedynie, ażeby twory jego miały tę
rzeczywistość, tę prawdziwość, tę realność
niezgruntowaną, to istnienie odrębne i niezależne, jakie
mają twory w przyrodzeniu: albo samego siebie z uczuć swoich i istoty
jestestwa swego snuje, wynurza i jest zawsze samym sobą. W pierwszym
przypadku poeta jest realny, w drugim idealny. Częstokroć być
może i realny, i idealny zarazem. Wszelki realizm zmierza do postaci, do
form statecznych, determinowanych, określonych, widomych. Taka jest poezja
historyczna. Takim poetą jest Szekspir, Gete, Bohdan Zaleski. Ich
jednostka, ich indywidualność rozprasza się, niknie, ginie w ich
utworach. Sztukmistrz kryje się i chowa w swoim dziele tak, że nikt
nie wie: kto on jest, jakie jego uczucia, jaka myśl, jakie zdanie? Nikt
nawet tego zgadnąć nie może! - Któż na przykład
wyrozumie indywidualny charakter Szekspira jako człowieka z charakteru i
roli Hamleta, który wszystkie postępki i mowy swoje zafarbował
myślą i chęcią wiecznego zatracenia duszy stryja - Hamleta,
którego loika bardziej przeraża niżeli zbrodnia króla, który jest
potworem mimo całej mądrości i filozofii swojej! Któż tego
samego Szekspira wyrozumie z charakteru Julii albo Ofelii! Taki poeta nic ma
ekscentrycznego punktu za granicami świata i natury, z którego by na
nią patrzył, a potem mędrkował, filozofował, ale jest
umieszczon wewnątrz niej samej. Nie zbliża się ku niej
refleksją, rozumowaniem, ale w niej żyje - jej życiem
żyją jego twory. To rozumiem przez realizm poetycki. Wyrazy
postaciowy, realny, snycerski, plastyczny, rzeczywisty w jednym znaczeniu
używam. Przeciwnie poeta filozofujący, rozumujący, idealista,
samego siebie zawsze przed oczy nasze stawia i wszystko tynkuje farbą swej
indywidualności, wszystko ciągnie do swej jednostki, do swego
"ja". Takim poetą jest Bayron, Jan Jakub Russo, Szyller,
Mickiewicz. Ich poezja subiektowa; ich kształty mniej określone,
coraz bardziej oddalają się od statuy, od posągu i
rozwiewają w nic przed obliczem naszym, jak duchy na chwilę
jawiące się w cielesnej postaci, jak niknące cienie. Wszystko u
nich zmierza do tonu, do muzykalności. Muzyka służy ich
fantazji, tak jak figury marmurowe poetyckiemu służą realizmowi.
Muzykalne jest misterstwo poetów filozofujących, dumających. -
Krytyka filozoficzna powinna oznaczyć, jaki zachodzi stosunek w systemie
poetyckiej literatury między tym realizmem i idealizmem, między
muzykalnością i snycerstwem, między śpiewem i foremną
postacią, kształtem - tymi ostatecznymi kończynami poetyckiego
świata. Wszystko to widzieć trzeba z punktu optycznego fantazji i z
tego punktu wykreślać linie architektoniki poetyckich efektów.
Podróżni
opisują napowietrzne omamienia w Egipcie i na pustyni libijskiej.
Sławne są te fenomena! Bywa nieraz w Egipcie, że z rana i ku
wieczorowi za wzniesieniem się lub zajściem słońca dalekie
płaszczyzny, wiejskie osady, cały krajobraz naokoło inny
kształt, niżeli zwykle, przybiera. Okolica wydaje się natenczas
jak obszerne jezioro - wioski zdają się być wyspami. Płyn
śklany, przezroczysty widokres oblewa, gdzie się rzeczy ziemskie
dwoją, troją. Po kilka godzin trwa to jawisko. - Czyż duch
ludzki na swoim widokresie, w swoim powietrzokręgu, takich widzeń nie
miewa? Czyż w tej optyce fantazji nie postrzegamy niekiedy tego
wszystkiego, co się koło nas dzieje w naturze, w
społeczności? A poeta liryk, melancholijny rozmyślacz, filozof
czyż nie mami nas, nie zachwyca tą czarodziejską,
napowietrzną, albo gdy wzrok swój obróci w przeciwległą
stronę, to i podziemną władzą fantazji naszego ducha? Znam
takiego poetę, rodaka. Znamy go wszyscy. Przebiegnę jego
powieść, smutniejszą jeszcze i boleśniej
rozdzierającą duszę niżeli Maria Malczewskiego. -
Nie wiedzieć, gdzie się to działo; na tym też nic nie
zależy. Pustelnik, ksiądz, dzieci - otóż osoby, którym autor
poruczył główne role. Niepoczesny, cichy domek na wiejskim ustroniu -
ta scena jego poematu. Nie jest to jednak sielanka. Pozbierawszy rozrzucone
ułamki tego utworu, można by je złożyć w
całość dość naturalną, prostą.
Młodzieniec tkliwy, namiętny, z żywą, ognistą
imaginacją - piękna kobieta, lecz próżna, wietrznica, bo komu
innemu swą rękę oddała, blask i mienie przenosząc nad
szczęście kochanki: w końcu rozpacz, samobójstwo, skutki
zawiedzionej, płomienistej miłości - taka jest treść
czwartej części Dziadów. A zatem także rozerwanie
świętych związków, choć nie ślubowanych przed
ołtarzem, i także, jak w Marii, zgwałcenie praw natury.
Tę rzecz związał poeta z obrządkiem sięgającym
pogańskich czasów, który pospólstwo wielu okolic Litwy, Prus i Kurlandii
obchodziło potajemnie na dniu zadusznym ku czci zmarłych w pustkach,
kaplicach, zrujnowanych cerkwiach. Uroczystość ta zależała
na przyzywaniu duchów. Guślarz czy Gęślarz sprawował
czarnoksięski obowiązek. Sciągnione rotą wyrzeczonego
przezeń zaklęcia, po zawarciu drzwi i okien, jawiły się
widma kaźnią niepokoju dręczone, obłędne w hierarchii
bezcielesnych jestestw duchy między niebem a ziemią, których cierpieniom
za przeszłe winy na świecie skoro ani modlitwa, ani ofiarowane nie
pomagały przysmaki, wówczas sprawca obrzędu odganiał je
krzyżem pańskim w imię Ojca, Syna, Ducha. Na taką
uroczystość przybył także ów nieszczęśliwy
młodzian, który sobie z rozpaczy życie odjął, któremu z
tajemnych zrządzeń przypadło, żeby rokrocznie wstawał
z grobu i ponawiał na sobie wykonaną zbrodnię. Myśl
poetycka! Ale tylko wielki poeta w tym wieku niedowiarstwa i wstrętu od
zabobonów mógł osnuć poema na takim szczątku starych podań łatwowiernej
prostoty. Nikt piękniejszego od czasów Julii Szekspira nie
skreślił obrazu! Nikt z spółczesnych Mickiewicza nie
przemówił namiętniejszym, ognistszym językiem miłości:
nikt mocniejszym urokiem nie zaczarował i nie podbił pod
posłuszeństwo poetyckiej wiary, rozumu i imaginacji swoich
czytelników!! - Ta czwarta część Dziadów jest
właściwie drugą częścią i dokończeniem Wertera
Getego. Bo takim, jak ów upiór z rozdartą piersią, jak ów
obłąkany pustelnik w mieszkaniu księdza, niegdyś swego
nauczyciela, z tą rozpaczą na duszy, z tą boleścią na
sercu, z tym melancholijnym, pochmurnym, fantastyckim wejrzeniem na
przeszłość i naturę, nie kto inny mógłby być,
tylko kochanek Karoliny wywołany z grobu - jeżeli,
rozciągnąwszy nić cierpień tego zapaleńca,
wystawić sobie zdołamy, jakby mówił, czuł,
rozmyślał i dumał po śmierci.
"Z
męską godnością niech się uśmiecha Polak - tak
pisze Kaz. Brodziński w swoim Pamiętniku - gdy mieszkaniec Tybru albo
Sekwany twardym jego język nazywa. Z wewnętrzną
przytomnością, z powagą, dojrzałemu mężowi
przyzwoitą, niech słucha cudzoziemca, gdy się nad jego wyrazami,
jak niewieściuch nad podniesieniem starożytnej zbroi, mocuje, gdy
języka jego, jak dziecię, pieściwie wymawiać się
uczy." A dalej: "póki męstwo w narodzie nie wygaśnie, póki
obyczaje nie znikczemnieją, póty nie zapierajmy się owej
twardości języka. Ma on i w niej swoja harmonię, swoją
śpiewność, ale jest to szum odwiecznego, rozłożystego
dębu, nie poświst chwastu, który za każdym polotem wiatru zgina
się lub łamie i cienkim tylko odgłosem jęczenia
wydaje". - To postrzeżenie we względzie języka polskiego
odnieśmy do Grażyny. Nigdzie bowiem właściwszego
przystosowania mieć nie może. Twardy jest styl tej powieści jak
żelazna zbroja, chropowaty jak chrzęst tej zbroi, kiedy nią
silne potrząsają ramiona, ostry jak na starych obrazach fizjonomie
rycerzy, a tak dziki i malarski, jak były dzikie i leśne serca
mężów pogańskiej jeszcze Litwy i pancernych mnichów, co ich
chrzcili i mordowali. Naśladowcza tej mowy harmonia, strojnej własnym
wdziękiem, myśl czytelnika obraca ku owym czasom, kiedy się
dziać miała rzecz poematu; stawia nas niejako wśród ludu
Litawora i oprowadza po wewnętrznych jego zamku komnatach. Jestże co
pierwotworniejszego w systemie poetyckiej naszej literatury albo co by ściślej
spowinowacone było z daleka przeszłością, której echo tak
donośnie, tak wyraźnie grzmi, brzmi, odbija się w samym
wysłowieniu? - Koloryt stylu, namiętności, uczuć w czwartej
części Dziadów jest pośmiertny, jakby zafarbowany tynkiem
myśli namiętnego wywołańca grobów, tułacza martwych
krain. Jest to styl rozpamiętywań upiora, a styl Grażyny na
kształt rdzy pokrywającej sprzęt rycerski starego wieku.
Jeżeli przypuścimy, że pewna różność zachodzi
między poezją i sztuką artysty, między realizmem i
idealnością (co, zdaniem moim, nie podpada zaprzeczeniu), rzec by
można, zawsze jednak z bacznym względem na właściwe
znaczenie tych wyrazów, jakoby czwarta część Dziadów
była tworem poety, a Grażyna tworem obrazowego sztukmistrza. -
Przynajmniej wielka zgodność wykładu kunsztownego z
treścią, zgodność i tożsamość kolorytu z
wewnętrzną istotą rzeczy, w jednym i drugim przypadku zdają
się popierać to mniemanie i upoważniać do takiego
sądu.
Te są dwa,
zdaniem moim, najpiękniejsze twory Mickiewicza, w których poetycki i
artystowski talent tego wielkiego sztukmistrza najokazalej zajaśniał.
Mniemanie powszechne przyznało pierwszeństwo przed nimi Wallenrodowi.
Ja inaczej sądzę. Czyn wspaniałomyślny pięknej Litewki
jest rzeczą poematu Grażyna: zaś rzeczą poematu Konrad
Wallenrod jest szlachetne przedsięwzięcie i nie mniej
wspaniałomyślne poświęcenie się dzielnego Litwina.
"Wieść prawdziwa jak rachunek, a dziwna jak mara."
Wallenrod służył Litwie obłudą, złamaniem wiary,
utratą cześci. Lecz po odcięciu głębokiego i
politycznego w tym rozumienia, poema Konrad Wallenrod cząstkowo,
ułamkami śliczne i czarujące, w rozwinieniu jednak swoim jako
twór sztukmistrza i we względzie artystowskim całością
organiczną, poetycką nie jest. Pisząc to, nie lada zapewne
materią wzruszam: wiem, jaki tym zgiełk rozniecę wielbicieli Wallenroda.
Wszakże każdy wypowiedzieć powinien, co czuje, co myśli,
głowy swojej nigdy nie poddając pod posłuszeństwo,
choćby nawet powszechnej, opinii. Moje zaś rozumienie w tym
względzie jest takie: że w układzie Wallenroda,
rozciągłym, głębokim, śmiałym, przechodzącym
miarę zwykłych przedsięwzięć poetyckich, nie masz
wewnętrznej zgody i harmonii między częściami, między
masami ogólnej konstrukcji poematu. Rzecz dobrze pomyślana i w
początkach rozpostarta daleko, chromieje, słabnie w dalszym wywodzie.
Mickiewicz nie zrealizował wielkiego planu, nic rozwinął i nie
wyczerpnął idei swego poematu. Między charakterem Wallenroda,
między scenami, gdzie się ten charakter najjawniej wyraża, a
ekspozycja głównej jego sprawy zachodzi widoczny, uderzający
niestosunek - taki sam, jaki częstokroć postrzegamy w nie
dokończonym gmachu genialnego architekty, kiedy myśl i staranie swoje
w to położywszy, żeby ustroić front całym przepychem
swej sztuki, resztę budowli jak może najskwapliwiej, naprędce
przyrządza, żeby jako tako przypadała do miary z głównym
efektem od przodu. Wielka także zachodzi dysproporcja między
częścią genetyczną poematu, to jest między tą
częścią, gdzie się rzecz przed naszymi dzieje oczyma, a
częścią opisową, narracyjną. Wojna Zakonu z Litwą
w porównaniu z tym, co ją poprzedza, prędzej, krócej odprawiona,
niżeli plan dzieła wymagał, widocznie skutek osłabia.
Czemuż nie widzimy Wallenroda w namiocie z Halbanem? Porozumiewanie
się, znoszenie z Witołdem, tak ważne i tak zajmujące, w
obręb poematu prawie nie wchodzi. Walter Skot porównywa bieg powieści
z rosnącą chyżością kamienia, gdy na dół z
stromego spada pagórka. Z początku wszelkie mija przeszkody,
następnie coraz prędzej się toczy, na wpół drogi i ku
końcowi spadku warcząc z łoskotem: a gdy już ma
stanąć u kresu, natenczas z niewypowiedzianą leci
szybkością. Ale ruch, bieg powieści w Wallenrodzie nie
zdaje się być tym kształtem uregulowany. Jest to rzeka nie
wszędzie spławna, nie wszędzie żaglowną linię
mająca; nurt jej niestały, zawodny: chyżość strumienia
niejednaka. Tu wielki rozlew, wezbranie z brzegów; gdzie indziej wąskie i
coraz węższe koryto, tak że je pieszy wędrowiec
żartkim przebędzie skokiem. I na mieliznach nie zbywa! - Te zarzuty
dotyczą ekonomii wewnętrznej poematu. Ale sam bohater powieści
daleko większemu podlega zarzutowi. Któż by dał temu wiarę?
Wszak ci ten Wallenrod, ten rycerski Krzyżak, pogromca Zakonu, jest
przecie zakochanym czwartej części Dziadów upiorem! Ta sama
miłość, ten sam koloryt namiętności, ledwo nie
też same wyrażenie:
Bóg mnie
oświecił 2, ja powracam z Litwy.
Ja owe miejsca,
twój zamek widziałem,
Kowieński
zamek -już tylko ruiny:
Odwracam oczy,
przelatuję czwałem,
Biegę do
owej, do naszej doliny.
Wszystko jak
dawniej! też laski, te kwiaty;
Wszystko, jak
było owego wieczora.
Gdyśmy
dolinę żegnali przed laty.
Ach! mnie
się zdało, że to było wczora! Kamień, pamiętasz
ów kamień wyniosły,
Co
niegdyś naszych przechadzek był celem? -
Stoi
dotychczas, tylko mchem zarosły.
Ledwiem go
dostrzegł, osłoniony zielem. Wyrwałem zielska, obmyłem go
łzami:
Siedzenie z darni, gdzie po letnim znoju
Lubiłaś spocząć
między jaworami:
Źródło, gdziem szukał dla
ciebie napoju:
Jam wszystko znalazł, obejrzał,
obchodził,
Nawet twój mały chłodnik
zostawiono,
Com go suchymi wierzbami ogrodził.
Te suche wierzby, jaki cud, Aldono!
Dawniej mą ręką wbite w piasek
suchy,
Dziś ich
nie poznasz, dzisiaj piękne drzewa
I liście na
nich wiosenne powiewa,
I młodych
kwiatków unoszą się puchy.
Ach! na ten
widok pociecha nieznana, Przeczucie szczęścia serce
ożywiło:
Całując
wierzby padłem na kolana.
Boże mój -
rzekłem - oby się spełniło!
Obyśmy,
w strony ojczyste wróceni,
Kiedy
litewską zamieszkamy rolę,
Odżyli
znowu! niech i naszą dolę
Znowu
nadziei listek zazieleni!
Wszystkoć
to prześliczne, nie przeczę, i ów kamień, i ta wierzba, i te
kwiatki, i listki, i puchy! Ale jak źle się wydaje u Wallenroda ta
pieściwość rozpamiętywań, ta poezja pamiątek!! W
owym wieku tak poetyckim, lecz poezją życia, poezją
rzeczywistości, a nie poezją tkliwych, sentymentalnych
wspomnień!... Dopiero kiedy społeczność, wychodząc z
czasu fantastyckiego, lodowacieje powoli starością rozumu, kiedy
rozum jasnością swoją, swoim mędrkowaniem i
rachmistrzostwem wszystko odczaruje, co się koło nas dzieje, co
się nawet działo w przeszłych czasach, kiedy rozbiec urok
każdego omamienia, każdego uczucia, imaginacji, zapału,
uniesienia, dopiero natenczas, w tej epoce doskonałej, zimnej refleksji,
kiedy drży serce nasze, ale od polarnego mrozu, nie z zachwycenia -
wtenczas dopiero rodzi się poezja melancholii, poezja czwartej
części Dziadów. - Pustelnik mówi do księdza:
Obraz tego rozstania dotąd w myśli
stoi:
Pamiętam śród jesieni... przy
wieczornym chłodzie -
Jutro miałem wyjechać...
błądzę po ogrodzie!
W rozmyślaniu, w modlitwach
szukałem tej zbroi,
Którą bym odział serce miękkie
z przyrodzenia
I wytrzymał ostatni pocisk jej
spojrzenia!
Błądziłem po zaroślach,
gdzie mnie oczy niosą,
Noc była najpiękniejsza!
Pamiętam dziś jeszcze:
Na kilka godzin pierwej wylały się deszcze,
Cała ziemia kroplistą
połyskała rosą.
Doliny mgła odziewa, jakby morze
śniegu:
Z tej strony chmura gruba napędziła
lawy,
A z tamtej strony księżyc
przezierał bladawy. Gwiazdy toną w błękicie po nocnym
obiegu:
Spojrzę... jak raz nade mną
świeci gwiazdka wschodnia.
O, znam ją odtąd dobrze - witamy
się co dnia!
Spojrzę na dół... na szpaler...
patrz, tam przy altanie
Ujrzałem ją niespodzianie! itd.
Ta miłość, te wyrażenia,
te myśli, te widoki natury zachwycają w Dziadach, ale wszystko
to jest uderzającym anachronizmem w Wallenrodzie. Rzecz jego nic
przypada w te czasy i jego charakter z taką miłością
żadną nie rymuje miarą... Ta, że tak powiem, modernizacja
pojęć i kolorytu stawia w fałszywym świetle bohatera
poematu, samej rzeczy przyczyniając nieforemności,
bezkształtności. Wreszcie już to jest maniera sentymentalna, z
której, przy częstszym jeszcze używaniu i wznawianiu tego, co
się raz rzekło, łatwo wykształcić by się
mogły pewne jeremiady tkliwych westchnień i pewna rutyna
miłości. Tak samo Rossyni grandioso swoje nieraz rozprasza
częstym powtarzaniem spowszedniałej w orkiestrze
pieściwości.
Krótko mówiąc: cały romans Alfa i
Aldony zły skutek czyni w tym poemacie. Aldona nawet ku końcowi stroi
zaloty niegodne pustelnicy. Wymawiając się kochankowi, który ją
chciał unieść do Litwy, powiada: ja się
"zestarzałam, zbrzydłam... Nie, niechaj nigdy nędza
pustelnicy, jej zgasła źrenica, jej twarzy bladość nie kazi
w pamięci twojej oblicza pięknej kiedyś Aldony. I ciebie
także nie chcę widzieć z bliska - daruj, mój kochany, że ci
to mówię, ale i ty może dzisiaj już nie jesteś taki, jakim
bywałeś przed laty. Alfie, nam lepiej zostać takimi, jakimi
dawniej byliśmy".
Aldona nie chce paść z uniesieniem
w ramiona Alfa - czegoż chce? oto chce go tylko widzieć żywym,
co wieczora z nim rozmawiać: osładzać chce tym sposobem
wszystkie cierpienia. "Staraj się - mówi - częściej i
raniej przychodzić." - Co większa, Aldona chciałaby
mieć nie tylko Alfa, ale całą Litwę w miniaturze koło
swej wieży:
Gdybyś - posłuchaj - wokoło
równiny
Chłodnik podobny owemu zasadził
I twoje wierzby kochane sprowadził,
I kwiaty, nawet ów kamień z doliny;
Niech czasem dziatki z pobliskiego sioła
Bawią się między ojczystymi
drzewy,
Ojczyste w wianek uplatają zioła,
Niechaj litewskie powtarzają
śpiewy, itd.
Toż samo, słowo w słowo, co w Szwajcarskiej
familii Weygla!! - Czyż nie wpadło w myśl Mickiewiczowi,
że to wszystko jest drobne, małe, że to afektacja i ledwo nie
takie samo wydwarzanie, jakim mieszkańcy miast tęsknią do
pięknej za miastem natury? - Czegoż żąda Alf, gdy mu
się nie udało przełamać uporu Aldony? Oto przynajmniej na
pamiątkę "gałązki z wieży", a ponieważ
na wieży kwiaty nie rosną, to przynajmniej nitki z odzieży, albo
z warkocza zawiązki, albo wreszcie kamyczka z muru! - W te
śmieszności dzieciństwa wpadł wielki artysta,
myślący sztukmistrz! Jakże to wszystko osłabiło
wdzięk tego poematu! Ileż w tym wszystkim psychologicznej i
poetyckiej nieprawdy! - I tenże to Wallenrod, pomyśliłem sobie,
ten Alf pierwszej sceny, wielki, straszny, którego włos posiwiał za
młodu, który w samotności grób myśli swoich roztwierał
napojem, który jednego razu, winem i wieścią barda rozpalony,
odśpiewał wrogom złowieszczą balladę?
Wytrysk ognistego ducha, strumień
najczystszego uniesienia, najwyższa liryczna inspiracja, płomień
miłości - to czwarta część Dziadów Adama
Mickiewicza! Doskonałe malownictwo historyczne, najpiękniejszy
realizm poetycki i artystowski, prawdziwe objawienie przeszłości, to Grażyna!
Mozaikowa robota poety nie umiejącego wyjść myślą i
duszą z swojej indywidualności, z swej jednostki, nie umiejącego
odjąć się samemu sobie dla rzeczy i stworzyć świat
oddzielny, odrębny, za granicą swego ducha - to poema Konrad
Wallenrod! Jedno z największych dzieł literatury naszej,
choć się tylko z pięknych fragmentów składa, i zarazem
przykład jawnie, jaśnie pokazujący, jak trudno sztukmistrzowi
indywidualnemu, subiektowemu przenieść się z swej idealnej sfery
w sferę wielkiego poetyckiego realizmu. - Inne poezje Mickiewicza, np. Sonety
krymskie, Farys, noszą na sobie cechę obcego klimatu. - Jest to
wielowiedztwo geniuszu i niejako aklimatyzacja fantazji spod cudzego nieba w
ojczystej literaturze pewną uniwersalnością ducha i
erudycją poety.
Rozpostarł się i mistrzuje pierwiastek
indywidualny w pismach Mickiewicza. To "ja" samego poety
wszędzie się przebija, wszystkiemu swojej użyczając
właściwości. Myśl jego wewnętrzna, samotna, wielka,
melancholijna, jest jego ogniskiem i gwiazdą na firmamencie jego poezji;
jest jego i żywiołem, i światem, gdzie duch twórczy
zamieszkał, gdzie się bezprzestannie objawia, wszystko z siebie
snując, jako pająk wije z siebie pajęczynę. Cokolwiek
koło siebie postrzeże w naturze widomej, w społeczności, w
historii, to wszystko ku sobie odnosi i farbą swego geniuszu, swej
jednostki tynkuje. Jest to poeta rozmyślacz, mąż namiętny,
liryk z daru i użyczenia nieba, filozof własnego serca. Zawsze duma i
marzy, i miewa swoje widzenia. W jednej tylko Grażynie o sobie
zapomniał. - Przeciwnie J.B. Zaleski! W jego pismach obadwa te poezji
atomy, idealizm i realizm, duch i materia, muzyka i figury, fantazja i
rozmyśl artystowski, dumanie i res statuaria, snycerstwo,
śpiew i kształt, w większej z sobą zgodzie, w większej
harmonii zostają; toż zdają się być pod równiejszą
niejako i miarą, i wagą rozdzielone. Częścią w
zamyśle samotnym i tęsknocie, częścią jest w
rzeczywistości. To górnymi wzlatuje pojęciami, to wyobraża,
kształci. Jego postacie rześkie, szykowne, żywe, żwawe,
poskoczne, mile w oko wpadają. Zwykle w jasne przyodziewa je szaty. Taki
jego stary myśliwiec, takie kozactwo, tacy rycerze dum ukraińskich!
Czasem ekscentryczny, poza krańcami prawdziwego świata w idealnej
krainie: to znowu wewnątrz natury, w społeczeństwie i w
historii, jak tamta naiwny i szczery, jak ta prawdziwy i realny. Żartkiego
dowcipu, bystry, przenikliwy: myśl ma prędką jak widzenie i
pochmurną, i wesołą. Oko tego wieszcza nie zawżdy
łzą smutku zroszone, żywiej promieni, raźniej,
jaśniej, dalej widzi. I śmieje się, i płacze na przemiany.
Imaginacja Zaleskiego śklana, czysta jak błękitna wód
powierzchnia, a fantazja różnobarwa, różnolicowa, mieniona jak gra
kolorów i ziemskie na obłokach malowidła ku schyłkowi dnia
jasnego albo jak farby tęczy na tle ruchomym w powietrzu-kręgu,
szerokim łukiem zbiegającej, gdy deszczowe rzedną chmury. Taka
właściwość, ten charakter poezji autora Rusałek!
Przecinają się tu, że tak rzekę, dwa wielkie koła
jednakiej średnicy, dwie sfery- realna i idealna. Jeżeli z miary
wychodzi i równego tych mas podziału, to bardziej i częściej ku
stronie realizmu. W tym największa sforność i energia ducha tego
młodego poety. Nie bez słusznej więc przyczyny zowiemy go
wieszczem minionych wieków, poetą zgasłych plemion, ponieważ ich
postacie i głosy rozciągłymi tonami swojej arfy z zapadłego
wywołuje zmierzchu. Sam ten sztukmistrz dla własnego tylko
użytku narządził owe muzykalne, dźwięczne naczynie i
swojej roboty strunami takowe nawiązał. Nikt bowiem tak jak on nie zagra
na jego instrumencie. Darmo by się kto na to silił i wielkim
zdobywał dowcipem - jako niegdyś żaden dworzanin, żaden
zalotnik wdowiejącej Penelopy nie zdołał napiąć
starego łuku króla Itaki i w cel strzałą ugodzić, choć
i piękna kobieta, i udzielna wyspa na morzu były nagrodą tego
strzału. - Z tej przyczyny tak źle się wydaje, co bądź
naśladowcy Zaleskiego jego miarą, w jego duchu napisać chcieli.
Te są cechy ogólne. - J.B. Zaleski nie ogłosił jeszcze zbioru
wszystkich pism swoich, niemałe fragmentami oryginalnych poematów
umieszczanymi w dziennikach periodycznych wzbudziwszy oczekiwanie. Wyjątek
z Rycerskiego rapsodu, Rusałki, Damian, Mazepa, dumy, fantazje,
otóż ledwo nie wszystko, co mi się czytać zdarzyło. W tym
jednak wyraziły się już charakter i
właściwość jego poezji, a szczególniej poetyckiego stylu. Pod
względem zewnętrznego nawet kolorytu, rytmu i mechanizmu, co tylko
pisze Bohdan Zaleski, zdaje się być na kształt ochotnego ognia w
nocnej dobie, kiedy strumień płomienisty nagle, prędko, wysoko
strzeliwszy w górę, na tysiączne się rozsypie, rozwieje i
bryznie gwiazdy, wieńce, krzyżyki, zygzaki, wstęgi i smugi
świetlne. Albo także jest to coś na kształt zasłony
Rusałek z rubinowych isk[ie]r jutrzenki. Takie Czajki, takie Śpiewające
jezioro!
Toż
Czarnomorca w noc na pogoni
Nuta
dnieprowskich dum aż tu dzwoni?
O! nie
dnieprowskich nuta to dum -
To jakiś
srebrny, przeciągły szum,
Luba harmonia
tonów tysiąca
Mile niebieskim
arfom wtórząca.
Słodki,
czarowny, powietrzny brzęk,
Jak owych
pieśni hurysek dźwięk;
Co przy
dziewicy, w letni poranek,
Śniący
na kwiatach roi kochanek.
Nikt w Polszcze
nie ma takiego stylu i takiego wysłowienia. W tym mu najpoprawniejsi
klasycy nie zrównali. Sposób pisania jemu tylko właściwy,
świetny, mamiący, artystowski, wykończony, brylantowy. Czyż
sztuka Zaleskiego nie zdaje się być w porządku idealnym efektów
dzisiejszej poetyckiej literatury naszej, jakby elementem ruchu, biegu? I tak
jest w rzeczy samej. Prędka, wietrzna, powiewna, roznośna działa
mocą sprężyny i wszystko z sobą w tym systemie
siłą lotu porywa.
O Zamku Kaniowskim
Seweryna Goszczyńskiego mówiłem w innym miejscu. 3
Artykuł z tego powodu umieszczony w jednym z pism warszawskich
oburzył wielu czytelników. Wzruszano litośnie ramionami, kiedy
prawiłem o talencie tego znakomitego pisarza. Dotychczas uwłaczają
mu niektórych krzywe zdania. Z przywar wysłowienia, nie wszędzie tak,
jak by może na rzecz rymotwórczą wypadało, gładko i
starownie okrzesanego; z niedbałości w wielu miejscach na
czystość i wytwór polszczyzny wzięto u nas pobudkę do
odsądzenia poematu Goszczyńskiego od wszelakiej niemal cześci.
Taki sam los, z takich samych pobudek spotkał Marię
Malczewskiego. Atoli dostatecznie tego wypowiedzieć nie mogę, jak
nieopatrzny jest ten sąd - tym boleśniejszy, tym nieopatrzniejszy,
że narodowej chwale pod tym względem najchlubniejsze wydziera
zaszczyty. Przyznaję: Goszczyński nie ma poprawnej, wytwornej dykcji
Mickiewicza i Zaleskiego, ale ma owo rozległe pojęcie i ten
rozmysł artystowski, tę bujną, płonącą,
ognistą fantazją, która go stawia w równej mierze z obudwoma
wspomnionymi pisarzami. Gdzie się tylko duch wyraża, szanujmy go,
poważajmy. Gdzie jest natchnienie poetyckie, tam wnikajmy w
treść, w istotę rzeczy, na resztę mniej dbając. - Po
wyjściu na widok publiczny Zamku Kaniowskiego zlecił przed
rokiem Seweryn Goszczyński mojemu staraniu ogłoszenie drukiem swoich
poezji lirycznych, które teraz dopiero wydane być mogą. Obecnie
pracuje on nad nowym poematem: Polak w jasyrze.
Dzienniki
periodyczne dzielą częstokroć na kawałki, co jednym zawodem
odbyć trzeba. To samo stało się z moim artykułem o Zamku
Kaniowskim. Podzielono go na tyle cząstek, że w końcu nikt
nie zrozumiał autora. Zresztą i na drukarskich, wykrzywiających
istotę rzeczy nie schodzi pomyłkach. Z tej przyczyny umieszczam tu
treść Zamku Kaniowskiego z małymi odmianami dla pokazania
na oko czytelnikowi, że układ wzmiankowanej powieści, dziwny i
fantastycki, ma prawdziwe, poetyckie zalety z sprawności w wywodzie i
prowadzeniu rzeczy.
Kozak Nebaba
urodził się w Białozorze na Ukrainie, niedaleko Smiły. Tam
pierwsze lata jego młodości upływają. Była to sztuczka
żwawa, śmiała - jak się o nim stary lirnik w tej
powieści wyraża. Burzliwe, hajdamackie życie jego zaczyna
się od złośliwej pustoty. Trzeba wiedzieć, że
była w tej samej wsi dziewczyna cierpiąca lekkie na umyśle
obłąkanie. Ksenia wychodziła każdej nocy nad brzeg
pięknego, rodzinnego jeziora przeciwko nieziemskiemu kochankowi,
rozumiejąc, że na odgłos jej śpiewu przybędzie w
postaci ognistego latawca, niby meteoru przelatującego po jasnym niebie. Wiara
w takie duchów z ziemiankami związki była wtenczas dosyć
pospolita na Ukrainie. Łatwo też, jak wiele innych niestworzonych
baśni, chwytała się głów zabobonnej prostoty. We wsi
wiedziano o tym. Lecz Nebaba nie należał do rzędu
łatwowiernych. Przyrzekł, i bodaj czy nie założył
się, że diabła na schadzce dostrzeże. Dla własnej
więc i rówienników rozrywki udaje się o tajemniczej godzinie nad
brzeg jeziora i wmawia w Ksenia, jakoby był owym kochankiem, za którym tak
długo tęskniła. Ksenia daje temu wiarę: uwierzywszy, nie
opiera się chęciom Nebaby. Związek ten, tak ściśle
zaczęty, trwał zapewne przez czas niemały, póty przynajmniej,
że go wyświecił przed wiejską drużyną skutek
przynoszący wszędy dziewiczej skromności niesławę.
Ksenia rozkochała się namiętnie w swoim zwodzicielu. Już na
pokątnych nie przestaje schadzkach, ale wiedziona instynktem
miłości, silniejszej nad samo obłąkanie, już go i w
tłumie rozeznawać i śledzić nawet zaczyna. Stąd nieznośne
dla Nebaby od wiejskiej młodzieży przymówki; stąd dotkliwa
uczucie wstydu, stąd myśl zatarcia śladów występnego czynu
i pierwsza zbrodnia. Topi Ksenią. - Dostały mu się od natury:
uroda, dowcip, wspaniała ochota do wszystkiego i miłość
ojczystych swobód: ale razem tym zaletom przeciwne, nieukrócone
namiętności: zawziętość w uprzedzonej myśli,
duma, niestatek i burzliwość. Charakter niepospolity, na wpół
dziki, gwałtowny. Taki jest bohatyr tej powieści. Lecz dodać
winienem, że wszystkie te sprawy na lat kilka rzecz poematu
uprzedzają.
Ksenia jednak
nie zginęła. Szczęśliwym trafem prędko z wody
wyratowana powraca do życia, ale zwiększone tym wypadkiem
obłąkanie w pospolitym u gminu rozumieniu nie zostawuje żadnej
już wątpliwości co do związków tej kobiety z piekłem.
Od tej chwili można Ksenią uważać jako ofiarę wywołaną
do życia dla dręczenia winowajcy najboleśniejszą
kaźnią, to jest przymileniami obrzydłej kochanki.
Tę
topielicę pojął i wystawił autor w duchu miejscowych
uprzedzeń. Nic się ważnego nie działo na Ukrainie, czego by
nadzwyczajne nie przepowiedziały jawiska. Bunt ukraiński, który tam
zowią koliszczyzną, a szczególniej rzeź humańska miały
być także nadprzyrodzonymi uprzedzone widziadłami, między
innymi przez dziwną, obłąkaną kobietę, która
klaszcząc, hucząc i niezrozumiale bełkocząc, z rozwianym
włosem, w podartej odzieży, jak Sybilla, przebiegała sioła
Ukrainy. Goszczyński wplątał w powieść swoją
takie mniemanie. Ksenia jak w początkach swego obłąkania, tak i
następnie to po lasach tułała się, to nad brzegami wód na
noc całą siadała, myślą napowietrznego goniąc
kochanka, z wzrokiem ku niebu na gwiazdy obróconym, wedle wyobrażeń
ukraińskiego ludu, jakoby spadające gwiazdy były złymi
duchami. Taką ona piosnką wzywa kochanka:
Wypłyń,
wypłyń zza obłoku!
Po
błękitnym przeleć niebie!
Ja, kochanka,
wzywam Ciebie!
W lasów ciszy, w
nocy mroku.
Ho-hop!
ho-hop! wzywam Ciebie! itd.
Lecz
wróćmy się do osnowy poematu. - Czy to, że Nebaba chciał
odjąć się niemiłym wspomnieniom, czyli też, że mu
srodze dokuczały przymówki szatańskich miłostek, bądź
co bądź ojczyste porzuca siedlisko. Przypadek zaprowadza go do
Kaniowa, gdzie męska postać i przymioty zjednały mu najprzód
względy u starszych, a potem przełożeństwo nad przydwornym
kozactwem w zamku starosty kaniowskiego. Tam także młoda dziewczyna,
Orlika, pociągnęła ku sobie serce atamana Kozaków, bo
któryż Kozak nie położył wszystkiego starania, wszystkiej
chęci i myśli swojej, żeby się podobać pięknej
kobiecie? Ale już to tak przypadło Nebabie z przeciwnego losu,
że miłość same nieszczęścia, na koniec zginienie
przynieść mu miała. - Rządca tego zamku, Polak,
powziął był równą skłonność ku Orlice. W nim
miał Nebaba przemożnego, choć mniej szczęśliwego
spółzalotnika, ponieważ rzeczywiście Orlika uczuć
rządcy nie dzieliła. Rzecz poematu zaczyna się od
następnego zdarzenia:
Bratu
Orliki zlecono straż nocną około szubienicy. Według dawnych
tamtejszych zwyczajów, gardłem karany bywał, spod czyjego dozoru
zginął trup powieszonego winowajcy. Szyldwach, zwabiony śpiewem
znajomej dziewczyny, zbiega z stanowiska w pobliskie zarosić. Tymczasem
porywają wisielca z szubienicy za rozkazem rządcy zamku. W jakim
zamiarze? Domyślić się można. Tak więc pan rządca
umyślonym fortelem dostaje w moc swoje brata tej, która była przedmiotem
i celem jego namiętnej skłonności. Zniewala ją do
uczynienia wyboru między śmiercią haniebną brata i
prędkim zamęściem. Niedługo wahała się Orlika:
niedługo opierała się w samotnej rozmowie życzeniom
obrzydłego rządcy. Przyrzekł przebaczyć mniemaną
winę bratu, byle na ślubny związek zezwoliła. Przeto zostaje
jego żoną dla ocalenia brata. Braterskiemu przywiązaniu
poświęca miłość, spokojność,
szczęście. W tej okoliczności umieścił autor
katastrofę poematu.
Wszystkich
zdziwiły tak prędkie zaślubiny rządcy z Orlika, która tego
samego dnia jeszcze przed zachodem słońca umrzeć by wolała
niż zostać Polką. - Chłopiec, wracający do zamku z
torbanem, uwiadomił Nebabę o całym zdarzeniu. Oburzył
się ataman. Pozostaje mu tylko wzięcie zemsty z wiarołomnej
kochanki i szczęśliwszego, jak mniemał, Lacha, gdyż nie
znał skrytego powodu, którym ją rządca zamku swojej woli
posłuszną uczynił. Owczesne niepokoje i zawichrzenia
wnętrzne Ukrainy, toż bliskość obozu Szwaczki, który
przodkował kaniowskim powstańcom, nastręczały mu do tej
zemsty łatwą sposobność. Przeto ku wieczorowi,
opuściwszy zamek, przeprawia się przez Dniepr na drugą
stronę. Tu niepojęte dla mieszkańców Kaniowa, dziwne widmo
Kseni, uważane od gminu jako znak bliskiej klęski, ukazaniem się
swoim na scenie burzliwego życia Nebaby wznawia w jego umyśle
zapomniane od lat kilku wspomnienia, przydając do obecnych cierpień
niepokoje trwożnego sumienia, gorycz i kaźń
przeszłości. A jednak ta nieszczęsna kobieta jednego tylko
żąda uściśnienia! Za jedne przymilenie kochanka dałaby
życie swoje. Krzyk i klaskanie opętanej, a prędzej myśl
uwolnienia się od napaści nienawisnej Kseni, bodajby
gwałtowną jej śmiercią, zatrzymują Nebabę.
Szalona zbliża się i odbiera od Kozaka uderzenie
pięścią, co, zdruzgotawszy jej skronie, powinno było
położyć kres życiu mniej nadzwyczajnej istoty. - Ale Ksenia
żyje jeszcze! Zadana rana tylko odrazy jej przyczyniła. - Nebaba na
drugiej stronie rzeki łączy się ze Szwaczką: następnej
zaś nocy obóz powstańców znowu przechodzi na ziemię polską,
gdzie w nadbrzeżnych Rosi lasach obrabują sobie stanowiska. -
Opisanie obozu Szwaczki przypomina niektóre Rembrandta malowidła. Widok
ten okazały dzikością silnie zajmuje imaginacją czytelnika.
Grupy dobrze uszykowane, rysunek trafiany, koloryt zgodny z rzeczą: wiele
prawdy, wiele talentu. Starość Szwaczki czyni go już
ociężałym, a nałóg pijaństwa nieczynnym. - Dzbanek
zazwyczaj nad marsową przenosił sprawę. Tymczasem
położenie powstańców staje się coraz trudniejsze,
krytyczniejsze. Zguba ich niedaleka, bo oddział Polaków,
ściągnionych przez ostrzeżonego rządcę kaniowskiego
zamku, wtargnął już w przyległe lasy i coraz bliżej
ściska Kozaków. Nebaba, zniecierpliwiony nieczynnością Szwaczki,
zgromadza powstańców, staje na ich czele i porzuciwszy w lesie niewytrzeźwionego
starca posuwa się naprzód ku Kaniowowi. Lecz jeszcze dzień jeden
odwleka zgubę zamku. Dla tym pewniejszego osiągnienia zamiarów zemsty
umyślił był Nebaba zakraść się w cieniach
następnej nocy pod mury Kaniowa i dostać go przemocą, rozumiejąc,
że ufność rządcy, położona w
żołnierzach polskich, którym zlecił baczenie i śledztwo
poruszeń w obozie Szwaczki, wszelką z tej strony bojaźń
oddaliła. W czym tak dobrze począł sobie, że nie
postrzeżony przemknąwszy się przez polskie czaty, rozsypał
swoich Kozaków po zaroślach, tuż pod samym miastem, żeby za nadejściem
nocy gotowi byli lecieć do szturmu. Traf przygodny zrządził,
że ten zamiar nie doszedł do skutku. Przeciwnie, wszystko
mściwemu Nebabie niepochybną zgubę niesie. Orlika,
rządczyni gmachu kaniowskiego, nic mogąc przywieść
dłużej na sobie zmuszenia, co tak boleśnie najtkliwszą jej
skłonność rozdzierało, nie mogąc się
odjąć żalowi i rozpaczy, uniesiona srogą dla rodu panów
zwierzchnich i gwałciciela nienawiścią, umyśliła
zabić męża i dopełniła tego czynu w nocy, krwawy
zamiar osłoniwszy kłamliwym przymileniem niewieściej
czułości. Wytrzeźwiony Szwaczka, gdy po-strzegł, że go
niewierne kozactwo porzuciło, co w skok leci do Kaniowa i uprzedzając
Nebabę nagradza swoje niedbalstwo podburzeniem tamtejszych chłopów.
Nebaba tymczasem, postrzeżony w ukryciu swoim od polskiego szpiega, który
pod zmyśloną postacią starca, żebraka czy dudarza,
tajemniczym zjawieniem się i zniknieniem swoim, bardziej zaś jeszcze
niemiłą z minionych lat powieścią, serce jego tak boleśnie
zakrwawił, już odtąd zostaje pod ścisłym Polaków
dozorem. Ku wieczorowi zbiera swoich. - Wyruszają. - Dwaj
żołnierze polscy przebrani po kozacku, świadomi języka,
łączą się z nimi. Noc coraz bardzie) ciemnieje. Jeden z
przebranych szpiegów ofiaruje chęć swoje przewodniczenia po
błędnych drogach. Naprowadza ich manowcami na oddział Polaków.
Drugi wystrzałem znak daje. W okamgnieniu hufiec Nebaby otaczają
liczniejsi nieprzyjaciele. Zaczyna się bitwa; wtem postrzeżono
pożar zamku. Szwaczka już go był dobył, zapalił i
wewnątrz uganiając się za rządczynią, którą
zbrodnia obłąkała, zginął razem z nią samą i
większą swoich częścią pod stropami przetlałego
gmachu.
Szeroka na
niebie łuna czerwonego blasku płomieni przyświeca Nebabie.
Rozpacz kieruje jego uderzeniami i nowych sił mu przyczynia w pojedynkowych
zapasach z mężnym Polakiem, który, utraciwszy pałasz, zrazu
ustępuje natarczywości przeciwnika, lecz po chwili kruszy jego
szablę i tej szczątkami liczne rany mu zadaje. Nurzający
się we własnej krwi ataman Kozaków słyszy głos Kseni, która
od dawna tej bitwie z boku się przypatrywała. Nie broni jej
przystępu; owszem, wedle przemożności swojej w takim
położeniu, zmyśla obojętność dla ukarania
zadaniem nowej rany nienawisnego widziadła, zesłanego jakby z
podziemnych krain na kaźń za przeszłe jego grzechy. Po czym sam
utraca zmysły i dostaje się w moc Polaków. Oddział jego
zniesiony. Polacy spieszą ku ruinom zamku. Żadna pomoc uratować
by go nie zdołała. Lecz zwycięzcy chcą i mogą ukarać
sprawców takiego spustoszenia, których wzięli w niewolę. Gruzy zamku
przemieniły się w warsztat katowski. Do sprawiedliwości przydano
okrucieństwo wbiciem na pal ponad bramą zamku żywego jeszcze
Nebaby. Innych uszykowano w biesiadujące niby grupy, żeby na placu
łupieskiej sprawy swojej wśród wolnych płomieni konali. Nebaba
na palu wbity tyle miał jeszcze przytomności, że mógł
widzieć wszystko, co się koło niego działo. Wówczas to
nową oszpecona raną wysuwa się z gruzów Ksenia, przybliża
się, wspina na pal i całuje kochanka ostatnim, śmiertelnym
pocałowaniem, którym mu na wieki usta zamyka. Nebaba kona: niedługo
skonać musiała i Ksenia, bo jej zwłoki widziano w bliskości
tego miejsca.
Taka
osnowa poematu Seweryna Goszczyńskiego. - Charaktery jego nie są tak
szlachetne, jak w powieści Malczewskiego, ani tak zajmujące sytuacje.
Inna też rzecz, inny zawód. Wielkie jednak masy ogarnął!
Zresztą co tylko w scenicznym działaniu, w akcji dramatycznej z
pierwiastków swoich przed naszymi oczami się rozwija, rozplata,
niepochybnie utworem jest i sprawą prawdziwego artysty, prawdziwego poety.
Piękny fragment, piękna scena, szczęśliwie skreślony
charakter tej lub innej osoby zajmą na chwilę i chwilowe wzbudzą
oklaski: lecz tylko całość głęboko pomyślana,
głębokim rozmysłem artystowskim nigdy zapomnieniu nie ulegnie.
Nadać ruch masom, rozwikłać działanie - w tym całe
misterstwo geniuszu. Genetyczna, ruchoma być musi jak
umiejętność, tak poezja. Ten genetyczny, rodzajowy charakter
postrzegam w poemacie Goszczyńskiego: z tej przyczyny nie waham się
policzyć je do rzetelnych ozdób literatury polskiej, nie zbijając
bynajmniej słusznego zarzutu niepoprawności, owszem,
rozciągając go nawet dalej do samego tej powieści układu,
gdzie rzecz, osobliwie ku końcowi, nie tak jasno i zrozumiale
wyłuszczona, jak by życzyć należało. Znać
pośpiech tu i owdzie, znać skwapliwość: a z tego zawsze
rodzą się nieszykowność, ustyrki, zboczenia.
Powie kto:
"nie godziło się prostego Kozaka wysadzać na bohatyra
poematu!" - W czym atoli nie masz nic przeciwnego zamiarom autora.
Kozaków, jakimi byli w istocie, stawia przed oczy nasze. To jedynie
miał na celu, tego dokazał. Bohatyrem poematu może być nie
tylko Kozak, ale nawet żebrak, włóczęga. Komuż rześka
postać tego Nebaby w kosztownej burce, w wytwornym atamańskim stroju,
komuż się nie podoba? Któż go wśród hajdamackiej czerni nie
rozróżni z dumy na czole, po oblicza krasie? Jak sam zwierzchni Pan polski
tak przed panem hardy, duszą był dziewcząt i wieczornic. Ten
czarny wąsik jego, co nad różowymi zwija się ustami, ten wzrok, co
przy brwiach ciemnych tak raźnie odbija, ten kształt postawy
spiętej burką, co się tak wydaje w wspaniałym pochodzie,
jak maszt bajdaku lecącego w zawód z wiatrem po Dnieprze! Nie
prawdziwyż to wizerunek? Nie zajmujące, nie trafne schwycenie rysów narodowych
i charakterystycznej fizjonomii narodowej? - "Szczęśliwa,
którą zaczepi uprzejmie: szczęśliwsza, którą
uściśnie; najszczęśliwsza, której wstążeczkę
w sełedec zaplecie". To w milczeniu rozmyśla o zemście i
miłości, to przygania Szwaczce ostrymi słowy, że leniwy i
opój, wreszcie towarzyszów przeciwko niemu podburza i w zapłacie za
dzielną wymowę gnuśnemu starcowi przełożeństwo
odbiera! Dzikie, leśne serce jego. Popędliwy, niesforny,
zuchwały, mściwy, zakochany, w uniesieniu nie czyniący sobie
żadnego zmuszenia, okrutny. Z duszą i ciałem taki sam, jakimi
byli rzeczywiście owi Kozacy, o których wiemy z wieści i dumek.
Żadną
miarą, zdaniem moim, niechaj kto mówi co chce, tej hajdamackiej czerni z
literatury polskiej (jak niegdyś z społeczeństwa
podnioślejszym zapewne sercem niż mądrą polityką)
wypłaszać nie powinniśmy. To nieodrodne plemię dzikich
stepów potrzebne zdaje się naszej poezji, jak przedtem w usługach
Rzeczypospolitej odganiało od dziadów naszych postrach tatarskich i
nogajskich najazdów. - Ów Szwaczka z czarnym na twarzy szramom, u którego
wąs długi zwiesza się na pierś obrosła, ów
ociężały rozbójnik na Siczy, ów stary opój w powieści
Goszczyńskiego źleż wydany albo nietrafiony doskonale,
kunsztownie? - Niechaj nas ten gbur nie obraża. Bo to rzadki oryginał
i wpośród pierwotworów flamandzkiej szkoły zabrałby
niepoślednie miejsce.
Wierne
przeobrażenie, rysy, właściwość wydobyta z gruzów,
trafione lica, postacie dosadnymi ciągami pędzla, bijące w oczy
przeciwieństwa to pogańskiej Litwy, to chrześcijańskiego
krzyżactwa, to zaporoskiego ludu - owoż historyczne malownictwo
poetyckiej literatury naszej, które takim wdziękiem jaśnieje w
pismach A. Mickiewicza, B. Zaleskiego, S. Goszczyńskiego! Jest to, że
tak powiem, podstawa, tło, grunt realny poetyckiego w tym systemie
idealizmu. Cóż pomogą przepisy delikatnego gustu, jeśli je
przyłożymy do tych śmiałych np. wyrażeń autora Grażyny:
Poznali
męża Litwini z tych znaków:
Więc
cicho jeden do drugiego szepce:
To
jakiś urwisz od psiarni Krzyżaków -
Tuczny, bo
pruską krew codziennie chłepce!
O, gdyby
nie był nikt tu więcej z warty.
Zaraz by w
bagnie skąpał się ten plucha;
Aż
pod most pięścią zgiąłbym łeb zadarty.
Tak oni
mówią, on niby nie słucha.
Lecz
musiał słyszeć, bo się bardzo zdumiał.
A
chociaż Niemiec, głos ludzki rozumiał.
Szymanowski,
tłumacząc przez siedm lat Świątynię Wenery, za
żadne wieńce i mirty febowe nie użyłby wyrażeń: u
r w i s z, chłepce, plucha, łeb zadarty. Delikatność i
poprawność!! Cóż rzekną ci, co ustawnie wznawiają te
maksymy zniewieściałego gustu, na owe silne, dobitne, beotyckie,
malujące wyrażenia, które z ćmy tak starych lat wychylają
na widok powierzchowną ich szatę? - Zbierajmy rys za rysem i
słowo po słowie; każde odcieniowanie, każdy rzut myśli
miejmy za godne uważania. Jakiż jest ten Litawor? Jakie jego
chęci? Owe znowu kołpaki rysie, ta niedźwiedzia odzież
litewskiej młodzi, a z drugiej strony ten Niemiec nieruchomy na koniu, co
nabija strzelbę i z różańca mówi pacierze, cóż to za
widoki? - A też idylliczne, pasterskie figury Brodzińskiego? Te
śliczne stroje w Wiesławie, tu mowa, tańce, gody weselne
Krakowiaków i Krakowianek?
Obyczaje,
ubiór, wysłowienie, wszystko na jaśnią wyciągnione.
Wszystko w tej literaturze zziemianiało i polszczeje. Wszystko ma
dzielność swoję, wrodzoną moc, powab, sforność.
Wszystko się w pewien kształt składa. Z bezcielesnej myśli
jednym wywołane tchnieniem postacie, obrazy, widma! Z różnych stron,
z różnych części i okolic Polski zapomniane ozwały się
głosy. Rodowitość nasza w niejednej ukazała się
postaci. Wszystkie razem liście na drzewie, tak długo
skamieniałym i niemym, ojczystej poezji zaszumiały. Coś nim
wstrząsnęło niewidomą mocą od ziemi do korony, że
teraz szeleści i rusza gałęziami w wiatru powiewie i mruczy, i
gada jakby odczarowane. Piękny to instrument - śpiewające
drzewo! Różne wydaje tony, od najniższego, najgrubszego przez
pośrednie dźwięki skali do najwyższego, najcieńszego,
jak w strojnej orkiestrze złożonej z wielu dud, piszczałek,
dętych i rżniętych naczyń. Któż to wszystko wypowie? -
Oto w tej dzisiejszej poetyckiej literaturze naszej mamy westchnienie do
Stworzyciela nieba i ziemi w hymnie Woronicza. Jest to modlitwa przed
burzą. On wyliczał dobrodziejstwa Opatrzności dla narodu
polskiego wyświadczone: koleją przechodził dzieje nasze od
początku do końca, jedną, ale głęboką
myślą rozerwanego przymierza Twórcy z miłym jemu ludem wszystkie
swoje farbując utwory. On ustawnie mowę swoję podwodził ku
tym słowom u Jeremiasza zapisanym: "klaskali w dłonie przechodzący
drogą, poświstywali i wstrząsali głową, mówiąc:
bram waszych postać okopcona i toż to jest miasto niegdy od tylu
tysięcy oświeconych i użytecznych mieszkańców
osiadłe". To najstarszy poeta w kościele pamięci narodowej.
Wziął na to, zdaje się, poświęcenie, żeby przy
ołtarzu przeszłych czasów służbę sprawował i czuwał,
żeby płomień gorejący na nim nigdy nie wygasł. Dobrze
pełnił powinność swoje: dla niego przeszłość
nie była ani skorupą garncarską, ani dymem gryzącym oczy. -
Wtenczas, kiedy inni szukając chluby z postronnego dowcipu
odstrychnęli się od prawdziwej prostoty i piękności, on sam
jeden rozmyślał o narodowym pieśnioksięgu, a
wzniósłszy ducha wysoko, na sam wierzchołek Libanu, dawidową
przestrajał arfę. Jest także inny mąż żywy, historyczny
w tej naszej literaturze, którą ustawnie pomnażał i
wzbogacał, która już w dziejach żyje jego życiem - wieszcz
z urodzenia i powołania, ze wszystkiego, co bądź kiedykolwiek
mówił, pisał i czynił, z samego nieledwie wejrzenia swej
sędziwej starości, z tych białych włosów, co skroń
jego wieńczą i na ramiona spadzią, z tych nareszcie nigdy nie
wygasłych wspomnień ojczystej historii, które oblicze jego
rozjaśniają i mgłą osnuwają poetycką, kiedy
się po naszych przechadza ulicach. To Julian Niemcewicz! - Ta literatura
ma świetne uniesienie liryczne i najpiękniejszą
idealność w nadobnym misterstwie, i indywidualnym talencie Adama
Mickiewicza, ma historyczne malarstwo w stylu porywającym Zaleskiego, w Grażynie
i powieści Malczewskiego. Ma na koniec fantasmagoryczność
swoją i prawdziwą poetycką alchemią w oryginalnym, dziwnym
geniuszu Goszczyńskiego. Z różnych składa się atomów, z
różnych pierwiastków - realnego i idealnego, snycerskiego i muzykalnego.
Tło jej różnowzorowe, różnobarwe.
O tej
poezji naszej obiektowej i indywidualnej, o tej jej wielkiej
rzeczywistości i zamyśleniu fantastyckim ledwo nie to samo rzec by
można, co Montaigne starą francuszczyzną powiedział o mowie
ludzkiej, jakoby była: un art leger, demoniade.
Toć
jest, co nazwałem na początku tego trzeciego rozdziału
architektoniką idealną efektów i wrażeń w systemie, naszej
dzisiejszej poetyckiej literatury! Masy światła i cienia
sprawują skutek zamierzony na malowanym płótnie. Od stosunku
między realizmem i idealnością zależy także skutek w
systemie poetyckim literatury. Rzeczywistość i dumanie, realizm i
idealizm sztukmistrzów polskich - otoż wielkie masy nierównie jednak w
dzisiejszej literaturze naszej rozdzielone; ponieważ w oscylacji
poetyckiego geniuszu postrzegam wyraźniejsze zboczenie na stronę
idealizmu i melancholii. I to ma swoją słuszną przyczynę.
Tak być musiało w narodzie zawojowanym. Niechaj tak będzie. W
poezji odbiła się publiczna niedola.
Wymieniłem
takich tylko pisarzów, którzy, zdaniem moim, czynią największy
zaszczyt dzisiejszej literaturze polskiej. W ich dziełach widzę
reprezentacją imaginacji i fantazji polskiego narodu. Powinienem był
mówić także o pieśniach lirycznych Goszczyńskiego. Ale nie
wyszły jeszcze z druku. Innych z tak zwanej szkoły romantycznej -
naśladowców to Goszczyńskiego, to Mickiewicza, to Zaleskiego,
uważam jako samosłańców cisnących się do
powołania poetyckiego bez ducha i daru. - Pisarze z tak zwanej szkoły
klasycznej nie wchodzą w obręb mojego dziełka: mają oni
licznych stronników i wielbicieli; mają talent przyznany. Nie podaję
tego w wątpliwość, lecz mówić o nich nie chcę, bo inne
jest moje zdanie w tej mierze. Czytając ich dzieła nie zdaje mi
się, jakobym odprawował z kosturem pielgrzymskim wędrówkę
po tej ziemi, gdzie leżą kości i prochy dawnych pokoleń
naszych. W krainie ich zmyślenia nie masz tej mocy niewidomej, która nas
ciągnie ku sobie telluryczną własnością każdego
pierwotworu. Sądzę nawet, jakoby kolory ich poetyckie były takie
same, jakie mineralogowie naleciałymi zowią, kiedy np. cząstki
obce mineralne powierzchnią kopalnego ciała pokryją farbą
odmienną od koloru rodzimej jego masy.
Taka jest
nasza poetycka literatura. - Któż się chlubą nie uniesie
wyrozumiawszy ducha zamkniętego w tym systemie? W czyjeż serce
gorętsza iskra nie wejdzie? Dziwnym zrządzeniem zjawiła się
pośród nas taka poezja! Pierworodna, nienaśladowana, rodzinna,
majestatyczna
Wyniknęłali
z głębokich skrytości i tajemnych wzruszeń? Cóż
oznajmuje? Odrodzenie się na duchu.
To systema
poetyckiej literatury naszej w początkach swoich jest świetniejsze od
systematu daleko liczniejszych tworów w wieku Stanisława Augusta:
świetniejsze od systematu daleko sławniejszych tworów i
głośnych w poprzek świata z wieku rzymskiego Augusta.
Teraźniejsza
poetycka nasza literatura jest tak polska i tak pierwotworna, jak nigdy
literatura poetycka w Rzymie ani tak rzymską, ani tak pierwotworną
nie była.
Niechaj
nikt nie mniema, jakoby to zdanie czcza chełpliwość
natchnęła. Gruntuję się w tym na fundamentalnym
założeniu pisma mojego. Ścisła tylko konsekwencja wiedzie
mnie do takiego wniosku.
Nikogo nie
chcę mamić paradoksami. - W teraźniejszym systemie naszych
poetyckich tworów zaczynamy pojmować samych siebie. Systema to jest
objawieniem się przeszłości historycznej w literaturze i
skarbnicą pojęć współczesnej cywilizacji. Do tego Rzymianie
nigdy nie przyszli w naśladowanej poezji swojej.
Wracam do
punktu, skąd wyszedłem.
Znać
siebie jest to mieć grunt pod sobą i wewnątrz ujęcie.
Człowiek
jako jednostka, jako osoba przychodzi do tego uznania, skoro myśleć
zacznie.
Jednostka
zbiorowa (naród) tym samym sposobem przychodzi do tego uznania - to jest w
wyciągnionej na jaśnią myśli ogólnej - w systemie swoich
działań i tworów umysłowych.
Takie
systema jest literaturą, którą naród może mieć ujęcie
samego siebie i uznanie w swoim jestestwie.
Literatura
reprezentuje jego władze intelektualne.
Imaginacja
i fantazja umysłu ogólnego objawia się w dziale oryginalnych tworów
poetyckich i kunsztownych. Pamięć w tworach historycznych. Um i rozum
w filozofii, w umiejętności, w oderwanym myśleniu.
Na grze
tych wszystkich władz, na ich bezprzestannym działaniu zależy
istota narodu.
Jeśli
którekolwiek z tych usposobień intelektualnych w nieczynności zostaje
i na zewnątrz się nie wyraża, wtenczas jednostka zbiorowa nie ma
zupełnego i doskonałego uznania w jestestwie swoim. Jestestwo to niezupełnie
rozwinione albo jeśli pierwej było rozwinione, a następnie z
pierwotnej wychodząc dzielności chromieje i traci używanie tej
lub innej władzy: czas ten bywa zawsze czasem słabości,
starzenia się, niknienia. - Roztrząsać literaturę
jakiegokolwiek narodu podług tych psychologicznych względów jest to
poddawać umysł publiczny, powszechny rozkładowi i niejako sekcji
anatomicznej.
To
obrócę do Rzymian. - Jako tragedia ciągnąca się przez wieki
jest historia rzymska. Najzręczniejsi aktorowie tej sceny starożytnego
świata przechodzą wszystkie inne narody sztuką dziejopiską.
Ku schyłkowi rzeczypospolitej i później nie dopuścili wielcy
pisarze, żeby to, co godne było przechowania w niezamierzone czasy,
niepamięć zatarła. Rzym. ten polityczny Lewiatan starożytnych
ludów, taki, jakim był różną koleją wzrostu swej
potęgi i zepsucia, maluje się we fragmentach Sallustiusza, w
szlachetnym, prostym, jasnym stylu Cezara, w ozdobnej powieści Liwiusza, w
mocy, w głębokim wejrzeniu na serce człowiecze i nigdy
niezrównanych wysłowieniach Tacyta. Któryż naród w starym
świecie miał taką literaturę historyczną? Grecy, we
wszystkim innym wyżsi od Rzymian, z każdego innego względu
trzymający przodek przed nimi, w tej jednak mierze im nie
wyrównywają. Lecz to właśnie z przykładu Rzymian
wiedzieć mamy, że pisane dzieje rzetelnego wsparcia nie niosą
słabnącej w umyśle narodowym pamięci, jeśli tej
nadobne sztukmistrzów dzieła i zmyślenia poetów, osnowane na
ojczystych tradycjach i wyciągnione z rozkorzenionej głęboko
wiary, wzajemnie nie mocują i nie krzepią. Historia, szczególniej
początkowych czasów, tym poetyckim nie ubarwiona wdziękiem, w tym
przeobrażeniu artystowskim przed oczy nie przełożona, im dalej,
tym bardziej ciemnieje i staje się niezrozumiała - albo jako strumyk
odcięty od pierwotnego zdrojowiska schnie, niknie. Powieść
kronikarska z wierzchu tylko rzeczy dotyka. Te gołe fakta mają
przecież wielką wartość! Są to jako węglem albo
kredą z gruba narysowane kształty, które za staraniem malarza
życie i ducha przywdziać mogą. Jakiż stosunek
zachodził między poetyckimi czasami historii rzymskiej a
poetycką Rzymian literaturą? Żaden prawie. Nie było
związku między pamięcią i imaginacją tego ludu. Mieli
zapewne Rzymianie uznanie samych siebie w swoim jestestwie tak
długotrwałym i nierozdzielnym. Ale to, co nazwałem uznaniem,
gruntem bytu, ujęciem wewnątrz, było u nich, że tak
rzekę, empiryczne tylko, nie idealne. Duch rzymski wyraził się
samą rzeczą praktycznego życia, działaniem, przewagami, ale
nie wyraził się w systemie idealnych tworów, oderwanych
pojęć i myśli. - Nie mieli ani filozofii swojej, ani poezji.
Jaka
była rzymska cnota, jaki charakter, jakie obyczaje, jaka
wielkość, pokazało się to w słynnych po wszystkie
czasy podbojach i polityce Rzymian. Lecz tego nie znać w ich poetyckiej
literaturze. - Mieliż Rzymianie własną imaginacją, jak
Grecy? Mieliż, jak dzisiejsi Polacy, swoję poezją rodzinną,
nie naśladowaną? Ich systema poetyckiej literatury byłoż
ugruntowane na odwiecznej posadzie historycznej? Odbiłyż się w
nim rysy poetyckiej przeszłości? Mieliż choć jedną
powieść tak ojczystą i tak miejscową, jaką jest np. Maria,
Wiesław, Grażyna, Rapsod rycerski?
Nie
stawałoli im wątku? Czy ochoty? - Najpewniej, że i nie
pojmowali, w czym tkwi istota poezji. Natura nie pochlebiła Rzymianom w
udziale tego daru. Na próżno uśmiechały się do rymotwórców,
biesiadujących za stołem Augusta, wdzięczne postacie starej
Italii. Pasmo wzdarzeń samo przez się fantastyckiemu nawijało
się zmyśleniu. To Romulus, to Horacjusze i Kuriacjusze, dalej podniosły
Tarquiniusz i Lukrecja, a dalej jeszcze nieprzerwaną koleją Porsena i
Scewola, na koniec Koriolan! To wszystko przecież nie tknęło
zimnej duszy łacińskich wierszopisów. Przez wieki podawał
Regulus ulubieńcom Mecenasa bratnie, rozkrwawione dłonie. Wzruszyliż
się losem tego bohatyra? Woleli raczej cudze przekowywać sagi,
podania. Niepojęte krzywego sądu omamienie! Na scenie rzymskiej
wystawiano Ifigenią i Edypa, Prometeusa i Atrydów - same
cudzoziemskie, greckie sprawy; a Kornel i Kolin rzymskich wskrzeszają
bohatyrów na scenie francuskiej i niemieckiej. Pierwszy z Liwiusza napisał
mierną sztukę Horacjusze i Kuriacjusze. 4 Drugi na
wiedeńskim teatrze wystawiał Regulusa i Koriolana.
Obadwa usiłowali wrócić poezji to, co było jej
niezaprzeczoną własnością.
Wzgardzili
Rzymianie swoją uczciwą, ojczystą tradycją. Wzgardzili
ojczystą wiarą i pierwotnymi sagami, dowcipy i rozumy swoje na
hellenizm wysilając. I im także, jak Francuzom za rządów Ludwika
XIV, przypadło do smaku greckie, klasyczne misterstwo. Jakże drogo to
wyłączne przepłacili upodobanie! - Darmo przestrzegał stary
Kato. Darmo po wielekroć uchwalał senat rzymski wygnanie greckich
sofistów, wykrętników, retorów. Grekomania, wziąwszy górę, wszystkich
opanowała umysły. Wkrótce też ustał związek
między pierwszymi i pośrednimi rzeczypospolitej czasami. Postronne
obyczaje, obca rozwiązłość, cudze zepsucie i zbytki
skaziły początkową prostotę i uczciwość
rzymską. Zerwała się nić wnętrznego przypomnienia.
Wreszcie niepamięć przywiodła umysł publiczny ku ostatniemu
w roztyrkach domowych obłąkaniu. Enniusz chełpił się,
przechwalał jakby z wielkiej rzeczy jakiej, że pierwszy z Rzymian,
wniwecz obróciwszy starą italską poezją, greckie heksametry w łacińskiej
mowie niezgrabnym i kulawym naśladował wierszem.
Pisarze
rzymscy, odstąpiwszy od swojej narodowości, rozmiłowali się
w jałowym naśladowstwie. Ich poezja nie jest historycznym, jak
helleńska, pomnikiem. Fryderyk Szlegel, jak może, usprawiedliwia to
zboczenie. Spycha całą niemal winę na okoliczności. Utrzymuje,
że nie mogło być inaczej, zdanie swoje popierając bacznym
względem na politykę. "Rzecz godna uważania - są
słowa tego uczonego krytyka - że Rzymianie, po tylekroć
probując sił swoich w poezji dramatycznej, nigdy przecież do
tego wzdarzeń, jakie im ojczyste podania i krajowe nastręczały
dzieje, nie obierali, aczkolwiek te zdarzenia tak są poetyckie i
dramatyczne, że je nowsi traicy, wydobywszy z zapomnienia, na
dzisiejszą wprowadzili scenę. Lecz kto pilniej wejrzy w charakter
właściwy tej historycznej poezji, łatwo postrzeże, dlaczego
tak być musiało. Uczucia patriotyczne, zamknięte w owych
podaniach, raziłyby przypominaniem na scenie zbyt świeżych
wypadków. Weźmy na przykład historią Koriolana. Któryż z
poetów rzymskich byłby się odważył tego patrycjusza takim,
jakim był rzeczywiście, to jest, unoszącego się
zawziętą przeciwko plebejuszom nienawiścią, wystawić
na teatrze w owym czasie, kiedy usiłowania Grachów zmierzały ku
ukróceniu tej samej dumy patrycjuszów i obwarowaniu swobód ludu rzymskiego? Jakiż
widok byłby stawiał na scenie rzymskiej Koriolan, wygnaniec, w
słusznym poniekąd oburzeniu miotający ostre, zelżywe
słowa na swoich ziomków? Szczególniej pod owę porę, kiedy
Sertoriusz, najzacniejszy z ostatnich Rzymian, sam także na wygnaniu
tułał się po Luzytanii i Hiszpanii, tam rozmyślając o
ocaleniu rzeczypospolitej i założeniu nowego Rzymu? Któż by
był wreszcie zniósł widok Koriolana na czele zwycięskich
nieprzyjaciół, grożącego zgubą własnej ojczyźnie,
kiedy Sulla z zbrojnym wojskiem w rzeczy samej postępował ku
Rzymowi?..."
Cóż
by się tym sposobem usprawiedliwić nie dało? I któż by nie
wyszedł taką obroną z najcięższego zarzutu? Lecz,
zdaniem moim, pozorniejsze są niż prawdziwe te przełożenia
Szlegla. Nie idą w tej mierze jego wymówki. Właśnie też
poeta dramatyczny w czasach Grachów niczym nie byłby tak dogodził
pospolitemu użytkowi (jeżeli tylko poezja co wspólnego mieć
może z pożytkiem i polityką), niczym nie byłby tak dobrze
usłużył sprawie ludu, jak wystawieniem na scenie dumnego
przywódcy stronnictwa patrycjuszów, człowieka podniosłego serca,
bystrego rozumu, nieukróconej burzliwości. Zelżywe wyrazy Koriolana
nie byłyby nikogo zgorszyły, gdyżby to nieukojonemu żalowi
i cierpieniom wygnańca przypisano. Wreszcie na widok Koriolana,
niosącego zginienie rzeczypospolitej z nieprzyjacielskimi, zastępami,
byłyby się zatrzęsły filary i ściany kolosalego gmachu
od oburzenia i zgrozy słuchaczów. Duch męstwa byłby
wstąpił w prawe serca rzymskie i Sulla byłby doznał
większego oporu. - Niechaj co chce mówi Szlegel, rymotwórcy rzymscy
żadnym usprawiedliwieniem nie wyjdą z tego obwinienia, że rzecz
tak ojczystą, tak rzymską, tak poetycką, dramatyczną, nie
ukazaną na scenie narodowej, w niepamięć puścili. -
Czyliż następnie wielka popularność Cezara Augusta, pochlebiającego
miłości własnej Rzymian przestrzeganiem powierzchownym dawnych
nawet form znikłej rzeczypospolitej, lubo rzeczywiście on sam
nieograniczoną sprawował władzę i owej, w którą
Szlegel ugodził, nie uprzątnęła przeszkody? Czyż
Mecenas i August sami nie skłaniali ulubieńców swoich do pisania w
rzeczach ojczystych z podań dalekich, narodowych? Czyż ustawnie swej
mowy ku temu nie podwodzili? Czyż o tym sam Horacy po tylekroć nie
wspomina? - Alboż to trzydziestoletnia wojna w Niemczech umysłów nie
rozjątrzyła? Nie rozerwałaż mniemań, pojęć,
wiary więcej jeszcze niżeli w Rzymie roztyrki domowe? A przecież
nie odwiodło to Szyllera od napisania trajedii Wallenstein,
którą wystawują po wszystkich teatrach niemieckich, w samym nawet
Wiedniu: lubo Wallenstein o niczym szczerzej nie przemyślał jako o
wstrząśnieniu, wyciągnieniem ręki swojej po koronę
czeską, monarchii austriackiej.
Prędzej
podobno temu dać by wiarę można, że jak skoro Tarent,
cała ziemia italska i Sycylia, Macedonia i Kartagena. Hiszpania i Achaja
zawojowane zostały, panowie znanego wówczas świata wstydzili się
może szczupłych początków swoich, nie chcąc
zasięgnąć pamięcią małego Rzymu, który
kiedyś walczył z Sabinami i przez dziesięć lat weje
oblegał. Przetoż odłożyli na stronę wieść
swoją bohatyrską i narodowe podanie. Podobni w tym owym
ulubieńcom fortuny, tak zwanym od Francuzów parvenus, co
przyszedłszy z ubóstwa do bogactw i wielkiego dostatku, swego rodu
się wyrzekają, a daliby połowę mienia za to, żeby go
na wieki głucha zatarła niepamięć.
Nie
odstąpiłem od rzeczy mojej tym wkroczeniem w literaturę
łacińską, na której niemal wszyscy pisarze nasi zygmuntowskiego
wieku, jako i po większej części za rządów Stanisława
Augusta, kształcili się, której ducha niejako w polską przybrali
szatę. Owszem, zajmując tę literaturę razem z naszą
dzisiejszą pod jeden szczególny widok i uważając ją z tego
samego względu, podpieram i mocuję myśl, na której wszystko stoi
w tym piśmie; tę myśl: że naród jedynie tylko w
porządku swoich działań i tworów intelektualnych przychodzi ku
uznaniu samego siebie w swoim jestestwie. Nie pobłądzi zapewne, kto
tę miarę przyłoży do każdego systematu estetycznego.
Jest to szeroki obwód, gdzie wiele rzeczy zmieścić się może.
W tym rozumieniu powiedziałem: że dzisiejsza poetycka literatura
nasza jest tak pierwotna, tak ojczysta, tak polska, jak nigdy poetycka
literatura w Rzymie za Augusta Cezara ani tak rzymską, ani tak
pierwotną nie była. Zaiste śmiałe zdanie! Ale nikt mnie nie
zarzuci, jakobym przeszedł miarę w wysokim mniemaniu o talentach i
dowcipie zacnych rodaków i spółziemian moich, kto pilniej wejrzy w to, co
położyłem za fundamentalną zasadę niniejszego wywodu.
Nie idzie mi tu o liczbę ani o rozciągłość, ale o wewnętrzną,
artystowską wartość szczególnych tworów tudzież o ogólny
kierunek i ekspresją ducha w całym systemie poetyckiej literatury.
Otóż we względzie tej ekspresji i tego kierunku, który tak
pomyślnie rozwijać się zaczął w naszej dzisiejszej
literaturze, mamy niewątpliwe pierwszeństwo przed liczniejszą
daleko i bogatszą literaturą łacińską.
Odłożywszy na stronę cudzoziemszczyznę, zaczynamy swoim
rządzić się zdaniem, myśleć swoją
głową, wynajdować swoim dowcipem, stwarzać własną
fantazją. Pisarze nasi poszli za natchnieniem własnego talentu! Z
gruzów przeszłości wydobyli porządek poetycki, historyczny,
ojczystą rozbłyśniony nadzieją i blaskiem. Tego nigdy nie
dostąpili rymotwórcy łacińscy! - W ich najświetniejszych
tworach pozostały ślady, na których nikt omylić się nie
może, naśladowstwa obcych, greckich talentów. Jak mogli hellenizowali
imaginacją swoją. Pisali wiersze na cześć obcych
bożków i rycerzy. Przejęli kształt i rzecz obcą. -
Dzisiejsza poezja polska wyraża myśli i idee dziewiętnastego
wieku; oddaje cześć miejscowym pamiątkom: natchnienie swoje
zasila podaniem i wiarą ludu, tej nawzajem niosąc wspomożenie.
Ledwo nie
w przysłowie poszło u nas, które z osobliwym upodobaniem
wciąż jedni za drugimi powtarzają, że Rzymianie,
zawojowawszy Greków, nawzajem od nich podbitymi zostali okrasą wymowy,
dowcipem, sztuką. Zdaje się nawet, jakoby za zasługę
zwycięzcom poczytywano, że po swojemu, to jest po rzymsku, i
myśleć, i czuć przestali. Nie jest to jednak tak wielka zaleta!
- Świetne przewagi, mnogie zabory, liczne podboje Rzymian takich na ród
ludzki dobrodziejstw nie zlały, żeby późniejsza krytyka nie
miała wytknąć rzetelnych przywar i niedostatków tej ich
cywilizacji skądinąd przeszczepionej, z włożeniem na
literaturę rzymską obwinienia antynarodowej dążności.
Z pozostałych ułamków niezbyt wysoko oszacowali krytycy tegocześni
stratę dzieł dramatycznych, jakie na teatrze rzymskim ku
schyłkowi rzeczypospolitej i później wystawiano. I w rzeczy samej,
jakież mniemanie obznajomionym z grecką sceną wrazić
mogą sztuki Seneki? Nic musiałyż stępić uczucia ludu,
chciwego wszelkich widowisk, który z takim upodobaniem przypatrywał
się krwi rozlewowi to lwów, to słoni, to szermierzy tysiącami
ginących na scenie nie udaną, ale prawdziwą śmiercią?
Tkwił po wszystkie czasy (jak mówi Wilhelm Szlegel, krytyk bieglejszy od
brata swego Fryderyka) ten sęk w charakterze Rzymian, że pierwszy
założyciel ich sławnego grodu piersi macierzyńskich nie
pożywał, ale drapieżną ssał wilczycę.
Uczęszczali na amfiteatr, gdzie się zapaśnicy mogli byli
wyćwiczyć w gimnastycznej zwinności, ale gdzie by się
Sofokles nigdy niczego nie był nauczył. - Grecy nie lubili takich
igrzysk. Gdy za cesarstwa chciano zaprowadzić podobne walki gladiatorów w
Koryncie, rzekł któryś z mieszkańców tego miasta: "nim
przywykniemy do tak nieludzkiego widowiska, trzeba by pierwej zburzyć
ołtarz litości".
Nie lepiej
wiodło się Rzymianom w innych oddziałach rymotwórczej
literatury. Największy poeta łaciński Lukrecjusz
zabrnął w rzecz sofistycką filozofii Epikura, która ani z jego
twórczym geniuszem, ani obyczajami rzymskimi i stoickim ich charakterem w
lepszym czasach, ani wreszcie z istota nadobnego misterstwa do miary nie
przypadała. Pisząc o dziwach przyrodzenia wedle zasad atomistyckiej
szkoły, chybi, zdaniem moim, w wyborze przedmiotu, bo atomy, wulkany,
wezbranie wód, natura organiczna i anorganiczna same przez się nie
mogą być materiałem poematu. Horacemu, po smacznych obiadach u
Augusta, stawały niekiedy w pamięci czasy rzetelnej wielkości i
chwały rzymskiej.
Wtedy
najpiękniejszym unosi się zapałem! W tych tylko
przemijających natchnieniach, w tych wylotnych błyskach swego ducha
jest prawdziwie rzymskim poetą. Nie wtedy, kiedy oschłe prawidła
sztuki gładkim wykłada rymem, ani kiedy przywary, które się
skądinąd wśliznęły do Rzymu, dowcipną satyrą
nicuje, ani wreszcie kiedy układnością dworaka i talentem
przedpokojowego wierszopisa kadzi wonnymi pochlebstwy uzurpatorowi i swoim
poplecznikom. Z przykładu Horacego wiedzieć to mamy, że
najszkodliwsza atmosfera dla genialnego talentu jest w pokojach i względach
władzy. - Wirgiliusz chciał spalić Eneidę. Szczerze
czy tylko na okaz autorskiej skromności? Cóżkolwiek bądź
naciągnienie trojańskiego podania ku pierwiastkom Rzymu nie czyni go
jeszcze oryginalnym poetą. Wszędzie tuli się pod skrzydła
Homera. Krok w krok za nim idzie, jak dziecię za matką. Nie tylko
istotę, ale i zewnętrzne formy przejął od swego mistrza.
Zostaje mu przecież chwała z okrasy pióra i gładkiego wydania. -
Dlaczegoż pierwsza część jego poematu w porównanie z
ostatnią iść nie może? Bo w tamtej miał przed
sobą piękną powiastkę, o którą się otarł
dowcip grecki: w tej zaś, więcej rodowitej, italskiej, musiał
się wzbijać własnymi siłami. Dlatego też i nie
podołał ciężarowi! - Lecz sami Rzymianie wiedzieli, czego Eneidzie
nie dostawało. Trudno i w tej mierze przystać na zdanie starszego
Szlegla (Fryderyka), jakoby Eneida, mimo wszelkie niedostatki i
ułomności swoje, była przecież prawdziwym narodowym
poematem rzymskim. Makrobiusz5 powiada, że żaki nawet w
Rzymie tego zaszczytu Wirgiliuszowi nie przyznawali. "Sed et haec et talia
- pisze Makrobiusz - ut pueris decantata praetereo."
Koniec pierwszego tomu.
|