|
KAIN
Wyszła mi z boru - w złocie warkoczy
z twarzą
indyjskiej Bogarodzicy -
w
błękitnych iskrach - w srebrnej przeźroczy -
nadksiężycowej
wieszczka świątnicy...
Ach,
rozkochały się w niej moje tęskne oczy -
ach, - i
zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy.
Jak wulkan krwawy w
łonie Arymana,
jak Samum, gdy
się wichrami rozuzda -
tak we mnie
otchłań - gwiazdami przetkana
leciała w
państwo słoneczne Ormuzda.
Ach,
rozkochały się w niej moje tęskne oczy -
ach, i
zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy.
Nie wzbraniał
mi jej smok, żelazna wieża,
zdradny labirynt ni
królewskie ramię -
miłość
zwycięży wszystko - wszystko złamie -
ale nie
miłość drugą do pasterza.
Więc
Śmierć przyzwałem - i śmierć odtąd żyje -
i wszechświat
cały grobowcem przywarła -
- - - czuję
mdły powiew - -
- - w oczeretach
gnije - -
z tęsknoty - u nóg mych - umarła.
Na pustej trzcinie rozpiąłem jej włos -
nad śniącą rzeką schyliły
się drzewa -
wiatr cicho płacze - ptak mogilny śpiewa -
to los mój -
los!...
głębiny
tajne pruć -
milczenia
głuche mącić -
jako stracona
łódź
od brzegu się
odtrącić -
mieć gwiazdy -
gwiazdy rzucić
i tylko
piosnkę nucić -
to los mój -
los!...
* * *
Magia mej duszy
niechaj Cię wywoła
z zarzewia komet
czy z mroku przepaści -
przyjdź -
ustroimy w lotus nasze czoła
i gibkie ciała nasze nard namaści.
Pachną mi dziwnie Twoje złote włosy,
jak prześwietlone senne kłosy.
Twych oczu lazur, jak górskie jeziora,
w których się pławi czarna sykomora.
A Twoje usta,
pachnące jak róże -
chłodne - jak
płomień zaklęty w marmurze.
W ogrodach piersi
kwitnące jabłonie,
jakoby
księżyc w mgieł srebrnych oponie.
Biodra toczone ze
słoniowej kości,
jako indyjska
świątynia miłości.
O przyjdź - na
liściach zwiędłych piszę
ten sen mój
obłąkany -
rzucam je w
strumień łez moich wezbrany -
niechaj w anielskie
odpłyną zacisze - -
Ale mi
włócznią swą miedzianą
potrząsasz - i
groźna jak mrok -
rozdzierasz serce
moje -
czarną
pianą
dysze mi toń -
ja pieczar tych smok -
weź moje
skarby i Twe zimne serce -
opasz - niech
błyszczy!
Szmaragd Ci wspomni
te zielone łąki,
po których
szliśmy strojni w asfodele -
rubin -
czyśćcowe jeziora rozłąki -
i
miłość, którą oddałaś w kościele
innemu - a diament - moje serce dumne,
stopione w ogniach i rzucone w trumnę.
Na czole Twoim płomień chryzolitów,
abyś widziała gwiazdy konające -
ortoklast zimny, smutny jak miesiące
zamrozi w oczach Twoich sen błękitów.
Ale ci jeszcze
składam te szafiry
i perły jak
chmury bezdomne,
i krwawej jaszmy
obłąkane wiry -
na znak, że
Ciebie nigdy nie zapomnę -
pierścień
Ci włożę z mrocznych karbonatów,
bo się
spotkamy - za progiem tych światów.
* * *
Kiedy Cię moje
oplotą sny -
jak białe
róże -
nie bój się
kochać - ja - i ty
w nieba lazurze.
Ziemia, jak echo minionych dni,
grające w borze,
a nasze duchy wśród martwych pni
wieszają zorze.
Serce mi splatasz koroną gwiazd,
hymnem warkoczy -
pode mną góry, wieżyce miast -
nade mną - oczy.
Dziwnie się srebrzysz, aniele mój,
w tęczowym piórze -
fontanny szemrzą, gwiazd iskrzy rój
wonieją róże...
* * *
Jest serca kraj na modrej morza fali,
gdzie Centaur dzikiej poucza mądrości,
gdzie bór indyjskie rozwiesza wonności
i w wodospadach rzeka się krysztali.
Tam żyjesz Ty - i Bóg mi Cię zazdrości
-
i weźmie Cię - gdy serce moje spali.
* * *
Błękitnym echem letniej żarzy,
szumem kwiecistych traw -
głęboko na dnie lśni i marzy
w czarze krateru staw.
Podziemnych duchów serce szklane
gra Bogu dziwną pieśń -
jak Anioł dumne, nieskalane
przez łzy ni pleśń.
Tu chciałbym marzyć w noc
gwiaździstą,
na czole mieć Twą dłoń -
i zejść przed jutrznią w uroczystą
głęboką zimną toń.
Lecz wiem, że wznosząc nad anioły
rajów Ci oddam moc -
sam w głuche muszę iść padoły
w głęboką zimną noc.
* * *
Na księżycu czarnym wiszę
patrząc w gwiazd gasnących ciszę.
W mroku dumnym i bezgłośnym
ze strzaskaną harfą snów
płynę - szukam jej -
nie odnajdę już.
INFERNO
Wichry i dżdże - niebo od gromów rozdarte,
węże błyskawic i wycie szatanów -
duch mój zgnieciony głębią Oceanów
szyderstwem kłuje swą zastygłą
wartę.
- Ha, Belfegorze! doli twej zazdroszczę,
bo ogień chłonąc, jak ptak
nieśmiertelny -
światów gasnących bard,
książę udzielny -
w Ławrach swych grzebiesz mar anielskich moszcze.
Skrzył fosforycznie, choć mróz lodowaty
ścinał me żyły. I
wyciągnął skrzydło
i pot uronił na żelazne kraty -
syknęły z bólu - i pękły.
Straszydło
wszponia się we mnie swym wzrokiem bez powiek
i szepce: masz mnie - jam twój skryty człowiek.
ANANKE
Gwiazdy wydały nade mną sąd:
- wieczną jest ciemność, wiecznym jest
błąd.
- Ty budowniku nadgwiezdnych wież
- będziesz się tułał, jak dziki
zwierz.
- zapadnie każdy pod tobą ląd -
- wśród ognia zmarzniesz - stlisz się jak
lont.
A gwiazdom odparł królewski duch:
wam przeznaczono okrężny ruch,
mojej wolności dowodem błąd,
serce me dźwiga w głębinach ląd.
Poszumy płaczą mogilnych drzew,
lecz w barce życia płynie mój śpiew.
Ja budowniczy nadgwiezdnych miast
szydzę z rozpaczy gasnących gwiazd.
KALLYPSO
Oh, brylantowe iskry na czarnym szafirze
niebiosów - oh, serca mojego łabędzie...
grobowce straszą mnie, cyprysy w kirze,
a jego nie ma, nie
będzie...
Lira mi pękła na grani ołtarza
gdybym chciała serce wypłakać swym
śpiewem.
Na górach pali się wulkanów żarza,
jak kiedy leżał rozbitek pod drzewem.
W brązowej twarzy, okolonej mrokiem,
paliły się oczy straszliwe:
skrzydlate słońca gdzieś w jarze
głębokim,
dumne, szalone, złe a razem tkliwe.
Raz - kiedy Centaur konał z mego noża -
(poznaję teraz - kara boża...)
Agralu! owoś pędził obłąkany
po kamienistych puszczach i uroczną
pieśnią
zakląłeś gwiazdy, Kocytu szatany,
abym ja była z tych, co w mękach nie
śnią,
powieki mając kleszczami obcięte -
dni moje - jako trawy zżęte...
Bóg mi się zjawiał w czerwonym piorunie,
za miłość moją darząc tron z
niebiosów -
lecz jam wolała wśród lilij i wrzosów
słuchać rapsodu na spiżowej strunie:
noc - pożar - wyrżnięte narody
i obłąkane widziadłem dziewice...
Leciały do mnie duchów korowody
za swą królowę biorąc -
Osmętnicę;
więc czarodziejskie
tworzyłam im raje -
kwieciste, wonne
zapomnień ruczaje.
Był zmierzch. A na
dnie groty gwiazdy się w jeziorze
złociły, jak
połamane w hieroglif miesiące -
on - na samotnej skale,
wychodzącej w morze
płakał - i
słowa rzucał gorejące -
krzyk przeraźliwy,
niby orła w klatce -
wnętrza
zadrgały we mnie - a już w matce.
...Płyń! do ojczyzny tęsknisz pewnie -
płyń!... nogi całowałam rzewnie.
Z wichrem poleciał w burzliwej zawiei
straszydła ścigać i lądy nieznane.
Fal słucham morskich, zapatrzona w pianę,
jako w trujący blady kwiat nadziei.
O ty, co zimne okrążasz padoły
samotny ogniu! w zagrobowej ciszy
siejący marzeń srebrnych asfodele -
oto ofiarne ci składam jemioły -
powiedz tej Mocy, która serc nie słyszy,
że tak się zetli, jak serce - w popiele.
|