* * *
Jak zwiędłe liście czernią me
kroki na śniegu,
Noc cicha, błękitna mimo chmur.
Błyskają ognie gdzieś z tamtego brzegu
-
wśród gór.
Noc cicha - mimo chmur - mimo zawiei.
Noc twórcza. Patrzę uśmiechniony
w życie i śmierć. Jam brat Amaltei,
ale z niebiosów strącony.
Apollo - Helios - Agni -
więcej ma duszo - nie pragnij.
Noc cicha, twórcza - borów szumy -
nad morzem księżyc skrzy -
w głębinie widzę tumy
i wieże trzy.
Na czarnej wieży biją dzwony -
to człowiek pogrzebiony.
Na purpurowej groźne straże -
tam przeznaczenie każe.
W trzeciej - co zowie się królewska -
lampa niebieska -
to Ty!
* * *
W mym sercu baśni o jutrzence
i fantastyczne kwiaty szronu;
w mym sercu jakby echo dzwonu;
w mym sercu zakrwawione ręce
grają na strunach miesiąca
odwieczny ciemny
hymn.
Schodzę w labirynt podziemny -
u stóp mych morze się roztrąca.
GŁĘBINY DUCH
W żelaznych trumnach króle Tatry.
Noc - wicher i warczenie
chmur.
Noc -
głębia i błyskanie watry.
Z topieli
pełznie okrwawiony Mór.
Na
głębię! na głębię!
na serce morza
pośród gór -
wśród
skał lodowo - śnieżnych
wirują
myśli jastrzębie -
duch rwie się do bezbrzeżnych
krain.
Odbijam tratwę w
mrok i patrzę w śmierci jamę
i tworzę nową
pieśń, jak Jubalkain -
olbrzymów pieśń
- umarłych bogów dramę -
olbrzymów pieśń
- Wöluspa i Szachname.
Wichry!
śnieżyce! mych szałów tabuny!
przepaście! bory!
słuchacze mych dum!
w zatorach zemsty law
kipiących szum -
serc potrzaskanych
tajemnicze runy -
księżyce,
gwiazdy - me bracia - me struny!
Azalim skald?
posiadłem dar cierpienia.
Azalim król? któż
większe ma przestworza?
tak Atlantyda rzucona w
głąb morza
tysiącem kolumn
błyszczy się i spienia.
Znam bogów brzask:
zielone oceany,
w płomieniach
zorzy lodowe katedry,
ryk mastodontów, paroście i cedry,
harf złotośpiewnych mistyczne peany
i demiurgów orszak zadumany.
Ponad górami, niby księżyc w pełni,
snuje me serce czarodziejską przęśl -
fiołkowy obłok u stóp mych się
wełni -
a jezior szklanych zatopiona gęśl
gra wizje gwiazd -
- ja z uchylonej trumny
słucham - a wokół się walą kolumny
-
i ziemia drży pode mną - i drży serce
moje,
jak posąg, w miażdżonej
świątyni -
a w chmurach pędzą skrwawieni heroje,
pytając mię o znak: śmierć na
pustyni!
Nad górą świata, nad głębiami
szczytów,
słyszę jęk matki, co mi serce rwie -
rzucam w jej łono pył aerolitów -
rzuciłbym słońce - lecz się
łzami mglę.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
~ ~ ~ ~
Z czarnych kryształów mój pałac - w gryfy
lemury rżnięty -
gwiazdy przez witraż świecą
zamarznięty.
Perły posadzką, w koralach namioty -
huczą nade mną gdzieś przeznaczeń
młoty.
Myśl moja rzeźbi posągowe mary
[na Jowiszowym czole stygmat kary].
Po salach błądzę jako lew skrzydlaty
[echem grobowym wtórzą kazamaty].
W melodiach ciszy nie zadrga zasłona
[w trumnie z ołowiu ktoś jęczy i kona].
Mrok zimny pluszcze w spiżowe podwoje
[gwiazdy migocą w zmarzłe serce moje].
Zgrzytnęły dźwierze - pleśń i
katakumba -
pochodnia krwawi napis: in haec tumba.
Wyrazy milkną, lecz połysk przelśniewa
-
w trumnie z ołowiu glos żałobny
śpiewa.
Chyłkiem się wije cień zamaskowany -
idę rozpacznie do ostatniej ściany.
Dotknąłem gwoździa - nisze się
ozwarły -
padłem na progu, jak człowiek umarły.
Nieznana ręka podjęta mię z prochu -
widzę grób - lampę konającą w
lochu.
Na stopniach klękam sarkofagu -
od blasków się źrenica mruży -
jak dwa płomyki białej róży
świecą dwie ręce zapalone -
dwie żywe ręce - jak przy Magu -
me serce żywcem pogrzebione.
I zaszlochały łzy w głębinie,
zamigotały skrzydła zmięte -
aniołów grają chóry święte -
w różanych widzę mgłach
świątynię -
ale me serce już pęknięte -
już go tym rajem nie upoję -
anioły lecą ze mną w boje.
Precz! - i wydarłem złote miecze -
od przepaści moich progu
wara wam - i wara Bogu!
oto me serce człowiecze -
rubinowa tajemnica -
oto je rzucam w odmęty!
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Jak czarna lecę błyskawica,
nad przepaściami słychać me
tętenty.
A za mną śpiewa borów chór
i łkają dzwony zatopionych miast -
krwawi się serce morza pośród gór -
konają tęcze zdruzgotanych gwiazd -
hurra - tytany! w ręku piorun siny -
ten świat roztrącić - w
głębiny! w głębiny!
NOKTURN
Las płaczących brzóz
śniegiem osypany,
pościnał mi mróz
moje tulipany.
Leży u mych stóp
konająca mewa -
patrzą na jej trup
zamyślone drzewa.
Śniegiem zmywam krew,
lecz jej nic nie zgłuszy -
słyszę dziwny śpiew
w czarnym zamku duszy.
Pokażę zamek wam nad czarną
głębią,
zarosły w tamie, bluszcz i
dziewięciornik -
pokażę duchów siedzibę
jastrzębią,
wydartą przez mój miecz, a nie
paciornik,
i pójdę z wami w śpiewne kurytarze
-
podziemny znicz i piorun wam ukażę.
Królestwo moje na miedzianej turni
nad łez doliną w gradach i
obłoku;
na skalnej zbroi śnią rycerze
jurni,
kołysząc włócznie zielone w
otoku -
nad hełmem szafir, gwiazdami usiany,
a pod
pancerzem serce i wulkany.
Jałowcem
pachną krzesanicy pola,
białe
pustynne jak sybirski cmentarz -
wszystko
tu wieczne, jak ból i niedola,
a
choćbyś z pułkiem szedł, jak regimentarz,
widząc
toń zimną i martwą jeziora,
poczujesz
nagle w sercu szpon upiora.
Dni moje
przeszły, jak cień - i nic w górze -
o Chryste
- i Tyś minął - jestem dumny,
widząc
zmierzch bogów - serce mam w marmurze,
a me
tęsknoty zwarły się w kolumny
krwawych
bazaltów... Nie dbam o bożyszcza -
z Walhalli
mojej dymią mrok i zgliszcza.
Zwano
mię Chrobry. Stalowe koncerze
biły
jak hajnał w mego ducha dzwony,
mój róg na
puszczach zwoływał rycerze
i rzewne w
gajach straszył dziwożony,
gdym
wiódł w urocze rzek leśnych zakręty
purpurą
strojne, zdobyte okręty.
Obłok
się we mnie wpił żelaznolicy
i
głaz otulił, jak giezło grobowe.
Pamięć
półsenną dawnej mam świątnicy,
kiedy
się w tęczach ukazował Prowe
i
pszczół pobrzękiem szumiały lewady -
pod
rosochatym dębem wojsk obrady.
Lecz
świat mój umarł. Błądzę nad wybrzeżem
wsłuchany w pomruk wilgotnych kamieni.
Mój róg - bez echa... Cisza mi pacierzem
była, a dziś już me serce
rumieni.
Gram tryumf -
wicher mi łka przez szczeliny -
gram wieszczby -
miesiąc zakrwawia się siny.
Umarł...
więc wichru i słońcu czarnemu,
które już
złotych nie wyda owocy,
gram, - a
hymnowi nie wyśpiewanemu
wtórują
cienie nadgwieździstej Mocy...
Mój Bóg już
umarł... w ogniu swe sztandary
palę:
miłości, nadziei, wiary...
WIDMA
Płyną z mogił duchy białe,
jak męczonych ofiar dym -
i swe szpony zlodowiałe
zatapiają w sercu mym.
I powstaje niepożyta
rozoranej ziemi moc -
wicher świszczę, wicher zgrzyta,
to upiorów sądna noc.
Kto jesteście - biali króle -
co szeptacie w
sercu mym?
wyją bomby,
świszczą kule -
i z reduty
płynie dym.
Jak ten
żołnierz się krwawi... idź precz!
szubienica skrzypi
i powiewa -
kto obróci w moim
sercu miecz -
temu serce moje
pieśń zaśpiewa.
Ha - coś tętni - karawan i grób -
ha, to jest -
sędziego tron -
widzę - siedzi
w gwiazdach On -
krwią bez
głowy ściekający trup.
A dokoła
groźny stanął huf -
zamarznięty na
bezdrożach lud -
lśnią na
barkach czarne pióra sów -
a na hełmach
ich gwiazdy - jak cud.
I ugiąłem
przed nim kolano -
i swą
głowę złożyłem na pień -
wtem
zapłakał mi tęczowy Cień:
czy
miłością i ciebie zbłąkano?
Ja odrzekłem:
wyleję swą krew
za ten jeden z mego
serca śpiew -
za ten jeden z ręki
Bożej cud -
za bijący w niebiosa grom - lud!
Lecz zahuczał przeraźliwy śmiech -
i na koniu poleciałem w cwał -
a spod kopyt rozpryskiwał grzech -
a na trąbie grał spiżowej - Szał.
I nie żądam już więcej
aniołów -
nie podaję już
siebie na zgon -
czuję - leci do mych
oczodołów -
z czarnej ręki
sypiący się szron.
I rozpędzam swego
konia w cwał
i przelatam żywe
groby w skok -
a na trąbie gra
spiżowej Szał -
a gwiazdami osypuje -
Mrok.
***
"Izali nad umarłymi cuda czynić będziesz?
Izali kto w grobie opowie miłość
Twoją
i prawdę Twoją - w ziemi zapomnienia?"
Duch mój zamieszkał
wyludnione miasta
i widmem nędzy
przepala swe oczy -
duch mój gdzieś w
dale bezimienne kroczy,
jak pogrzeb, wynoszący
trędowatych z miasta.
Biją mi głucho
popękane dzwony
i anioł ciemny
prowadzi za sobą -
i jak biczownik, okryty
żałobą,
płaczę - a w
łzach mych biją nieszczęść dzwony.
W zmarzłej dolinie Cienia śmierci,
gdzie gwiazd migocą sarkofagi,
buduję sobie dół - i nagi
z płomieniem schodzę w cienie śmierci.
Ty u bram moich, wiekuisty Boże!
wszak
władcą grobów jestem i pustyni -
nie
władcą nawet, bo nieraz się korzę
przed cieniem cienia - i smutek mię
czyni
bezwładnym, jako w krach zamarzło
morze.
Ale racz wstąpić do skalnej
wieżycy,
gdzie moje tygry wyściełam ajerem -
przed Tobą, królu, stanę bez
przyłbicy
i miód wyniosę przedni - sercem szczerem
-
sam jestem - Bór i Poświst moi
służebnicy.
Jarzą gromnice nad umarłym
ciałem
[z księgi mię żywych
raczyłeś wymazać] -
i obdarzywszy czarodziejstwa szałem -
piekło mi każesz strącać,
gwiazdy stwarzać
i jako harfą być - pod lodu
zwałem...
O Miłościwy! Ty mi ciemne moce
na okręt życia-ś dał - w
puszce Pandory
i serce moje - jak gwiaździstą
procę,
rozwichrzasz duchem, co się rwie w
przestwory,
a straż mi dzierżą
głuche, zimne Moce.
Oto mi płacze i budzi się wiecznie
gość mój tajemny i
więzień nieznany -
czasem, jak Helios, gra hymny słoneczne,
a czasem jęcząc jak żebrak
złamany,
tuli się do nóg moich - niebezpiecznie!
Bo za jałmużnę łez - on
dzikim śmiechem
wstrząsa kamienny sklep - i aż w
milczeniu
skarg potępionych napełnia mię
echem -
a twarzy jego nie widać w płomieniu
-
a na Oliwnej Górze zwał go Chrystus -
grzechem
I teraz czuję - siedzi za mą
głową
Archanioł
senny, co na krańcach ziemi
rozpostarł
skrzydła i baśń lazurową
gra na
organach palcami srebrnemi -
- -
Miłość -
- i drugie
niezgłębione słowo:
Śmierć.
Miałem
się Bogu spowiadać - nie będę.
Niech
serce leży w zimnej bazylice
osnute w
marzeń królewską legendę
i w proch
- dopóki zaszumią orlice
i tam
uniosą, gdzie wszystko zdobędę!
wszystko! i Ciebie czarny Polifemie,
coś mi roztrzaskał maszt niedoli
głazem - -
Serce jak wulkan w swoich ogniach drzemie,
zarosłe lilią i błękitnym
ślazem -
aż buchnie - i krwią swą
zaleje tę ziemię,
co u podnóża śni w jodeł
tęsknocie,
jako słowiki - gdy osiądą
groby.
Serce me tętni w głuchym grzmocie
i zasłuchane w płacz kamiennej
Nioby,
gotowe bluźnić, że
więdną stokrocie.
Niech więdną - kwiaty
rozstrzępione morzem,
niechaj się więzień szalony
uśmierca,
biegnąc puszcz wolnych lodowym
bezdrożem -
niechaj me serce pęknie - lecz z Twojego
serca
dobędę także jęk - tym
ostrym nożem - -
Ona umarła - i nigdy nie wstanie -
Ona zaklęta - i nikt jej nie zbudzi -
rzuciłeś w zimny loch - na
obłąkanie
tę Świętą, gdzie się
zakrwawi i zbrudzi
i wyprze Ciebie, słysząc kurów
pianie,
słysząc Judasza cekiny i
Piłatową
sprawiedliwość Boga...
- - - - - - - Ty opuszczony
Starcze - błąkasz się w
zamieć zimową,
a nicość bije w swoje czarne
dzwony,
a piorun wije gniazdo nad Twą
głową.
I tu przychodzisz - Twórco przeznaczenia -
[jak mnich wyklęty - aż na
krańcach wioski -
do samotnego nędzarza - wśród
cienia
żebrząc o węglik - w imię
męki Boskiej...]
- - - - - - - - - - - -
odszedł, nade mną zwarły
się sklepienia -
- - - - - - - - - - - -
Mroki, pochłońcie mię! wy
mię zatopcie, głębiny
- - - - - - - - - - - -
On nad urwiskiem, osypany szronem
gwiazd - w zakrwawionem
przestworzu... O, przebacz nam winy,
jako my Tobie - błogosławim dzwonem
umarłych -
- - mających umrzeć tej godziny.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Aniołowie grają hymn - serce moje
płacze -
Aniołowie idą w dal - serce me
przyklęka, -
i zostałem sam - gdzie grobowca
pleśń -
słońca nigdy już - ni gwiazd
nie zobaczę -
a prowadzi mię jakaś mściwa
ręka -
a prowadzi mię - wiekuistny żal.
MSZA ŻAŁOBNA
Idę nad brzegiem zamarzłego morza
[o Matko Święta, zmiłuj się nad
nami] -
wydęte - głuche - lodowe bezdroża
[o Matko Święta, zmiłuj się nad
nami] -
z czarnych rozpadlin wylatuje śnieg -
i z dzikim świstem uderza na brzeg.
Tu skały groźne - tam oślizgłe
jary -
kłębią się - wyją - na
powietrzu mary;
wody rzegocą
głucho pod stopami -
[o Matko
Święta, zmiłuj się nad nami].
Ja niegdyś Roger -
król Normanów -
z pychy sławiony i
czarnego męstwa -
wielem dokonał przy
woli szatanów,
wieże na gwiazdach
budując i księstwa -
Choremu niosę
grzechów odpuszczenie,
ale z mej duszy któż
mię wyratuje?
słyszę w
głębinach niepojęte drżenie -
morze swój kaftan
szalonego pruje.
Na turni kościół, a w podziemiach blask -
słyszę anielski śpiew i lodów trzask.
Wejdę na chwilę pomodlić się Bogu
-
wściekły mię wicher odtrąca od
progu;
ale przez okno
widzę złoty tron -
w
światłach tęczuje mi lecący szron -
a w tęczach
widzę rozśpiewany chór -
na tronie rycerz -
mój pośmiertny wtór.
Włos czarny mu
w połowie zakrył trupią twarz -
z sześciorga
skrzydeł płynie krew do czasz.
Na harfie niemej
gra - szatański zawtórzył śmiech
tej męce.
Rzekłem: pieśń Twoja odpuszcza Ci grzech.
Z gór się
olbrzymich bory łamały wśród łkań -
rzekłem:
rycerzu, ty się zorzą stań.
Tysiące nad
nim złotych rozbłysnęło piór,
księżyc,
jak kielich czerwony wśród chmur.
Drzewa szły za
nim - i krze - i ptastwo - i mogilny głaz -
i aniołowie w
blasku swych nieziemnych kras -
i czarne smugi
dziko rozkrakanych wron -
w pustym
kościele ktoś uderzył w dzwon.
[O czarna męko moja, o morze - wyjące pod
krami - !...]
rzekłem, odchodząc: duchy, pokój z wami.