| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Tadeus Micinski W Mroku Gwiazd IntraText CT - Text |
|
|
|
Już świt... Purpury są na niebie. Już świt... Wciąż nocne straszą mary. Sen to? czy zjaw? czy jakie czary? dusza mogiłę własną grzebie. Dusza ma blada z przerażenia, jako te zimne mgły na polu, dusza się lęka swego cienia - ten cień - czerwony jak od bolu. Ptaki się budzą - lecz ja słyszę - coś w moim sercu łzami rosi - w dół się przechylam, w wielką ciszę - serce się moje w dal unosi - serce się moje w dal wydziera - i już się stroi w kij pątniczy, w kamienną czarkę łzy swe zbiera, gdy będzie konać - Bóg policzy. [Tylko mi nie płacz - nie łam dłoni - ze snów otrząśnij się złowrogich - jest coś, co nas przed zgubą broni - nas - i naszemu sercu drogich]. . . . . . . . . . . . . . . . . Już Anioł chodzi między mgłami i je owiewa skrzydły swemi i tak uświęca, że nie plami ich pył, ni ciężar smętnej ziemi. Jako przejrzyste senne morze fioletem lśniące i błękitem falują mgły te po przestworze srebrzysto-jasnem, złotolitem. Nagle się mienią na różowo, jakby od szczęścia zapłonione - tak przenajświętsza Cię Królowo, maluje serce rozmodlone: w złoto-zielonej mgieł obręczy ognista róża lśni szkarłatem, rozwiewa skrzydła ponad światem - raczej na światów gdzieś przełęczy. Drzewa jak wyspy koralowe zaczarowane, niepojęte - obłoki, jak kadzidło święte, czerwone wewnątrz i lilowe. - - - - - - - - - - - Słychać za szybą tuż brzęczenie - to motyl rwie się do swobody - leć - i poleciał na ogrody - leć - i nieś słońcu pozdrowienie.
Słońce! Ty jesteś ziemi królem - Boże! Ty jesteś świata słońcem - Duszo! Ty jesteś bóstwa gońcem - Serce! Ty jedno - wiecznym bólem. * * *
Płyną ciche, srebrne łzy i fioletów płynie żal w nieskończoną ciemną dal - pachną zwiędłe bzy - to Ty, duszo? Ty!
W chmurach leci czarny ptak, niesie w szponach krwawy plon - - Czy to z Twoich dumnych łon - wyrwany ten znak? Tak, ma duszo, tak. - Tyś mię zaklął w tęczy snów - do tych szarych zimnych mglic - - co masz mówić - prędko mów - - łzy Ci płyną z lic - Nic, ma duszo, nic. * * *
Bądź zdrowa! [jak dziwnie brzmi dzwon!] Bądź zdrowa! [lecą liście z drzewa...] Bądź zdrowa! [miłość jest jak zgon...] Bądź zdrowa! [wiatr złowrogi śpiewa...] - Już nigdy! - Rwie serce Twój płacz!
- Wydarł się z piersi niespodzianie, - żegnam Cię: - trzeba - i Ty Boże racz - - litości!... - - W konie!... Chryste Panie. PRZED BURZĄ
Tak... więc mi radzisz jedno - zapomnienie - i przyjaźń dajesz miłosiernej siostry... Wiem - obowiązek, przysięga, sumienie - wiem - i nie żądam - wolę ja nóż ostry, niźli łagodne czyśćcowe płomienie.
Już późno... wróćmy. O, jak zmienne, Lenko, pogody świata - wiatr chmurzyska goni i pędzi prosto - patrz - w Twoje okienko podniebne, skryte w hiacynty i bluszcze - i tam łzy drobne, rzęsiste uroni.
Czy wiesz? gdy drżący wicher w szyby pluszcze mam dziwną pewność i dziwną obawę, że tak sam jeden będę w dni szarawe umierał... Nie myśl, że straszyć chcę zgonem - poję się życiem, jak faun winogronem.
Otóż i dom Twój. Deszcz okrutny siecze. Wszelka tragedia swą banalność wlecze. Milczysz? wciąż milczysz... i oczy masz wbite w szorstkie, zdeptane, brukowe kamienie - ja wiem - tam czytasz napisy wyryte - ja zgadnę: "depce po nas przeznaczenie"...
Mej duszy osnowa, którą ci składam na wieczność: był ból i była konieczność i Kain i grzech i Jehowa i ducha śmiertelny głód - a teraz wolność - i cud. Widzisz bezgrzmotne błyskania? piorun się w tej chmurze chowa. Z płomiennej róży kochania kto się skałą nie narodzi - zginie w powodzi. Śmiejesz się smutno - ciemne moje słowa... trzeba zwyciężać... zwyciężać... bądź zdrowa. ZOFIA CASANOVA (z hiszp.) SKARGI
Pod krzyżem zgięta - w mroku rozpaczy na ostrych głazach dusza się krwawi i swą Golgotę krwią serca znaczy... czy już z tej męki nic nie wybawi? Anioł, co strzeże przeznaczeń dróg - - Tak, rzecze - Bóg!
Cios mnie oślepił, zgubiłam drogę, rana zalewa wciąż oczy moje - pośród ciemności kroczyć nie mogę - i brak mi wsparcia - i tak się boję - co robić. Panie? drżę, jako liść - - Z miłością - iść.
Czyliż podobna wlec swoje życie z okropną wizją ciągłej niedoli? gadzinę myśli zatruwać skrycie i wiecznie milczeć o tym, co boli - gdy w uszach moich bez końca brzmi marność mych dni...
Tak więc - wśród duszy osamotnienia, gdzie każde tchnienie goryczą dysze - jakiż, o Panie, dasz cud zbawienia, aby się burza zmieniła w ciszę i przestał jęczeć rozbity dzwon? - Jedynie... zgon. OGIEŃ
Samotny siedzę przy kominka blasku, na ścianach drgają fantastyczne mary - z bezdźwięcznym śmiechem w takt suchego trzasku litanii słucham dusz - w łunach Ofiary.
Powoli smutek objął serce senne, jak pająk muchę, w szarą swoją przędzę; smutek tak wiotki, jako mgły wiosenne, a tak bezbrzeżny, jako ludzkie nędze.
Łuczywo gaśnie - pokrwawione ściany snują mi szeptem dziwne opowieści "szedł w nocy młodzian z Chrystusem nieznany" - a serce moje w okna mi szeleści.
Oh, zimno - czarno - źle - wicher na polu dmie - weź ono drzewko zmarznięte, rzuć je do ognia - niech zgorze - mój Boże! a serce moje uczyń równie święte.
WILIA
Memu Ojcu.
On do mnie pisał list - mój synuś mały! patrząc się w księżyc - na szrężodze szyby pisał mi rączką, że już nadleciały aniołki - Pan Jezus przyjdzie - łowią ryby - złote lśnią gwiazdki... - niech mój Tatuś wraca - Mama jest chora - Tatuś caca - mój Tatuś dusia... Lecz pewno wstrzymały chmury ten list, lub Anioł biały - bo mi się nie wdarł promień w stalagmity i nie oświetlił groty, łzami szumnej i nie przypomniał, że są gdzieś błękity - i Bóg - i w moim sercu dwie Jego kolumny.
Raduj się duszo moja w Panu, rozbłyśnij, jak zorza, w purpurze i zamek słońcu na strzelistej górze wybuduj - w dal od czarnego tumanu. Choćbyś utracił wszechświat - nie stracone nic - bo masz dwa. serca przelśnione i na tych skrzydłach wylecisz wśród pieśni.
Tobie syneczku, - pisze Tatuś dusia, że wróci - weźmie na rączki Jarusia i będzie z Tobą zbierał fijołeczki i będzie nucił piosneczki o kwiatku, co się nie rozwinął wcześniéj - - i Mama już płakać nie będzie...
Ale Cień groźny idzie za mną wszędzie i nie wiem, kiedy mię wyzwoli z tych mroków - Bóg. * * *
Kiedy odejdę w dal zostanie po mnie żal - daremny będzie żal, gdy płynąć muszę w dal.
Lecz tak się łączy żal z moją tęsknotą w dal - że patrzę w moją dal - jako w bezbrzeżny żal. SAMOBÓJCA
Biją w mą czaszkę, jak w dzwon, głuche grzmoty i krwawa ręka pisze mi przekleństwo. Ja wybierając los mój, wybrałem szaleństwo i porzuciłem raj i zeszłem w czarne groty.
I płynę w mrok - i wiem, że oto zgasnę, jako pęknięte słońce. W imię Ojca, Syna! mam w sercu głaz, a tu głębina - jam tułacz - ale będę miał królestwo własne.
Ta lufa zimna - lecz ogień gorący - dobry to ogień, co ucisza serce - na górach wschodzi blask błogosławiący me wrogi i płaszcza królewskiego zdziercę.
Jako pelikan - krwi mojej żywicą karmiłem - nicość! - a dzieci me z głodu umarły - a moja Matka niewolnicą obraca w żarnach krew i łzy narodu.
Wezmę mój pług - ja Piastów pogrobowiec - ja dumny kneź - zaoram ziemię czarną - i będą iskry iść - jak złote ziarno. - A na Łomnicy - strzaskam z porfiru grobowiec i wyjmę moje serce... DUSZA W CZYŚĆCU
Umarłych cieniom i w gwiezdne kurhany, składam tę urnę przetlonych pamiątek, jakoby ciała umarłych dzieciątek. Bo duch mój z ziemskiej jasności wygnany wstecz się ogląda na rodzinne łany i nim go śnieżne pochłoną zamieci do chat się tuli, gdzie łuczyna świeci.
W umarłych święto, w jęki niepowrotne, serce się moje nie czuje samotne.
Ach, pamiętam knieje, szumiące dokoła, świegot ptastwa, ryk zwierza i dymiące sioła - wonie traw pokoszonych i białe bociany, lecące gdzieś aż z Indiów na mój dach żerdziany.
Dziś - pół świata zbłądziwszy na smętnym błąkaniu - Tobie, coś moją młodość widziała w zaraniu - Lipo cmentarna! Xieni pszczół i roju duszyczek, co już doznały wiecznego spokoju - pod cieniem Twoim, pod Twoją obroną chciałbym złożyć mą duszę, jak falę znużoną i lśnić w Twoich konarach zbłękitnionym niebem - a męką moją, jak czarnym podzielić się chlebem z oną Królową, co była duchów żywicielka - a za Chrystusem zeszła w otchłań... I teraz Cień jej błąka się w wichrowe noce, a w oczach wypalonych szrężoga migoce i jasność wielka.
Chciałbym pługiem rozorać krwawe sarkofagi i z płomieniem - w królewski zejść grób - i w krysztalny grać dzwon - i wziąć na ramiona i nieść Bogu, aż oczy odemknie przelśniona i zorzami rozbłyśnie jej trup - i pokłonią się króle i myrrhę przyniosą jej magi i przyjdzie Oblubieniec - ze zbóż jasnych da wieniec - a śmierć, jak suchy liść odtrąci z Jej łona - i wstanie zbłękitniona i będzie ku nam iść.
Lecz za winy własne lub mojego rodu na niwach spustoszonych umierając z głodu, u źródeł jadem strutych konając z pragnienia, to się spalam w pożarach, to marznę wśród cienia - w rozpękłych górach lawy księżyca martwego.
Idzie wiejskie pacholę przed Maryi ołtarze - niech Cię, moja dziecino, pychą Bóg nie karze - i niech Cię odtąd Aniołowie strzegą.
| |||||||||||||||
Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
Best viewed with any browser at 800x600 or 768x1024 on Tablet PC IntraText® (V89) - Some rights reserved by EuloTech SRL - 1996-2007. Content in this page is licensed under a Creative Commons License |