| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Tadeus Micinski W Mroku Gwiazd IntraText CT - Text |
|
|
|
|
AKWARELE Jesienne lasy poczerwienione goreją w cudnym słońca zachodzie. Witam was, brzozy, graby złocone i fantastyczne ruiny w wodzie. Czemu się śmieją te jarzębiny? czemu dumają jodły zielone? czemu się krwawią klony - osiny? płyną fiolety mgieł przez doliny i jak motyle w barwnym ogrodzie latają liście złoto-czerwone. * * *
Z wyżyn spoglądam na leśne obszary pod tchnieniem, wiatru jękliwie szumiące. Tam pogrzebałem - w szafirowe jary troje mych dziatek - i siebie tam strącę. Nad jeziorami wznoszą się opary, krążą stadami wrony żer wietrzące. Pójdę - i z czarnej tej jedliny zrobię krzyż - i wykrzesam iskrę wiary - i zapalę ten ogromny bór - hymnem o Tobie - jeśli mi wrócisz jedno z tych dziatek - żyjące. * * *
Noc mi rzuciła swą czarną zasłonę na serce - a okręt mój płynie wśród lodu. Wyskoczę na brzeg - pójdę do mar swych ogrodu. Pan Jezus furtę ozwarł - ma zranione czoło, lecz w oczach ironii błyskanie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Pan Jezus śmieje się - i księżyc gasi. * * *
Dotknięciem wróżki mchy szmaragdowe mienią się w barwne perskie makaty. Z swych grot podziemnych wyszły różowe królewny i w perłach błyskają ich szaty. Zwiędłe tojady chylają głowę, a w aksamitach puszą się pleśnie. Iskrzy się farfor, brąz i bławaty, pazie, rycerze, króle pąsowe i bladych orlik - madonny we śnie. * * *
Poją mnie wrzosy, paprocie miedziane i srebrne słońce i lazur głęboki. Płyną - doliną - potoki wezbrane - łączą się - sączą - przez śniegi, opoki - łona - ramiona tulą się w obłoki. Duch mój okrąża Himalajów szczyty - grody - pagody tylko sercu znane - w sennym klasztorze - spoglądam na morze, w złotą, błękitną, migotną Nirwanę - w czarne, bezdenne, spienione granity. * * *
Fioletowe góry zapadają w mgły, ciemnieją lazury - jakby w głębię szły.
Złoty róg miesiąca sieje poblask mdły - lasów wiatr nie trąca, jakby do snu szły.
Potok wciąż głośniejszy rwie się jak zwierz zły - smutek wciąż czarniejszy - coraz gęstsze mgły. * * *
Jaki lekki - zwinny - chybki - sunę przez zarośla! mój skok przesadza polany, skąpane w mgle i księżycu. Oczy migocą zielono, grzbiet się pręży, cętki błyskają w zaroślach. Otom król chytrych, silnych zwierząt: ja - tygrys. I widzę: siedzi pod czerwoną palmą w białej sukni - z księgą indyjskiej mądrości. Pełzam w gęstwinie dżungli - u nóg jej począłem się łasić - w obłędzie strachu nie śmie drgnąć. Patrzy na mnie, patrzy - jak ptak o bijącym gwałtownie sercu. Lekko ją łapą przechylam - ona próbuje wstać - i nagle - kły wbijam w klatkę piersiową - strumienie gorącej krwi w bolesnym jęku wiją się przed mymi oczyma. Ona tylko raz - mój Boże - szepnęła moje imię - I obudziłem się - mój Boże - własną pierś rozdarłem i broczę krwią. * * *
Jaki lekki - zwinny - chybki - sunę przez zarośla! mój skok przesadza polany, skąpane w mgle i księżycu. Oczy migocą zielono, grzbiet się pręży, cętki błyskają w zaroślach. Otom król chytrych, silnych zwierząt: ja - tygrys. I widzę: siedzi pod czerwoną palmą w białej sukni - z księgą indyjskiej mądrości. Pełzam w gęstwinie dżungli - u nóg jej począłem się łasić - w obłędzie strachu nie śmie drgnąć. Patrzy na mnie, patrzy - jak ptak o bijącym gwałtownie sercu. Lekko ją łapą przechylam - ona próbuje wstać - i nagle - kły wbijam w klatkę piersiową - strumienie gorącej krwi w bolesnym jęku wiją się przed mymi oczyma. Ona tylko raz - mój Boże - szepnęła moje imię - I obudziłem się - mój Boże - własną pierś rozdarłem i broczę krwią. STRYGA
Widzę w Twych oczach zdradliwe sadzawki, kożuchem zgniłych lśniące nenufarów, potworne śmigi kręcących się żarów, roślin krwiożerczych wężowate drgawki.
Lub mi się zdaje, że to są wieżyce pohańbionego kościoła, gdzie straszy - i biją pięści w brązową grobnicę i leży ksiądz martwy w blaskach złotej czaszy.
Tak się mienią Twe czary, że kindżałem wydrę dwoje tych wieszczych, a złowrogich oczu - i pod skronią Zbawcy oprawię w przeźroczu, aby się zdało, żem zmartwychwzniósł Hydrę. I niech urzekną gwiazd mroźnych ten szlak zimowy, łzawiąc bezdźwięcznie: tik-tak-tik-tak... STRACH
W mroku się idzie tam - kiedy wyje wiatr. Zwiotszała kuźnia wśród rozstajnych dróg. Za dnia nie ujrzysz jej - hej - hej - wyje wiatr. Noc mroźna - wiatr wyrywa pnie, sosny do ziemi gnie. Za cmentarzem bije młot - głuchy grzmot. Kuj żelazo, kuj żelazo - okute serce nie pęka. Skradam się - pod chaszczą zwalonych drzew - przez rozerwane nawałnicą skiby - do samej ściany, gdzie połyska żar. Dziura jest w dylach: widzę - niski człowieczek - [chwilami wyrasta nad chmury] z oczyma jak dwa lochy bez dna - w wyschłych piszczelach rąk dźwiga młot - i podnosi z wolna - jak nakręcona figura woskowa - zaś opuszcza nagle z potęgą - w straszne zębate kowadło, na którym się wzdryga rozkrwawiona hostia. Ona oddycha, jak serce - ona się przyczaja w sobie - i kurczy - w blasku rozbryzganych płomieni twarz bledsza od lilij wschodniego księcia. Oczy gasną cicho, jak księżyc na morzu, tuląc się w wiekuisty bezmiar czarnych szafirów. Ziemia się rozwarła i jęło zapadać oberwisko meteorów w ziejącą wśród głazów szczelinę. A straszny ślepiec odepchnął kupę żużli nogą i przez bór pędzi - i znowu powraca - sosny szumiące ugina jak rżysko. Moje oczy stały się podobne do dwojga zamarzłych okien. On nie widzi - nic ogląda się - lecz czegoś szuka niewidomy - i wygrzebuje coś skrytego w ziemi - wtem wicher uderzył żelaznym skrzydłem i runął - zawalił się dach. - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Idę śpiąc - nogi mam, jak ciężkie czarne trumny. Słyszę dźwięk trąbki i skowyt ogarów - siadłem w rowie - głowa mi opadła: idę już tak od wieków - przeklęty - bez winy. I obudził mnie mróz: szumi las - gdzie iść? droga tu - droga tam - Wlecze się za mną brzydka ropucha. Szatany z piskiem, jak szczury, osuwają się po drzewach - zmyliłem szlak - wróciłem w miejsce, gdzie kuźnia. Popiół zimny - kładnę się na kupie żuzli, sen okrąża mnie, jak ryś - nie wchodząc do wnętrza zmartwiałej, nieruchomej ciszy.
Kochanemu bratu S. Maszewskiemu. * * *
Stanąć tak nad morzem z chmur kłębami na dnie i w głąb niemą rzucać jarzące klejnoty...
I pod jej pałacem oprzeć skroń na murach i wyrzec się - wyrzec duszy swej na wieki...
I żagiel rozwinąć, kiedy burza wyje i mknąć ponad góry i spadać - i płynąć... SERENADA
Indyjskie zwiewne kwiaty, kwitnące raz w sto lat - o piękna, wyjdź z komnaty, jak księżyc spoza krat. Na harfie gram Ci słowa, które się lśnią jak żar - czemuż Cię otchłań chowa i Ty nie wstajesz z mar? Ach, głupcy nie szaleją - powiedział biedny Wil - w nim bogi płaczą, lwy się śmieją z przelotnych szczęścia chwil. A smutek go pożerał do Imogeny lic i kwiaty z drzew odzierał, rzucając w nicość - nic. Wyjdź do mnie, o królewno, choć mam żebraczy strój - a rzeką gwiazd ulewną firmament olśnię Twój. Lecz biedne drzewko zsycha, umarły siejąc kwiat - i piosnka we mnie ścicha, jak więzień spoza krat. AMA
Moja tygrysica biękitnooka, na hebanowym łożu wyciągnięta, jedwab kaszrnirski otula ją - śni. Szemrzą strumyki wśród araukaryj. - Kazałem do marmurowej sali wpuścić lwa olbrzymiego z gór Atlasu. Wsunął się niemy - z piorunami w ślepiach. Obszedł mnie w krąg, nie racząc spozierać. Zwarłem drzwi na łańcuch i z miradoru patrzę wśród purpurowo-złoto-biękitnych arabesek. Ama ocknęła się - moręgowatym ogonem wyrażając radość - leniwo - niby odaliska - szła ku lwu pustyni. Lecz on drapieżną opętany chucią runął, jak z góry oberwana skała. Zwarli się - i czworgiem łap wyskoczył w powietrze - - czarna jaskinia mignęła pod brzuchem. Ama łyskawicą wysunęła się - kłąb sinych wężów niosąc w paszczy - wnętrzności lwa. Z pustą ziejącą otchłanią zataczał się i z wolna obchodził lew jamę krwi konając. Jak na wieczornych przechadzkach nad morzem, łasiła się do mej ręki Ama - od lwa nie tknięta - tylko bardziej leniwa pokłada się u mych nóg - i nie mogła wstać. Cierpiąc patrzała na mnie tajemniczym blaskiem, a w oczach jej morze gasło i ciemniało.
| ||
Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
Best viewed with any browser at 800x600 or 768x1024 on Tablet PC IntraText® (V89) - Some rights reserved by EuloTech SRL - 1996-2007. Content in this page is licensed under a Creative Commons License |