|
GIAUR
Umilkły
wiatry, ciche lśnią się fale
Przy grobowcowej
Temistokla skale,
Która
wyniosłym niebo czołem bodzie
I z góry patrząc na morza i smugi
Najpierwsza wita lądujące łodzie.
Kiedyż się zjawi Temistokles drugi?
* * *
Wyspy szczęśliwe! w każdej porze roku
Zarówno miłe i sercu, i oku,
Gdy was przychodzień z gór Kolonny wita *,
Wraz nagły urok źrenice mu chwyta
I myśl pogrąża w dumy tajemnicze.
Tu szklane morza cichego oblicze
Na falach drobnych, jak uśmiechu dołki,
Gór okolicznych odbija wierzchołki
Strzegące brzegów, z którymi łagodnie
Zdają się igrać rajskie wody wschodnie.
Jeśli się wietrzyk chwilowy
prześliźnie
I złamie szyby na modrej płaszczyźnie,
I kwiecie z brzegu przyniesione miota,
Jakaż w tym wietrze wonią i pieszczota!
Tam, na skał wierzchu, u ścieku poników
Błyszczy się róża, sułtanka
słowików *,
Jej brzmią pochwały kochankowie leśni,
Ona rumieńcem dziękuje za pieśni.
Śliczna i skromna, królowa ogrodów,
Nie tknięta wichrem,
nie zwiędła od chłodów,
Nie znając naszych
zim niebezpieczeństwa,
Kwitnie
świeżością wiecznego panieństwa.
Balsamy, których niebo
jej udziela,
W wonnych kadzidłach
ku niebu odstrzelą,
Niebo wzajemnie co
dzień jej użycza
Świetnych kolorów
swojego oblicza.
Tam, w polu tyle jest
kwiecia dla wianków,
Tam, w lasach tyle cienia
dla kochanków,
Tam, groty dla nich
ciosane umyśnie;
Dziś morski zbójca w
te groty się ciśnie
I z nocą z malej
czatuje galery
Na bezpiecznego
żeglownika stery.
Skoro miesięczna
zabłyśnie pochodnia,
Zabrzmi gitara morskiego
przechodnia *,
Zbójca swój rudel zaraz
na głąb pędzi
Zakryty cieniem
nadbrzeżnych krawędzi,
Zahacza statek, zdobycze
rozdziela;
Wrzask konających
miesza pieśń wesela.
Dziwna! gdy kraj ten
natura obrała
Na ogród bogów i hojnie
nań zlała
Tyle bogactwa,
piękności tak wiele,
Jakby we własnym
zakochana dziele,
Dziwna! że
dzieła własnego się zrzeka
I dziś natura wpuszcza tu człowieka,
Który, odwieczny miłośnik zniszczenia,
Ogród edeński na nowo wyplenia
I jako leśny dzik kwiecie wytłacza,
Nie pokropione znojami oracza
Ani znające ręki ogrodnika!
Tu kwiecie samo dokoła wynika,
Za tyle wdzięków, za taką obfitość
Uprasza tylko człowieka o — litość.
Dziwna! tu ziemia oddycha pokojem,
A serce ludzkie — chucią i rozbojem.
Czyż kraje światła na nowo ogarnie
Noc namiętności rządzących
bezkarnie? —
Patrząc myśliłbyś, że tu
zbuntowani
Wojsko aniołów zwalczyli szatani,
I cherubinów trony dziś przywłaszcza
Tłum, który piekieł wyzionęła
paszcza.
Tak śliczny kraj ten, ojczyzna rozkoszy,
Tak brzydki tyran,
co go dziś pustoszy!
Kto na
śmiertelnym oglądał posłaniu *
Nim dzień
przeminął, pierwszy dzień nicestwa,
Piękne oblicze zaraz po skonaniu,
Ostatni trudów i bólów jestestwa;
Nim śmierć ostatnim przyciśnieniem
ręki
Zgładziła rysy, gdzie chronią się
wdzięki:
Kto pomni twarz tę anielsko—łagodną,
Tak zimno piękną, tak smutnie pogodną!
Zda się w letargu zasypiać
głęboko,
Zda się być żywą — gdyby nie to
oko,
Gdzie już nie świeci ni łza, ni
namiętność,
Gdzie mieszka zimna, wieczna obojętność
I straszy widzów, i serca im studzi,
I z oczu trupa wpada w serca ludzi —
Gdyby nie wzrok ten, nim
pierwszy dzień minie
Nim ta godzina — w tej
jeszcze godzinie
Śmierć tak
łagodnie, niewidomie wladnie,
Że jej
tyraństwa nikt zrazu nie zgadnie!
Dziś do tej twarzy
Grecyja podobna,
Martwa od dawna, leczr
dotąd nadobna;
Jej widok ziębi, jej
wdzięk do łez wzrusza,
Bo już
piękności nie ożywia dusza.
Jej wdzięk jest
tylko uśmiech pozostały
Na chwilę w
ustach, co ducha oddały,
A jej rumieniec —
chorowita krasa,
Która na trupich licach
nie zagasa,
Ostatni odbłysk
zachodnich promieni,
Co się wokoło
ruiny czerwieni;
Ostatnie czucie, co żegna nadzieję,
Iskra niebieska, która dotąd tleje,
Lecz już swej miłej ziemi nie rozgrzeje.
Ojczyzno mężów nieśmiertelnej
chwały!
Każda dolina, każdy wierzch twej skały,
Jakże pamiętne! bo każde z nich
było
Kolebką swobód łub sławy
mogiłą.
Arko potęgi! dziś, czyliź tak
mało,
Czyż tylko tyle po tobie zostało? —
Wstań, niewolniku podły, wstań na
chwilę,
Powiedz: ten wąwóz —
czy nie Termopile?—
Ty, z duchów orlich
wyrodzony płazie,
Na Leonida
gnieżdżący się głazie,
Przypomnij, nazwij tych
opok wyżyny,
Zatokę, wyspy —
wyspy Salaminy!
Powstań! te dawne,
zapomniane boje
Odnów i przywłaszcz,
to dziedzictwo twoje:
Z popiołów przodków
może wróg rozdmucha
Iskrę, zarodek ich
wielkiego ducha.
A kto z was w boju
żywota dokona,
Wliczy swe
imię pomiędzy imiona,
Na których
wzmiankę pochlebstwem pijani
Zwykli się trzeźwić,
zwykli drżeć tyrani.
Kto z was ojczyzny
z więzów nie wybawi,
Zginie, lecz tyle
synom swym zostawi
Sławy,
nadziei, że staną się zdolni
Rozerwać
jarzmo i umierać wolni!
Walka o
wolność, gdy się raz zaczyna,
Z ojca krwią
spada dziedzictwem na syna,
Sto razy wrogów
zachwiana potęgą
Skończy
zwycięstwem. – Grecyja jest księgą,
W której wiekami
stoi wypisano,
Że klęska
wolnych jest świata wygraną.
Królowie,
sławę kupując u cieśli,
Gdzieś
bezimienne piramidy wznieśli;
Wolni nie
dbają, chociaż czasu fala
Wszystkie grobowce
i pomniki zwala,
Większe
pomniki zostały nad niemi,
Zostały góry
ich ojczystej ziemi.
Tam muza oczom
przechodniów ukaże
Groby swobodnych,
wolności ołtarze.
Długo by
mówić — przechodzić okropnie
Wszystkie od
chwały do niewoli stopnie —
Dosyć jest
wiedzieć, że nikt nie zagrzebie
Ducha swobody —
chyba on sam siebie —
Bo własne
tylko upodlenie ducha
Ugina wolnych
szyję do łańcucha.
* * *
Mieszkańcy
ziem tych! macież wy powieści
Dawnym podobne? i
których by treści
Natchnęły
muzę do polotów szczytnych,
W ślad muzy
greckiej wieków starożytnych;
Gdy ludzie byli
ziemi swojej godni? —
Dziś, do
niczego niezdatni — prócz zbrodn
Z ognistą
duszą, co by mogła siły
Natchnąć
do dzieła godnego pomników,
Dziś oni
pełzną z kolebek w mogiły
Niewolni — gorzej —
słudzy niewolników *,
Zmazani
całą szkaradą, co brudzi,
Niewiele wyższych
nad zwierzęta, ludzi;
Nie mają nawet tej
dzikich odwagi,
Piersi gotowej
przyjąć oręż nagi;
Tylko rozwożą
przez sąsiednie państwa
Z nowym towarem stare
oszukaństwa;
W tym tylko widać
Greków dowcip dawny
I z tego tylko Grek na
Wschodzie sławny.
Daremnie
Wolność tylekroć zaklina,
Aby skruszyli jarzmo
poganina,
By kark podnieśli,
zgięty łańcuchami!
Nie — Grecy! — nie mam
litości nad wami.
Przecież z Grecyji
wziąłem te powieści,
Z czasów niedawnych i
żałosnej treści.
* * *
— — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —
Z dala, śród morza
pogodnego błyska,
Szybko pod cienie
nadbrzeżne się wciska
Statek; rybacy poznali z
obrotów,
Że to piratów
statek lub Majnotów *;
Chcą z
barką swoją w cieniach się przewinąć
I brzeg niepewny z
daleka ominąć;
Choć im trud
dzienny osłabił ramiona,
Choć rybim
łowem barka przeciążona,
Silnie
wiosłują, rudel krzywią w stronę,
Aż dopłynęli do Porto—Leone,
Gdzie ich noc czeka, noc
prawdziwie godna
Kraju wschodniego — cicha i pogodna.
* * *
Kto tam grzmi konno po skalistej drodze? —
Wygięty naprzód, na wiatr puścił wodze,
Kopyt tętenty
jak grzmoty po grzmotach
Wciąż
budzą echa drzemiące po grotach,
Koń jak kruk czarny,
a na bokach piana,
Jak gdyby
świeżo z morza zszumowana.
Wieczór już
uśpił fale morskich toni,
Ale nie serce tej dzikiej pogoni.
Groźnie na jutro niebo się zachmurza,
Ale groźniejsza w sercu Giaura burza.
Nie znam cię, rodu twego nienawidzę,
Ale w twych licach
takie rysy widzę,
Które w
pamięci kiedy się raz wrażą,
Z czasem się
głębiej werzną, lecz nie zmazą.
Tyś
młody, blady, lecz namiętne bolę
Gorzały
długo na twym smagłym czole.
Złe oko twoje
choć mnie nie urzekło,
Choć jak meteor
błysnąwszy uciekło,
Zgadłem, że
Turek takiego człowieka
Powinien zabić — lub
niech sam ucieka.
Tam — tam — poleciał
— śladem jego biegu
Szły mimowolnie oczy
me wzdłuż brzegu,
A chociaż z
taką szybkością prześcignął,
Choć jak latawiec
tylko w oczach mignął,
Jego wzrok, jego twarz na
kształt pieczęci
Wciśnione
czułem w głąb mojej pamięci.
I długo w uchu huk
kopyt słyszałem
Czarnego konia
lecącego czwałem.
Spiął
ostrogami, wbiegł na wierzch opoki
Ocieniającej
głębinę zatoki,
Obleciał wkoło,
znowu na dół gonił,
Skałą od moich
oczu się zasłonił.
Zgadłem, dlaczego:
temu, co ucieka,
Jest obrzydliwą
źrenica człowieka;
On najpiękniejsze na
niebiosach gwiazdy
Klnie, że
zdradzają ścieżki jego jazdy.
Zbiegając z góry,
nim konia nawrócił,
Spojrzenie straszne, jak
ostatnie, rzucił.
I wybiegł znowu,
znowu w górę skoczył.
Wtem nagle
stanął, konia w bok zatoczył
I patrzy z góry, na strzemionach staje —
Czegóż on patrzy, tam, w oliwne gaje?
Księżyc na nowiu wschodzi zza gór grzbietów,
Błyszczą
nad miastem lampy minaretów,
W mieście wre
teraz Bajramu uciecha;
Tu, choć nie
dojdą ni wystrzałów echa,
Ni muzułmanów
pobożne okrzyki,
Przecież
błysk widać każdej tofaiki *.
Bo dziś
zachodzi słońce Ramazanu,
Dziś Bajram
święcą wyznawcy Koranu *,
Dziś... Lecz
ty, Giaurze, kto jesteś? co znaczy
Twój ubiór obcy — i
twój wzrok rozpaczy?
Co cię
obchodzi Bajram? po co czekać
Naszego
święta lub przed nim uciekać? —
On stał — wtem
nagły strach lica mu ścisnął
I strach ten nagle
wściekłością zabłysnął.
A blask ten nie
był jak rumieniec nikły
Gniewów, co
wschodzić i przemijać zwykły,
Ale jak
bladość marmurowej bryły
Powiększająca
ciemnotę mogiły.
Brwi nasuJlione,
osłupiałe oko.
Wtem rękę
dźwignął i podniósł wysoko,
I na wiatr
miotał, jakby groził gniewny.
Stał, czy
uciekać, czy gonić, niepewny;
A wtem koń
zarżał, niecierpliwy zwłoki,
I rżenie echem
odbiły opoki.
Giaur za miecz
porwał i szczęk rękojeści
Wybił go nagle
z tej niemej boleści,
Jak zbójcę
budzi krzyk sowy złowrogi;
Znowu koniowi w bok
wraził ostrogi:
Dalej, w cwał,
koniu, tu idzie o życie! —
Znowu koń czarny zagrzmiał po granicie;
Chyży jak dziryt9 — leci wzdłuż zatoki,
Dalej ku morzu — wpadł między opoki.
Nie widać twarzy — znikła strusia kita,
Na chwilę grzmiące ucichły kopyta.
Raz tylko wstrzymał rumakowi wodze
I nieruchomy chwilę stal na drodze,
Chwilę — i znowu opoka zagrzmiała,
Giaur
poleciał, jakby go śmierć gnała.
Straszna to chwila,
w której duch rozkręci
Za jednym razem
cały zwój pamięci .
I w jedną
drobną kroplę czasu zleje
Życia bolesne i zbrodnicze dzieje!
Kto nienawidzi, kocha się lub boi,
Temu za piekło jedna chwila stoi.
Cóż on czuł wtenczas, gdy trapiące
duszę
Wszystkie od razu wycierpiał katusze?
Chwila spoczynku, śród potoku zdarzeń,
Kto zliczy, ile mieści wyobrażeń? —
Bo choć dla czasu zdaje się nicością,
Ona dla myśli jest całą
wiecznością.
Bo nieskończone, niezmierne cierpienie
Może w myśl jedną zgromadzić
sumnienie
I w jednej chwili wycierpieć od razu
Bolę bez końca, nadziei, wyrazu!
* * *
Przeszła godzina — Giaur jak cień
przeminął.
Uciekł? czy zginął? czy sam tylko
zginął? —
W czarnej godzinie przybył, jak zesłana
Od niebios kara za grzechy Hassana,
Przyszedł i smętarz zrobił z baszy
domu,
Przyszedł i odszedł jak wicher Symomu *,
Co wieje bożym obciążony gniewem
I za którego śmiertelnym powiewem
Cyprys* umiera, choć jest śmierci drzewem,
Choć wiosną nawet nie zruca
żałoby,
Jeden, co wiernie
opłakuje groby!
* * *
Nie masz rumaków na
stajniach Hassana,
Komnata jego od sług
odbieżana,
Pająk samotnik na
ścianach się czepia
I szpary szarym całunem
zasklepia.
W twierdzy Hassana nie
widać żołnierzy,
W jego haremach gniazdo
niedoperzy,
Zamiast strażnika
puszczyk krzyczy z wieży.
W ogrody czasem dziki
pies przybieźy,
Spragniony wyje na
suchą fontannę;
Stoją wód
łoża z marmuru usłane,
Lecz owdowiałe — bo
zdroje wymarły,
Zielska się dzikie
na dnie rozpostarły.
Niegdyś jak
wdzięcznie fontanny tu grały
Łagodząc nieba
wschodniego upały,
Niegdyś,
tryskając srebrnej rosy tęczę
I fantastyczne
wirując obręcze,
Rozkosznym chłodem
rzeźwiły dokoła
Powietrze, ziemię i
spragnione zioła.
Jak było mile blaski
gwiazd pogodnych
Widzieć odbite na
tych łukach wodnych,
Słuchać muzyki
tych szemrań łagodnych!
Tu często Hassan w
niemowlęcym wieku
Bawić się
lubił u kaskady ścieku;
Tu, drzemiącemu w
matki swej objęciu,
Piastunka woda
śpiewała dziecięciu.
Hassan młodzieniec
na te wodotryski
Poglądał,
siedząc obok odaliski,
I śpiew jej milsze
zdawał się mieć tony,
Gdy był do
szmeru kaskad nastrojony.
Lecz Hassan stary
nigdy sennej skroni
Wieczorem u tej kaskady
nie skłoni:
Z marmurów woda
uciekła chłodząca,
Z serca Hassana
wyszła krew gorąca.
Tu nie usłyszysz
już głosu człowieka,
Nikt się nie
śmieje, nie klnie, nie wyrzeka:
Ostatni ludzki głos,
echem odbity,
Był to krzyk na
śmierć ciągnionej kobiėty.
Głos skonał —
odtąd milczą te pałace,
Wiatr tylko oknem
otwartym kolące.
Lecz choć wiatr
szumi, choć się nieba chmurzą,
Już tu nikt okna nie
zamknie przed burzą.
Cieszy się
pielgrzym, gdy w stepach odkryje
Ślady na piasku,
chociaż nie wie czyje;
Tu, gdyby ludzki jęk
odbiły echa,
W jęku tym
jakaś byłaby pociecha,
Ten jęk by
mówił: „Nie wszystko skonało!
Jedno tu życie ludzkie pozostało”.
Jeszcze w tych gmachach znalazłbyś
wspaniałe
Izby i sale puste — dotąd całe.
Dach jeszcze cały, chociaż rak zniszczenia
Roztacza ciągle ściany i sklepienia.
Lecz Zgroza siedzi przed bramą na straży,
Sam fakir do wrót
zbliżyć się nie waży,
Derwisz* ubogi nie
przestąpi progu
Za chleb i za sól
podziękować Bogu *;
Nędza i Zbytek
uchodzą na stronę,
Nie powitane i nie
ugoszczone;
Pałac, gościna wiernego
narodu,
Stał się
jaskinią zniszczenia i głodu.
Gość
płacze dobrodzieja, płaczą słudzy pana *,
Od czasu gdy miecz Giaura
ciął w turban Hassana.
* * *
Słyszę
dźwięk z dala końskiego kopyta,
Jadą podróżni,
lecz mnie nikt nie pyta.
Już bliżej —
Turcy — już widzę turbany
I w srebrem kutych
pochwach atagany *.
Wódz .ich na przedzie w
bogatym zawoju,
Zapewne emir, bo w
zielonym stroju *.
„Ho! kto ty?” —
„Salem! waszej jestem wiary *,
Emirze, widzę,
że wieziesz towary;
Widzę, że
wór twój jest ciężko ładowny,
Ostrożnie
wieziesz — musi być kosztowny.
Może do portu
śpieszysz dla noclegu? —
Jestem
przewoźnik — mam łódkę u brzegu”.
„Zgoda — rzekł
emir — pośpieszaj, czas nagli,
Odbijem cicho, nie
rozpinaj żagli,
Niech
leżą zwite; wiosłami uderzaj
I szybko, cicho
podnad brzegiem zmierzaj,
I wieź nas prosto pomiędzy opoki,
Tam, na sam środek najgłębszej zatoki.
—
Teraz odpocznij — dobre masz ramiona,
Podróż i zręcznie, i prędko
skończona.
Lecz ona — zacznie podróż, dalszą, z
której...”
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . .
Rzucili w wodę – . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . .
Ciężko plusnęło — i powoli tonie —
Rozstąpiły się wkoło szklane
błonie,
Zważałem ciężar: dziwnie mi
się zdało —
Ruszył się — pewnie morze nim ruszało.
Może to było księżyca
błyśnienie,
Nagle odbite o morza przestrzenie;
Patrzyłem ciągle, i wodne obręcze
W mniejsze i węższe ściskały
się tęcze,
Jakby ich środkiem kamień przepadł do
dna;
Na koniec w środku wyszła bańka wodna —
Perłowe kółko — błysnęło —
przepadło.
Znowu zatoka gładka jak zwierciadło.
I tajemnica usnęła w topieli —
Genijuszowie morscy ją widzieli,
Lecz, drżąc z przestrachu w swych domach z
korali,
Nic o tym z żadną falą nie gadali.
* * *
Jak król motylów, za wiosny powrotem *,
Na skrzydłach jasnych purpurą i zlotem
Znad szmaragdowej Kaszemiru błoni
Wzlatuje, dzieci wabiąc do pogoni,
I z ziół na zioła, i z kwiatów na kwiaty
Ciągnie myśliwców, i myli ich czaty,
Wreście uleci— i niknąc w obłoku
Zostawia żałość w sercu i łzy
w oku:
Podobnie piękność wabi starsze dzieci,
Tak bystro lata i tak wdzięcznie świeci,
To łowców
trwoży, to nadzieją mami,
Gonią
wesoło — łowy kończą łzami.
Lecz jeśli w
ręce myśliwemu wpada,
I motylowi, i piękności biada!
Chcąc uciec darmo skrzydełka
natęża,
Igraszka dziecka lub ofiara męża.
Cacko, za którym żądza chciwie goni,
Straciło urok, gdy je mamy w dłoni —
A gdy wdzięk barwy i świeżość
przeminie,
Rzucim, niech leci — lub
samotnie ginie.
Gdy skrzydła
zranisz, gdy serce zakrwawisz,
Czyli ofiarom
swobodę zostawisz?
Motyl odartym
skrzydełkiem czyż może
Latać jak dawniej z
fijołków na róże?
Z
pięknością, w jednej uwiędłą godzinie,
Czyż razem pokój na wieki
nie zginie? —
Zgraja motylów, co pod
niebem lata,
Nie szuka w dole zranionego brata.
Płeć piękna dla nas ma litości
tyle,
Lecz dla płci własnej ma serce motyle!
Piękność nad każdym
nieszczęściem łzy leje,
Nad sióstr upadkiem — tylko się zaśmieje.
* * *
Dusza brzemienna zbrodni swych ciężarem
Jest jak skorpijon opasany żarem *;
Krąg coraz mocniej zwęża się i
błyska,
I więźnia coraz gwałtowniej dociska,
Aż gdy go
zewsząd na wylot przepieką,
Skorpijon cierpi,
dąsa się — i wścieka.
Jeden mu
został sposób wyjść z pożogów:
Ma
żądło, które wyostrzył na wrogów,
Które trucizną
pewną rany poi,
Jeden ból zada i
wszystkie wygoi,
To
żądło więzień topi w głowie swojej.
Podobnie dusza
zła kona w cierpieniach
Lub żyje jako
skorpijon w płomieniach.
Bo kiedy ludzi
zwiąże pamięć zbrodni,
Światu
niezdatni, a nieba niegodni,
Rozpacz nad nimi,
pod nimi noc gruba,
Wkoło
płomienie — a w pośrodku zguba;
* * *
Ponury Hassan z
haremu ucieka,
Pieszczot, widoku
kobiet się wyrzeka.
On w lasach trudy
myśliwców podziela,
Ale nie może
dzielić ich wesela. —
Dawniej polować nie
miał we zwyczaju,
Póki Leila mieszkała
w seraju.
Dziś, czy Leila
uszła? czy nie żyje? —
Hassan wie tylko, lecz
sam w sobie kryje.
Różne powieści
krążą między gminem —
Słychać,
że uszła z Wenecyjaninem.
W dzień Ramazanu,
gdy zapadło słońce,
A z minaretów
jasnych lamp tysiące
Bajram na
całym obwieściły Wschodzie,
Leila poszła
kąpać się w ogrodzie
I nie wróciła
— szukano daremnie.
Mówią, że
z Giaurem zeszła się tajemnie,
Wsiadła z nim na koń za pazia przebrana
I w noc Bajramu zbiegła z państw
sułtana.
Od dawna Hassan miał ją w podejrzeniu;
Ale w jej oczach i w jej uściśnieniu
Tyle wyczytał miłości i wiary,
Że znowu brance zaufał pan stary.
Wieczorem poszedł w meczet na pacierze
I w noc Bajramu jadł w kiosku wieczerzę.
Tak powiadali czarni niewolnicy,
Niewierni pańskich haremów strażnicy.
Lecz inni głoszą, że gdy padł mrok
szary,
Przy bladym świetle wschodzącej Fingary *
Widziano Giaura na czarnym rumaku
W cwał lecącego po nadbrzeżnym
ślaku,
Z cugiem spuszczonym, skrwawioną ostrogą,
Lecz nie wiózł panny ni pazia — ni kogo.
* * *
Oko jej czarne — i któż się ośmieli
Wzrok ten malować? —
te oczy gazeli
Wielkie i słodkie,
ciemne i błyszczące!
Dusza z nich mówi przez
iskier tysiące,
Które ze źrenic
lecą przezroczystych
Jako z Dżemszyda
rubinów ognistych *.
Dusza z nich mówi! Wbrew
słowom Proroka,
Że „postać
niewiast jest ziemi powłoka” —
Allachu! dusza mówi z
tego oka!
I choćbym w drodze
ku lepszemu światu
Przechodził ostre
mosty Alsyratu *,
Wisiał nad
piekła ognistym potokiem
I cały rajski ogród
miał przed okiem,
I w nim
wabiące hurysy dziewice,
Powiem: kto
widział Leili źrenice,
Ten Alkoranu nauk nie
usłucha!
Czyż taka
piękność jest prochem bez ducha? *
Jest cackiem, z którym
bawi się mężczyzna? —
Niech na nie spojrzy sam
mufty, a wyzna,
Że
nieśmiertelność wygląda z jej źrenic.
Na jej obliczu cudowny
rumieniec
Wiecznym i
świeżym błyszczy się szkarłatem,
Jakby granatów posypany
kwiatem.
Jej włosy jako
hijacynty płyną;
Gdy okolona rówiennic
drużyną
Stanie, nad wszystkie
głową wyniesiona,
I da warkoczom płynąć przez ramiona,
Włosem zamiata ślad swój na marmurach,
Siad nóżki bielszej niźli śniegi w
górach,
Kiedy z rodzinnych obłoków wylecą
I ziemią jeszcze nie skalane świecą.
Jako monarcha ptaków Frangestanu *,
Łabędź, podnosi głowę z
oceanu
I pysznie skrzydłem uderza po fali,
Skoro dostrzeże podróżnika w dali:
Z taką powagą ona zwraca głowę
I śnieżne ramię, i piersi perłowe,
I z taką piękną dumą wzrokiem
miota,
Gdy na nie oczy śmie zwrócić pustota.
Cofną się, blasku wytrzymać nie
mogą,
Pochlebiać chciały, upadają z
trwogą.
Jak była oczom piękną Gruzyjanka,
Tak miała serce czułe dla kochanka.
Kochanka? Któż jej kochanek? — Hassanie,
Ty nim nie jesteś,
dziki muzułmanie!
* * *
Ponury Hassan
dał rozkaz podróży;
Oddział
wasalów, co mu w dworcu służy,
Jak orszak i
straż pojedzie za panem;
Każdy
zjanczarką, z łukiem, z ataganem.
Hassan sam zbrojny jedzie
na ich czele,
Zwiesił na pasie
krzywą karabelę,
Wypróbowaną na
albańskich głowach,
Kiedy raz zbójców
napotkał w parowach
I tak
rozgromił muzułman zwycięski,
Że ledwie
kilku uszło z wieścią klęski.
Za pas dwa
zatknął, bogato oprawne
W perły i w
złoto, pistolety sławne:
Hassan przed laty
dostał je od baszy,
Ich widok zbójców i
wabi, i straszy.
Mówią, że
Hassan jedzie pojąć żonę,
Pocieszyć
znowu serce zakrwawione
Zdradą Leili,
co uszła z haremu
I dziś, o
zgrozo! służy niewiernemu.
* * *
Ostatnim blaskiem
zachodniego słońca
Złocą
się góry i kaskada grzmiąca,
Żywiona
czystym i świeżym gór śniegiem.
Tu często
kupiec Grek staje noclegiem,
Znajdując
pokój w ustroniu głębokiem
Pewniej niż w
mieście pod swych panów bokiem;
Tu się nie
lęka o całość swej skrzyni;
W miastach
niewolnik, wolny na pustyni.
Tu wesół
spróżnia czaszę pełną wina,
Którym się
brzydzą usta moslemina.
Najpierwszy jedzie
Tatar, wódz orszaku,
Z daleka widny po
żółtym kołpaku,
Opodal konni
ciasną jamy szyją
Po krętej
ścieżce na skalę się wiją.
Nad nimi
sterczą w górę czarne szczyty,
Gdzie sępy ostrzą dzioby o granity
I lecą na dół; już zwietrzyli
łupy;
Nim zajdzie słońce, będą
świeże trupy.
U spodu rzeka, która w zimie bucha
Ogromną
wodą, a w upały sucha
Nagie i czarne lono swe odsłania
I kilka kaskad srebrzystych pochłania.
Wokoło ścieżki kawały granitu
Leżą bezładnie, strącone ze szczytu;
Czas je pospychał
albo zbiły gromy.
Wierzch skały niknie
we mgle niewidomy,
Bo żaden z ludzi
czoła Lijakury,
W pogodę nawet, nie
widział bez chmury.
Już w gaj wjechali i
po kilku chwilach
Dojdą
wierzchołka; już krzyczą: „Bismlllach! *
Tu już bezpiecznie,
stąd już widać błonie;
Wkrótce w dół
zjedziem, na wiatr puścim konie”.
Gdy czausz tak mówił
— ogień z góry błysnął,
Nad uchem ołów
niewidzialny świsnął,
Tatar przewodnik
wyleciał z kulbaki.
Ledwie czas mają
zatrzymać rumaki,
Skoczyli z siodeł,
janczarki odwiedli,
Ale trzech spadło
pierwej, niźli zsiedli,
Z rąk niewidzialnych
rany odbierają
I ginąc, darmo o
zemstę wołają.
Dobyli szabel, na rumaków
karkach
Na odwiedzionych wsparli
się janczarkach,
Na pół
wciśnieni między końskie boki;
Inni uciekli pod
ścianę opoki
I tam ręcznego
czekają spotkania,
Nie lubiąc
służyć za cel do strzelania
Wrogom, co
bronią niewidzialną rażą,
A wstępnym
bojem spotkać się nie ważą.
Sam Hassan
został; z konia zsiąść nie raczy,
Spokojnie jedzie,
aż z przodu obaczy
Blask ręcznej
broni; rozbójników zgraja
Strzela
wzdłuż drogi, z przodu się zaczaja,
I z tyłu
słychać z janczarek łoskotu,
Że mu
przecięto drogę do odwrotu.
Więc
wściekły brodę od gniewu najeżył *
I wkoło
wzrokiem ognistym uderzył.
„Choć wrogi
wkoło, choć gęste wystrzały,.
Jam z krwawszych
bitew nieraz wyszedł cały”.
Zbójcy
wychodzą, stają na skał szczycie:
„Rzucaj broń —
krzyczą — komu miłe życie!” —
Ale Hassana oczy i
rozkazy
Straszniejsze
niźli nieprzyjaciół razy,
I z garstki
szczupłej, ale wiernej panu,
Żaden nie
rzucił swego ataganu
I żaden podle
nie krzyknął: „Amanu!” —
Nieprzyjaciele
coraz bliżej godzą,
Razem ze wszystkich
zasadzek wychodzą,
A z gęstwi
lasu dowódca orszaku
Leci sam przodem na
dzielnym rumaku.
Któż ten
dowódca? — strój nosi albański,
Ale miecz prosty,
miecz to chrześcijański.
„Znam go, znam
Giaura — wściekły Hassan woła
Znam go,
poznałem ze smagłego czoła,
Poznałem
czarne, złowrogie źrenice *,
Jego nikczemnej
zdrady pomocnice,
Konia czarnego
znam, choć leci pędem,
Chociaż
nakryty arnauckim rzędem.
Podły
odstępco twojej podłej wiary!
Teraz cię turban nie
zbawi od kary.
Gdziemkolwiek
spotkał, w jakiejkolwiek chwili,
Dobrze,.żem
spotkał zdrajcę mej Leili”.
Jak się wezbrana
rzeka w morze leje
I morską burzę
spotkawszy szaleje,
Łamią się fale,
drżą opoki brzegu,
A nurty ryczą pod
pianami śniegu:
Tak się
spotkały wrogów zgraje obie,
Losem i gniewem gnane
przeciw sobie;
Szable nad uchem
grzmią, lecąc w kawały,
Huczą po
skałach dalekie wystrzały;
Starcia się łoskot i karabel
dźwięki,
Huk karabinów, konających jęki
Echo żałosne po dolinie szerzy,
Przywykłej tylko do śpiewów pasterzy!
Liczba niewielka, lecz bitwa straszliwa,
Nikt przebaczenia nie daje, ni wzywa.
Paro kochanków, mocne są twe sploty,
Gdy się ściskacie podzielać pieszczoty!
Lecz nie tak cisną miłości ramiona,
Gdy w nich spoczywa piękność ulubiona,
Jako się barki zwiążą
nienawiśnie,
Kiedy wróg wroga ostatni raz ściśnie. —
Przyjaźń ostygnie, pieszczota się
skończy,
Objęcia wrogów i śmierć nie
rozłączy.
Z szablą po samą rękojeść
uciętą,
Krwią opryskaną i mocno ujętą
W sinej, od ciała odrąbanej dłoni,
Co jeszcze drgała nie puszczając broni;
Obok turbana, którego zawoje
Miecz Giaura zerwał i przerżnął na
dwoje,
W deliji długiej, zmiętej, rozpostartej,
Od mnogich razów na sztuki podartej,
Zaczerwienionej jak chmury przed burzą,
Gdy po dniu jasnym burzliwą noc wróżą;
Krwią zlawszy piasek i gałęzie boru,
Gdzie wiszą szmaty jego palamporu *;
Z piersią przebitą i otwartą ciosom,
Barkami na wznak, twarzą ku niebiosom,
Tak leżał Hassan — oczy już
zbielały,
Jeszcze otwarte, Giaura wyzywały.
Giaur stanął nad nim i w Hassana lice
Utopił równie straszne dwie źrenice.
„Tak! tyś pochował w falach mą
Leilę,
Jam cię pochował w czerwonej mogile.
Jej duch kierował mieczem; jej morderca
Uczuł raz
pierwszy, co to jest ból serca;
Proroka
wołał, ale nadaremnie,
Prorok twej
głowy nie wyrwie spode mnie.
Allacha wolał,
wiatr prośbę rozdmuchał,
Allach nie
słyszał albo nie wysłuchał.
O psie pogański!
czyż Opatrzność, głucha
Na krzyk Leili, twych
krzyków usłucha? —
Zbójcą
zostałem! jeździłem na zwiady,
Aż w końcu
zdrajca padł ofiarą zdrady,
Jam spełnił
swoje, zemścił się nad tobą.
A teraz, dalej — w
świat —jadę sam z sobą”.
* * *
Na polu słychać
brzęk dzwonków wielbłąda
Matka w ogrodzie z altany
wygląda.
Na łąkach
błyszczy już wieczorna rosa,
Już ku wschodowi
ciemnieją niebiosa
I rozniecają
drżących gwiazd ognisko.
Już wieczór. —
Hassan zapewne już blisko.
Matka stroskana
zstępuje i bieży
Do swych haremów, i
pogląda z wieży:
Nie widać! nie
zwykł jeździć tak pomału —
Nie zwykł
popasać nawet w czas upału.
Nie przysłał
darów ślubnych — czy się lenił?
Czy konie strudził?
czy serce odmienił?
Skarga niesłuszna. —
Już Tatar posłaniec
Widny z daleka, już
na skały kraniec
Wstępuje zwolna
—już zjeżdża z urwiska
I wąwozami na
dół się przeciska
Koń nic nie winien,
koń pewnie'z ciężarem,
Zapewne ślubnym
objuczony darem.
Tatara mile przyjmę
i nagrodzę
Za prędką
jazdę po takiej złej drodze.
W bramie zsiadł
Tatar, od siodła odpina
Juki niewielkie:
czy to dary syna?
Na twarzy
smagłej bladość: czy to smutek?
Czy podróżnego
utrudzenia skutek?
Odzież
spryskana krwi świeżej kroplami:
Może poranił konia ostrogami?
Rozwinął pakę — o aniele
święty!
O Azraelu!* to zawój rozcięty!
To syna szaty, całe krwią zbroczone!
„Pani, okropną twój syn pojął
żonę,
Mnie oszczędziły ręce poganina,
Bym ci pokazał krew twojego syna.
Legł śmiercią mężnych, pokój
Hassanowi!
Przekleństwo wieczne zabójcy Giaurowi!” —
* * *
Turban w kamieniu prostym wyrzezany *
I słup już dzikim zielskiem opasany,
Na nim z Koranu modlitwa wyryta,
Którą dziś ledwie podróżny wyczyta:
To cały pomnik w bezludnej ustroni,
Gdzie Hassan
zginął od niewiernej broni.
Zacny Osmaniis*; nikt
między wiernymi
Przykładniej
świętej nie nawiedził ziemi,
Nikt bardziej winem nie
gardził wyklętym
I nikt pobożniej ku
przybytkom świętym
Twarzy nie zwracał,
gdy na świątyń dachu
Słyszał wołanie: „Illa—hu, Alla—hu!”
Z rąk cudzoziemca wziął śmiertelne
rany
I śród ojczyzny leży jak wygnany,
Z dala od domu, na bezdrożu dzikiem;
Ani się pomścił nad swym rozbójnikiem.
Lecz duch Hassana już rajskie dziewice
Wiodą w rozkoszy wiecznej okolice,
Okiem błyskają ku niemu jak
słońcem,
Wiecznie pogodnem i nie
zachodzącem.
Biega, zielone chustki
wywijają,
Pocałunkami rycerza
witają;
Bo raj rozkoszy zgotowany
temu,
Kto zginął
walcząc przeciw niewiernemu.
Lecz ty, niewierny!
ciebie anioł śmierci,
Monkir, swą
kosą rozerwie na ćwierci *,
Potem zawlecze na nowe
katusze
Przed tron Eblisa
twą przeklętą duszę *.
Tam ogień, wiecznych
męczarni narzędzie,
Ciało twe
palić, w duszy goreć będzie;
Słuch nie obejmie,
język nie obwieści,
Ile się piekła
wewnątrz ciebie zmieści.
Lecz wprzód zostaniesz na
ziemi upiorem *
I trup twój, z grobu
wyłażąc wieczorem,
Pójdzie nawiedzać
krainę rodzinną,
Powinowatych spijać
krew niewinną.
Tam, na rodzeństwo
własne zajuszony,
Wyssiesz krew swojej
siostry, córki, żony;
Ścierw twój zasilisz
cudzym życia zdrojem,
Chciwie pić
będziesz, brzydząc się napojem.
A twe ofiary rozstając
się z światem
Poznają, że ich
ojciec był ich katem;
Przeklną cię,
twoje usłyszą przeklęstwa;
I na pniu wyschnie szczep
twego rodzeństwa
Ostatnia twoja ofiara na
świecie
Będzie twa córka,
najmilsze twe dziecię,
Ona konając krzyknie
na cię: „Ojcze!” —
I krzyk ten
ściśnie usta dzieciobojcze,
Ale ssać muszą,
dopóki się żarzy
Ogień w
źrenicach, rumieniec na twarzy;
Aż ujrzysz w
końcu, jak szklana powłoka
Zamrozi, zaćmi ostatni blask oka.
Natenczas ręką przeklętą z jej
głowy
Oderwiesz włosów warkocz bursztynowy;
Z tego warkocza pukiel darowany
Może na sercu nosi jej kochany,
A ty dziś w piekle złożysz jego
szczątki,
Jak samobójstwa twojego pamiątki.
Krwią twoją własną, najmilszą
ociekły,
Gryząc twe usta i zgrzytając
wściekły,
Wrócisz się znowu pomiędzy grobowce;
A tam upiory, twoi
współwędrowce,
Gule, Afryty,
spotkają cię w mroku.
I oni twego
zlękną się widoku,
I do podziemnych
skryją się otworów
Spotkawszy widmo,
brzydsze od upiorów.
* * *
— — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —
Jak się ten zowie
kalajor ponury *? —
Twarz mnie znajoma — raz
go napotkałem
W ojczyźnie mojej;
leciał między góry
Na dzielnym koniu,
pominął mnie cwałem;
Leciał, jak tylko
zdoła koń wyskoczyć,
Oblicze jezdca ledwie
mogłem zoczyć —
Lecz widać było
z twarzy i wejrzenia,
Że go
opętał duch złego sumnienia.
Nie chciałbym
nigdzie zdybać takiej twarzy,
Bo złą
jest wróżbą spotkanie zbrodniarzy.
I teraz strasznie
wygląda ten człowiek,
Jak gdyby
śmierć mu patrzyła spod powiek.
Sześć lat
minęło, jak przybył w te strony.
Wszedł do klasztoru,
czy światem znudzony,
Czy za grzech
jakiś pokutę odprawia,
Ale przed nikim grzechu
nie objawia.
Nigdy on w ławkach
podczas mszy nie siedzi,
Nie chodził ani razu
do spowiedzi,
Ani się kłania
przed Bogarodzicą,
Ani przed ołtarz
idzie z kadzielnicą:
Dni całe siedzi
zamknięty w ukryciu.
Nie wiem o jego
przygodach i życiu,
Słyszałem
tylko, że przybył ze Wschodu
Tureckim statkiem
od stron Carogrodu.
Żeby był
Turkiem, z twarzy się nie zdaje,
Zna
chrześcijańską mowę i zwyczaje —
Pewnie skruszony
jaki apostata
Dziś
opłakuje przeszłe błędów lata.
Tylko że
świętych obrazów się lęka,
Przed Pańskim
chlebem i winem nie klęka;
Dał wielki skarbiec,
który może złupił,
I tym
gościnność w klasztorze zakupił.
Lecz gdybym ja był
na miejscu przeora,
Albo bym wygnał tego
kalajora,
Albo w pokutnej
zamurował celi,
Tak żeby o nim
ludzie nie wiedzieli.
Często on marzy,
bezprzytomnie gada
O pięknej pannie,
która w morze wpada,
Słyszy szczęk
mieczów, strzały nad opoką
I widzi Turka
konające oko.
Ilekroć na tym
wierzchu skały stawa,
Grozi mu z
dołu jakaś ręka krwawa, —
On sam ją
widzi i, czyja, pamięta;
Ręka
pałaszem od ciała odcięta
Wystaje z ziemi i
kiwa nań w dali,
Ażeby
skoczył ze skały do fali.
* * *
Spod mnichowskiego
czarnego kaptura
Świeci jak z
grobu źrenica ponura,
Czasem z ukosa
błyskawice ciśnie
I całą
burzą dawnych lat zabłyśnie;
Barwa tych oczu co
chwila się mieni.
Chcą ją
uważać widzowie zdziwieni
I wnet uczują
ten urok spojrzenia
Wymowny, trudny do
wypowiedzenia,
Cechę
umysłu, co niezgięty w dumie
Zna swoje
wyższość i pokazać umie.
A jako ptaszek, gdy
go wąż urzecze,
Trzepioce
skrzydłem, ale nie uciecze,
Tak widz ujęty
w sidła jego wzroku
Chce i nie może
rozerwać uroku.
Przed nim wpół
trwożny braciszek umyka,
Kiedy samego przypadkiem
spotyka;
Bo on swym wzrokiem i
gorzkim uśmiechem
Zaraża wszystkich
boleścią i grzechem.
Przecież zbyt rzadko
uśmiechać się raczy,
Śmiejąc
się, tylko urąga rozpaczy.
Poruszy usta i
drżące wnet przytnie;
Widać, że
radość już w nich nie zakwitnie
I że uczucie wzgardy i niedoli
Już nigdy szczerze śmiać się nie
dozwoli.
I tak też było — trupie jego śmiechy
Nie są poczęte z serdecznej uciechy.
Okropne lica!
jakież być musiały,
Kiedy za młodu
namiętnie gorzały? —
Wiek jeszcze
wszystkich rysów nie pozgładzał,
Tylko szpetnymi
piękne poprzegradzal;
Jeszcze niekiedy
rumieniec w nich pała,
Znaczno, ze dusza
nie całkiem sczerniała.
Gmin widzi tylko w
tym posępnym oku
Świadectwo
zbrodni i pieczęć wyroku;
Pilniejszy badacz
odgadnie z wejrzenia
Wielkość
umysłu, zacność urodzenia,
Dary, niestety,
zbyt źle umieszczone,
Skalane
zbrodnią, smutkiem przetrawione.
Był to
przybytek nie podły, nie mały,
Gdy w nim tak
wielkie zalety mieszkały;
Dziś
został pustym, lecz poważnym gmachem,
Ludzie nań
lubią poglądać ze strachem.
Chaty bez dachów w
pustkach widzi co dzień
I rzadko do nich
zagląda przechodzień;
Lecz wieża,
legła w szturmie albo w burzy,
Co się czarnymi ruinami chmurzy,
Wzbudza podróżnych dumania i żale;
Złamane łuki, opuszczone sale
Wiele o dawnej powiadają chwale.
* * *
W długiej kapicy fałdy obwinięty,
Z cicha przez kolumn przesuwa się rzędy,
Straszy patrzących i sam strachem zdjęty
Staje i patrzy na święte obrzędy;
Lecz gdy się ozwał u ołtarza dzwonek,
Księża uklękli — cofa się w
przysionek.
Tam przy niepewnym pochodni promieniu
Twarz jego blada połyska się w cieniu,
Tam będzie czekał, aż się nieszpór
skończy,
Słucha śpiewania, lecz głosu nie
łączy.
Patrz! tam cień rzuca na bielone ściany.
Kaptur opadły i włos rozczochrany,
Gęsty i czarny bezładnie się wije,
Jakby Gorgona swe najbrzydsze żmije
Wyrwawszy z głowy splotła mu na skronie;
Bo ten kalajor, choć mieszka w zakonie,
Ślubu nie zrobił, więc nie strzyże
głowy
I nosi włosy jak człowiek światowy.
Kapicę przywdział jako inne mnichy;
Dał skarb na kościół, lecz zapewne z
pychy,
Nie z pobożności, hojnie kościół
nadał,
W którym ni razu pacierza nie gadał.
Tam — patrz na niego — w dzwonek uderzono,
Wszyscy uklękli, sakrament wzniesiono;
Stoi jak posąg, i widać z postawy
Wyraz rozpaczy, wzgardy i obawy.
Ratuj nasz kościół, o święty
Bazyli!
Bośmy na karę bożą
zasłużyli,
Żeśmy takiego grzesznika wpuścili.
Jeżeli zły duch czasem sobie sprawia
Człowieczą postać, on tak się
objawia.
Te oczy jego, na słowo kapłańskie,
Nie są niebieskie ni
ziemskie — sztańskie!
* * *
Serce zbyt czułe —
do kochania skłonne;
Lecz nie zna, co to
kochanie dozgonne,
Długie cierpienia
dzielić siły nie ma,
Długich z
rozpaczą wałek nie wytrzyma;
A twarde serce gdy
miłość skaleczy,
Tej rany nigdy
już czas nie uleczy.
Jako rodzimy kruszec
od płomienia
Wprzód się
rozżarza, niźli zaczerwienia,
Wrzucony w pieca
płomieniste jamy
Zgina się,
miękczy, lecz zawsze ten samy;
A potem wedle
sztukmistrza rozkazów
Służy do
dania lub odbicia razów,
Albo pierś
twoją przed śmiercią zastawia
Albo pierś wroga
śmiertelnie zakrwawi;
Lecz gdy raz
śmierci ukuto narzędzie,
Ten, kto je ostrzy,
niech ostrożnym będzie!
Tak ogień
uczuć i sztuka kobieca
Najtwardsze serca zmiękcza i roznieca;
Lecz raz nagięte, zmianom nie ulegnie
I pierwej pęknie, niźli się odegnie.
* * *
Jeśli cierpiących samotność
ogarnie,
Przerwa mąk tylko powiększa męczarnie;
Pusta pierś czując otchłanie
dokoła
Chce je zaludnić i o boleść woła;
Bo nie dzielone —
każde czucie nudne,
I szczęście samo do zniesienia trudne!
Serce w cierpieniach gdy samotność widzi,
Chcąc mieć pociechę wszystkich
znienawidzi.
I jest to serce jak
człowiek w mogile,
Gdyby z letargu
zbudził się na chwilę
I czuł z
wzdrygnieniem, że robactwo toczy
Odżyłe
jego oblicze i oczy,
I nie miał
siły bronić swych wnętrzności
Od tych
szkaradnych, niespodzianych gości.
To serce jest jak
pelikan, gdy leci
Przez obszar
pustyń do gniazda, do dzieci,
Krew swą
gotowy na żywność im przelać,
Życie z
głodnymi nieskąpy podzielać;
Już dziobem
piersi rozranił szlachetne
I widzi tylko swe gniazdo
— bezdzietne.
Najsroższe
męki, które nędzni znoszą,
Samotnej duszy
zdają się rozkoszą,
Sierocej, stepem
otoczonej dzikim,
Trawiącej
czucia nie dzielone z nikim.
Któż by
był niebios ciekawy widoku
Bez
słońca i bez żadnego obłoku? —
Lepiej jest
płynąć, choć się niebo chmurzy,
Niż morskiej
nigdy już nie doznać burzy
I gdy
żywioły zakończyły wojnę,
Być wyrzuconym
na brzegi spokojne,
W pustą
zatokę i bez towarzyszy
Późnego zgonu
czekać w wiecznej ciszy;
Lepiej raz
przepaść w zaburzone fale,
Niźli
żyć gnijąc po trochu na skale.
* * *
„Tyś dni twe
przeżył, ojcze spowiedniku,
Licząc
różańce, prawiąc msze bez liku,
Za cudze zbrodnie
błagając gniew boski,
A sam nie znając
zgryzoty ni troski,
Proch smutków krótkich,
zwyczajnych w tym życiu;
Siwy, spokojny, jak
byłeś w powiciu!
Przeraża ciebie
walka uczuć dzika,
Ilekroć zajrzysz w
serce pokutnika,
Choć jego
skargę, jego łzę żałosną
Przyjmujesz w duszę
czystą i litośną.
Moje dni krótkie na
płaczu padole,
Obfite w rozkosz, lecz
płodniejsze w bolę —
Przecież
pomiędzy rozkosze i trudy
Przeszedłem
życie nie doznawszy nudy;
Na ucztach, w bojach, z
kielichem, z kindżałem,
Zawsze
spokojność gnuśną pogardzałem.
Dziś nic nie kocham
ani nienawidzę,
Pychy nie czuję,
nadziei nie widzę;
A dzisiaj jeszcze wolałbym
być gadem
I pod klasztorem
pełzać strasząc jadem,
Niż być
wskazanym w cichym mniszym stanie
Na modlenie się i na rozmyślanie.
Przecież spoczynku nadzieja mnie łechce,
Chciałbym mieć pokój, ale go czuć nie
chcę.
Wkrótce się wszystko skończy tak, jak
życzę,
Zasnę w mogile nie marząc, czym byłem;
Choć moje życie zda się tak zbrodnicze,
Gdybym mógł odżyć, żyłbym
tak, jak żyłem.
Dziś w mej pamięci, jak w ciemnej mogile,
Leżą już zmarłe mych rozkoszy
chwile;
Lepiej by dawno leżeć razem z niemi,
Niż ciężką włóczyć
tęsknotę po ziemi.
Nigdy mój umysł nie upadł na męstwie
W długim i strasznym żywota
męczeństwie,
Sam dobrowolnie w grób się nie
położę,
Jak dawni głupcy lub dzisiejsi tchórze.
Ze śmiercią nieraz spotkałem się z
bliska;
Chętnie bym poległ śród pobojowiska,
Gdybym rycerskim mógł oddychać szałem
I kochał sławę, jak
piękność kochałem.
Lecz jam nie walczył dla oklasków gminu,
Nie dbam o zdobycz lub stratę wawrzynu,
To innych dzieło; niech rzną się
żołdacy
Dla wielkiej sławy lub nikczemnej płacy.
Ale mnie dzisiaj jeszcze niech poruszy
Przedmiot prawdziwie godny mojej duszy,
Niech mam przed sobą kochankę lub wroga;
Choćby mi groził i miecz, i pożoga,
Gdy serce mścić się lub bronić
rozkaże,
Na miecz i ogień jeszcze się
odważę.
Bo mężny na śmierć ze wzgardą
poziera,
Nędzarz jej pragnie, tchórz się jej
wydziera.
Kto mi dał życie, niechaj je odbiera;
Ja śmierć bez trwogi spotykałem nieraz,
Gdym był szczęśliwy i dumny — a
teraz?
Kochałem, ojcze — o, nie — ubóstwiałem —
Lecz to są słowa, słowo często
kłamie —
Ja miłość moją czynem
pokazałem:
Przypatrz się rdzawej na tym mieczu plamie,
To jest krew dawna,
dotąd się nie starła,
Przelana dla tej,
co dla mnie umarła.
Krew ta dobyta z serca mego wroga.
Nie trwóż się, księże, nie
wznoś rąk do Boga,
Za grzech zabójstwa nie lękam się kary,
Wróg mój był także wrogiem twojej wiary.
Samo wspomnienie o Maryi synie
Już obudzało złość w tym
poganinie.
Głupiec niewdzięczny! bo jeżeli rana,
Jeśli śmierć ręką
chrześcijan zadana
Jest Turkom kluczem rajskiego ogrójca,
Tedy do raju
wysłał go zabójca.
I teraz może
hurys czarnooka
Witać Hassana
u bramy Proroka.
Kochałem —
—miłość często drogę znajdzie
Tam nawet,
kędy głodny zwierz nie zajdzie,
A
miłość taka, śmiała na przygody,
Czyliżby
miała zostać bez nagrody?
Gdzie? kiedy? po
cóż mam głosić przed światem?
Byłem
szczęśliwy w miłości — dość na tem.
A przecież
często żałuję — daremnie! —
Wolałbym nie
być kochany wzajemnie.
Ona umarła —jak? — o to nie pytaj,
Jeśli śmiesz, sam to odgadnij, wyczytaj,
Bo tu wyryte noszę na mym czole,
Kaima pismem — me zbrodnie i bolę.
Ale mnie nie klnij —
posłuchaj — ja byłem
Przyczyną
śmierci — lecz nie ja zabiłem.
Mógłbym i
śmiałbym to samo uczynić,
Gdyby kochanka
śmiała mi przewinić. —
Jemu niewierna —
więc on ją pochował —
Mnie była wierną
— jam go zamordował.
Choć
śmierć Jej była zasłużoną karą,
Lecz jej
niewierność, była dla mnie wiarą,
Bo mnie oddała
serce, skarb sieroty,
Jedyny, którym nie
rządzą despoty.
Ach! późnom
przybył, nie mogłem jej zbawić,
Mogłem jej
tylko małą ulgę sprawić,
Mogłem w
ślad za nią jej wroga wyprawić.
Jego
śmierć lekka — ale jej męczeństwo
Było dla
myśli mych takim straszydłem,
Że w
końcu ludziom i sobie obrzydłem.
On zginął
słusznie — zrządzeniem wyroków,
On wiedział o
tym od swoich proroków *,
Których słuch
wieszczy śmierć przeczuwa w dali
I słyszy
wystrzał wprzód, nim broń wypali;
Zginął
śród bitwy, zgiełku i hałasu,
Bez mąk, bez
bólu — cierpieć nie miał czasu.
Raz tylko
wezwać Mahometa zdołał,
Raz tylko w niebo o
pomstę zawołał.
Poznał mnie w
tłumie, lecieliśmy cwałem,
On poległ —
długo nad leżącym stałem
I duszy jego
ujścia pilnowałem.
Konał jak
tygrys pokłuty od szczwaczy,
Lecz nie czuł
tego, co czuję — rozpaczy!
Szukałem w
licu sinem, krwią nabiegłem,
Znaków boleści
— żadnych nie dostrzegłem.
Rysy, śmiertelną
okryte ciemnotą,
Jeszcze
wściekłością tchnęły — nie zgryzotą.
Cóż bym
dał za to, gdybym w jego twarzy
Mógł
widzieć rozpacz ginących zbrodniarzy!
Widzieć, jak
późna, niedołężna skrucha
Z konającego
wywołuje ducha
Zbrodnię — i
nie chce zbrodniarza rozgrzeszyć,
Nie może
zbawić, a nawet pocieszyć.
* * *
W krainach zimnych
i serca są chłodne,
Uczuć
prawdziwej miłości niegodne.
W moim gorącym
sercu czucia moje
Wrzały jak w
Etnie płomieniste zdroje.
Nie umiem nucić w
żałosnych piosenkach
O lubych więzach i
okrutnych wdziękach.
Jeśli krwi burza,
oczu błyskawica,
Ust nieme drżenie,
mieniące się lica,
Serca katownia i
głowy szaleństwo,
Śmiałość
w zamiarach i w spełnieniu męstwo,
Pierś chciwa zemsty,
dłoń zbrojna kindżałem,
Wszystko, co
czułem i co dokonałem,
Jeśli to
znakiem kochania — kochałem!
Nie wiem, co
wzdychać i skargi wywierać,
Wiem, jak
wzajemność zyskać i umierać.
Umrę, lecz
pierwej rozkoszy użyłem,
Niech co chce
będzie — szczęśliwy już byłem.
Mamże
kląć losom? —jam sprawca mej doli,
Ja chciałem
cierpieć, nie zmieniłem woli;
Dziś wróć mi dawne trudy i rozkosze,
Jam gotów znosić, co zniosłem, co
znoszę.
Gotów żyć znowu, jakeśmy z nią
żyli,
Gotów na wszystko — prócz śmierci Leili.
Życia mojego żałować nie warto,
Żałuję życia, które jej wydarto.
Ona śpi, falmi nakryta chłodnemi! *
Ach! czemuż grobu nie miała na ziemi,
Czemuż to serce schorzałe nie może
Znaleźć i dzielić jej podziemne
łoże? —
Ach! był to
anioł życia i światłości,
Widzę go
dotąd, w oczach moich gości,
Krąży
wkoło mnie, wabi mnie i nęci,
Moja zaranna
jutrzenka pamięci!
Zaiste,
miłość jest świętym pożarem,
Iskrą
zatloną w ogniach nieśmiertelnych,
Aniołów
dobrem, Wszechmocnego darem,
Balsamem rajskim
dla serc skazitelnych.
Pobożność
duszę w niebiosa porywa,
Ale z
miłością niebo w duszę wpływa;
Uczucie, które
bóstwem zapalamy;
Które wytrawia
wszystkie myśli plamy.
Jest to promyczek
wszechtwórczego słońca,
Korona, duszę
wokoło wieńcząca.
Wyznam, że
moja miłość była inna,
Była zbyt
ziemska, ludzka, nawet gminna.
Jam grzesznik, ojcze
— lecz ona niewinna.
Ach! ona była
mą gwiazdą polarną,
Zgasła,
któż teraz oświeci noc czarną!
Ach! gdyby jeszcze
weszła mi pogodnie,
Wiodła mnie
znowu, chociażby na zbrodnie!
Bo cóż
dziwnego, że kto wraz postrada
I całe
szczęście, i wszystkie nadzieje,
Pokornie głowy
pod wyrok nie składa,
Ale klnie losom i z bólu
szaleje,
I w zbrodniach szuka
męczarniom ulżenia,
A zwiększa tylko winy i cierpienia?
Ach! serce chore na
wewnętrzne rany
Nie dba na
żaden cios zewnątrz zadany!
Kto raz spadł
z niebios, już się nic nie lęka,
Mniejsza, gdzie
spadnie, wie, że wszędzie męka.
Widzę,
kapłanie, że tobie obrzydłem,
Drżysz i
odwracasz oczy pełne trwogi;
I tegom
dożył! żem stal się straszydłem,
Jestem dla ludzi
jako ptak złowrogi.
Prawda, że
miałem drapieżność jastrzębia,
Żem latał
niszcząc i lejąc krwi strugi,
Alem się
uczył kochać od gołębia,
Umrę nie
znając, co kochać raz drugi.
Dobrze by było
nieraz ludzi dumnych
Uczyć
przykładem ptaków bezrozumnych!
Słowik, co w
gajach nuci z wiosny porą,
Łabędź,
co zdobi błękitne jezioro,
Małżonkę
sobie jedną tylko biorą.
Niechaj trzpiot z
licznych miłostek się chwali,
Niech tych
wyśmiewa, co w miłości stali,
Niech sobie cacek
szuka coraz innych,
Ja mu nie zajrzę
tych uciech dziecinnych.
Lecz u mnie człowiek
lekki i przewrotny
Mniej wart niżeli ów
łabędź samotny,
Stokroć mniej
niźli nieszczęsna dziewczyna,
Którą uwiódłszy
zdrajca — zapomina.
Nie, ta na sercu mym nie
ciąży wina!
Leilo! byłaś
myśli moich treścią,
Moją rozkoszą i
moją boleścią,
Tyś była
cnotą, ty zbrodniami memi,
Nadzieją w niebie i
wszystkim na ziemi!
Tak piękna jak ty
nie była stworzona,
A jeśli jest gdzie,
już nie dla mnie ona.
Nie chciałbym
widzieć na ziemi i w niebie
Podobnej tobie, chyba
samą ciebie.
Życia mojego okropne
wypadki,
Łoże
śmiertelne przyzywam na świadki,
Że ciebie dotąd
kocham, jak kochałem.
Ty jesteś lubym
serca mego szałem.
I jej nie było — a
jam z nią nie zginął!
Żyłem, lecz ból
mi oddychać nie dawał,
Wąż pierś
mą ścisnął, serce me obwinął,
Myśli me
kąsał i zemstą napawał.
Odtąd świat
cały miałem w obrzydzeniu,
Nie śmiałem
zajrzeć w oczy przyrodzeniu,
Na wszystkie jego
wdzięki i ozdoby
Padł całun
mojej wewnętrznej żałoby!
Resztę,
kapłanie, wiesz z mojej powieści,
Wszystkie me grzechy i
część mych boleści:
Ale mi nie mów
więcej o pokucie;
Już późno!
bliskiej śmierci mam przeczucie.
Chociażbym
przyjął wiarę objawioną,
Czy ty odrobisz, co
już raz zrobiono? —
Za łzy pociechy
wdzięczen jestem tobie.
Ksiądz nie
pomoże nic w mojej chorobie,
Tajnie mej duszy sam w
milczeniu badaj,
Jeśli masz
litość nade mną, nie gadaj.
Gdybyś mógł
wrócić życie mej Leili,
Ja bym pokutę
zaczął od tej chwili,
Kupiłbym zaraz i
msze, i odpusty,
I modliłbym się
stygnącymi usty.
Pódź do jaskini, gdy
strzelcy wychwycą
Z gniazda lwię
małe, i rozmów się z lwicą,
Spróbuj ukoić jej
żałosne jęki:
Mojej nie ulżysz,
nie rozdrażniaj męki. —
* * *
W młodości
latach, w szczęśliwych godzinach,
Gdym lubił
dzielić smutki i wesela,
W mojej ojczyzny
kwitnących dolinach
Miałem — czy mam go
dotąd? — przyjaciela —
Daj mu ten
pierścień, przysięgliśmy na nim
Wspomnieć o sobie
choć raz przed skonaniem.
Wiem, że mnie
kochał — chcę, by się dowiedział
O moim zgonie — on mi przepowiedział. —
Dziwno — on wzrokiem przeniknął proroczym
Przed laty wszystko, co ma ze mną stać
się —
Śmiałem się — (wtenczas mogłem
jeszcze śmiać się)
Gdy on ostrzegał — nie pamiętam o czym!
Lecz teraz myślą wyzywam na nowo
Wzgardzone niegdyś każde jego słowo.
Powiedz, że
zgadnął — będzie mu niemiło,
Że się
proroctwo tak na mnie spełniło.
Powiedz, że
chociaż w tym wieku namiętnym,
Gdyśmy wesołe
przeigrali chwile,
Lecąc po społu
w niebezpieczeństw tyle,
Wtenczas bywałem
często niepamiętnym
I roztargnionym —
może obojętnym —
Powiedz, że dzisiaj
językiem zdrętwiałym
Za jego
szczęście pomodlić się chciałem.
Ale cóż taka modlitwa pomaga,
Gdy winowajca za niewinnym blaga? —
Przed ludźmi — niech on sławy mej nie broni,
On, wiem, że dobry — przebaczy — a oni —
Niech co chcą,
mówią — sława! Cóż mi po
niej? —
Nie będę prosił, aby zgonu mego
Nie opłakiwał —
nie jestem tak dumny —
Nie masz
piękniejszej ozdoby dla trumny
Jak łza
żałosna brata kochanego.
Pierścień ten —
niech go z rąk twoich otrzyma,
Wręcz mu i opisz,
coś miał przed oczyma:
Ciało
uwiędłe, duszę zagaszoną,
Łódź falą
uczuć na step wyrzuconą,
Zwój pism zatarty —
liść z dalekiej strony
Wichrem przygnany i
mrozem zwarzony.
* * *
Tylko mi nie mów o snu
przywidzeniach;
Nie, to, mój ojcze, nie
było w marzeniach.
Kto marzy, ten śpi;
ja wtenczas nie spałem,
Jak teraz nie
śpię, i zapłakać chciałem,
Ale nie mogłem —
źrenica łez głodna,
Czułem, że
była wysechła aż do dna,
Chciałem
wydobyć z niej łzę, łzę jedyną,
Byłaby dziwną i
miłą nowiną;
Chciałem i teraz
chcę, lecz rozpacz wzbrania,
Rozpacz silniejsza
niźli chęć płakania.
Nie mów pacierzy, w
skutek ich nie wierzę,
Silniejsza rozpacz
niż twoje pacierze.
Zbawienia nie wart jestem
— i nie żądam,
Nie raju, ale spoczynku
wyglądam.
Wtenczas —
widziałem, ojcze — tak — tu była!
Widziałem dobrze —
powstała — odżyła,
Białą,
świecącą obwiana symarą,
Jak widzę teraz, tam
nad falą szarą,
Gwiazdę
błyszczącą przez obłok zachodni —
Ona świeciła
jaśniej i łagodniej.
Dziś gwiazda
świeci słabiej i tajemniej,
Jutro wieczorem wnidzie
jeszcze ciemniej;
Ja, nim doczekam jej
promieni drżących,
Nieczuła bryła i postrach
żyjących,
Ja umrę, ojcze. — Już kończąc
cierpienie
Zbiera się dusza w ostatnie westchnienie.
Tu ją widziałem, ojcze, i powstałem,
I wszystkich naszych nieszczęść
zapomniałem.
I porwałem się z łoża, i
objąłem,
I cóż do mego serca przycisnąłem? —
Cień był w objęciu bez tchu i bez
życia,
Sercem nie czułem wzajemnego bicia!
Lecz to Leila! to
jej postać była!
Kochanko moja, jak
się ty zmieniła!
Spojrzałaś
tylko, słowa nie wyrzekłaś,
Byłaś tak
blisko i z rąk mi uciekłaś!
Lecz choć tak
zimna, tak dla mnie zmieniona,
Obym cię tylko
przycisnął do łona,
Całe me
szczęście objąłbym w ramiona.
Niestety, marę
objąłem ulotną!
Ręce
opadły na mą pierś samotną —
Lecz patrz! to ona!
to jej szata długa,
Jej ręka
śnieżna; patrz, jak na mnie mruga
Tym czarnym okiem;
włosy rozpostarła —
Nie — jam nie
wierzył — ona nie umarła!
Ale on umarł,
jam go sam obalił,
Jam go
pochował, kamieniem przywalił —
On tu nie wróci, bo
ciężka mogiła
Ciśnie go z góry. —
Ty? — po coś wróciła?
Oni mówili, że ta
twarz jak zorze,
Ta postać
śliczna już zapadła w morze
I że się nad
nią fala szumna leje.
Rybacy mówią —
szkaradne to dzieje,
Chciałem
powiedzieć —język mi drętwieje.
Ach! jeśli
prawda, że ty wyszłaś z morza
Szukać dla
siebie spokojnego łoża,
Ach, przesuń
mokrą dłoń przez me powieki,
Niech już
ostygną, zamkną się na wieki.
Lub rękę
połóż na me serce wdowie;
Czy ciebie
marą, czy duchem świat zowie,
Zostań
oświecać chorego wezgłowie,
Odchodząc
weźmij z sobą mego ducha.
Potem niech wyje szturm,
niech morze bucha.
* * *
Takie me imię,
takie są me dzieje.
Samemu tobie powierzam
wyznania,
Wdzięcznie
przyjmuję łzę politowania,
Suche me oko już
łez nie wyleje!
Gdy skonam, pogrzeb ubogi
mnie sprawisz,
Krzyż tylko prosty
na grobie postawisz,
Bez żadnych liter —
nie chcę, by wędrowiec
Napisy czytać
szedł na mój grobowiec. —
* * *
Umarł — nie
doszedł nikt po jego zgonie,
Jak się
nazywał, w jakiej świata stronie
Jego ojczyzna; ostatnie
wyznania
Mnich tylko
słyszał we chwilach skonania.
Tyle zostało o Giaurze podania,
I o Leili, którą on postradał,
I o Hassanie, któremu śmierć zadał.
|