| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Adam Mickiewicz Wiersze Wybrane IntraText CT - Text |
Ktokolwiek będzisz w nowogródzkiej stronie,
Wjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,
Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona,
Gęstą po bokach puszczą oczerniona,
Jeżeli nocną przybliżysz się dobą
Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,
Niepewny, czyli szklanna spod twej stopy
Czyli też niebo swoje szklanne stropy
Gdy oko brzegów przeciwnych nie sięga,
Zdajesz się wisieć w środku niebokręga.
Tak w noc, pogodna jeśli służy pora,
Lecz żeby w nocy jechać do jeziora,
Trzeba być najśmielszym z ludzi.
Bo jakie szatan wyprawia tam harce!
Drżę cały, kiedy bają o tym starce,
I strach wspominać przed nocą.
Nieraz śród wody gwar jakoby w mieście,
I zgiełk walczących, i wrzaski niewieście,
I dzwonów gwałt, i zbrój chrzęsty.
Nagle dym spada, hałas się uśmierza,
W wodach gadanie cichego pacierza
Co to ma znaczyć? różni różnie plotą,
Cóż, kiedy nie był nikt na dnie;
Biegają wieści pomiędzy prostotą,
Lecz któż z nich prawdę odgadnie?
Pan na Płużynach, którego pradziady
Z dawna przemyślał i zasięgał rady,
Kazał przybory w bliskim robić mieście
Związano niewód, głęboki stóp dwieście,
Ja ostrzegałem: że w tak wielkim dziele
Dano więc na mszą w niejednym kościele
Stanął na brzegu, ubrał się w ornaty,
Pan daje hasło: odbijają baty,
Topi się, pławki na dół z sobą spycha,
Prężą się liny, niewód idzie z cicha,
Na brzeg oboje wyjęto już skrzydło.
Powiemże, jakie złowiono straszydło?
Choć powiem, nikt nie uwierzy.
Powiem jednakże: nie straszydło wcale,
Twarz miała jasną, usta jak korale,
Do brzegu dąży; a gdy jedni z trwogi
Drudzy zwracają ku ucieczce nogi,
"Młodzieńcy, wiecie, że tutaj bezkarnie
Każdego śmiałka jezioro zagarnie
I ty, zuchwały, i twoja gromada
Wraz byście poszli w głębinie,
Lecz że to kraj był twojego pradziada,
Że w tobie nasza krew płynie -
Choć godna kary jest ciekawość pusta,
Bóg wam przez moje opowiada usta
Na miejscach, które dziś piaskiem zaniosło,
Po których teraz wasze biega wiosło,
Świteź, i w sławne orężem ramiona,
Niegdyś od książąt Tuhanów rządzona
Nie ćmił widoku ten ostęp ponury;
Widać stąd było Nowogródzkie mury,
Raz niespodzianie obległ tam Mendoga
Na całą Litwę wielka padła trwoga,
Nim ściągnął wojsko z odległej granicy,
"Tuhanie! w tobie obrona stolicy,
Spiesz, zwołaj twe towarzysze".
Skoro przeczytał Tuhan list książęcy
Stanęło zaraz mężów pięć tysięcy,
Uderzą w trąby, rusza młódź, już w bramie
Lecz Tuhan stanie i ręce załamie,
I mówi do mnie: "Jaż własnych mieszkańców
Wszak wiesz, że Świteź nie ma innych szańców
Prócz naszych piersi i mieczy.
Jeśli rozdzielę szczupłe wojsko moje,
A jeśli wszyscy pociągniem na boje,
"Ojcze, odpowiem, lękasz się niewcześnie,
Bóg nas obroni: dziś nad miastem we śnie
Okrążył Świteź miecza błyskawicą
I rzekł mi: "Póki męże za granicą,
Usłuchał Tuhan i za wojskiem goni,
Słychać gwar z dala, szczęk i tętent koni,
I zewsząd straszny wrzask: "ura!"
Zagrzmią tarany, padły bram ostatki,
Biegą na dworzec starce, nędzne matki,
"Gwałtu! - wołają - zamykajcie bramę!
Ach! zgińmy lepiej, zabijmy się same,
Natychmiast wściekłość bierze miejsce strachu;
Przynoszą żagwie i płomień do gmachu
"Przeklęty będzie, kto się nie dobije!"
Klęczą, na progach wyciągają szyje,
Gotowa zbrodnia: czyli wezwać hordy
Czy bezbożnymi wytępić się mordy;
Jeśli nie możem ujść nieprzyjaciela,
Niechaj nas lepiej twój piorun wystrzela
Wtem jakaś białość nagle mię otoczy,
Dzień zda się spędzać noc ciemna,
Spuszczam ku ziemi przerażone oczy,
Takeśmy uszły zhańbienia i rzezi;
To są małżonki i córki Świtezi,
Białawym kwieciem, jak białe motylki,
List ich zielony jak jodłowe szpilki,
Za życia cnoty niewinnej obrazy,
W ukryciu żyją i nie cierpią skazy,
Śmiertelne nie tkną ich dłonie.
Doświadczył tego car i ruska zgraja,
Gdy, piękne ujrzawszy kwiecie,
Ten rwie i szyszak stalony umaja,
Kto tylko ściągnął do głębini ramię,
Tak straszna jest kwiatów władza,
Że go natychmiast choroba wyłamie
Choć czas te dzieje wymazał z pamięci,
Dotąd w swych baśniach prostota go święci
To mówiąc pani zwolna się oddala,
Szum słychać w puszczy, poburzona fala
Jezioro do dna pękło na kształt rowu,
Lecz próżno za nią wzrok goni,
Wpadła i falą nakryła się znowu,