|
JOACHIM
LELEWEL.
Z obawą do ręki
biorę pióro, celem nakreślenia sylwety Joachima Lelewela.
Obawę nasuwa mi
wielkość modelu.
Emigracya z r. 1831 w
łonie swojem posiadała znakomitych mężów stanu, wojowników,
uczonych, pisarzy, publicystów, posiadała wielkich, genialnych
(Mickiewicz, Słowacki) poetów. Człowieka większego nad Lelewela
nie posiadała. Do niego jednego dawałoby się zastosować
ecce homo Był on z tych, co:
... i
wyższością sławy innych zaćmi,
I sercem spółrodaka żyje między braćmi".
(A. Mickiewicz.)
Górował nad innymi
głową i sercem, dając z siebie wzór pracy, w której
bezinteresowność aż na dziwactwo zakrawała.
Mówienie w sylwecie o
pracy jego nie na swojem byłoby miejscu. Scharakteryzować ją
wszakże w krótkości wolno. Była ona, rzec można,
dwuimienną: naukową i polityczną. Jedna z drugą się
schodziła; jedna drugą przenikała. Pierwsza mu sławę i
żywot spokojny zapewniała pod warunkiem, ażeby jej nie
kojarzył z drugą i nie wyprowadzał dla tej ostatniej z pierwszej
wskazówek, niemiłych tym, co w międzyludzkich, międzynarodowych,
międzypaństwowych stosunkach prawdę i sprawiedliwość
uważają za rzeczy zbyteczne. On je jako sprawdzian
pożyteczności dla człowieczeństwa w przeszłości,
jako regułę na przyszłość do prac swoich
wprowadzał, przez co stawał na drodze krzyżowej, którą ze
spokojem człowieka, obowiązki obywatelskie sumiennie
pełniącego, szedł usque ad finem. Na drodze tej nieraz się
na szwanki narażać musiał, dzięki niestosowaniu się do
wyzwolonych z więzów etycznych sposobów, w działalność
polityczno-społecznej, w czasach minionych i w teraźniejszości
praktykowanych. O tem wszystkiem sylwetysta wzmiankować jeno może. Do
niego należy kreślenie wizerunków w uprawie życia towarzyskiego
- w oprawie wspólnej ludziom wszystkim, największym i najmniejszym.
W oprawie tej wespół
z Lelewelem przebywałem krótko - dni parę zaledwie; dużo za to o
nim słyszałem: jedno z drugiem dostarczy mi materyału na
przedstawienie publiczności czytającej historyka naszego w szlafroku,
którego on na pewne nie posiadał.
Gdym się mu
przedstawił, przyjął mnie dobrze, tuk dalece dobrze, że
zdziwiło to obecnego przy tem Lublinera. Zdziwiłoby to było i
mnie, gdyby mi był Lelewel na dziwienie się czasu trochę
zostawił. Ogarnął mnie uprzejmością od razu tak,
żem się upamiętać nie był wstanie. Preliminarya do
niej tem się wyraziły, że po usłyszeniu nazwiska mego, do
przyległego wybiegł pokoju i wnet wrócił, trzymając w
ręku lewem, pomiędzy palcami, za szyjki, wraz z kieliszeczkami, trzy
karafineczki szklane, zawierające każda płyn koloru innego.
- A jakiej pozwolisz,
pomarańczówki, kminkówki, piołunówki?, - do mnie z zapytaniem
się zwrócił.
Natrafił na
człowieka, do którego nalewki nie przemawiały zgoła. Nie
przypominam sobie "jakiej" się napiłem. Po poczęstunku
niezwłocznie zawiązała się rozmowa. Żem
przyjechał w interesie, Lelewel przeto na omówienie onego wyznaczył moment
późniejszy, tymczasem zaś potoczyła się o tem i o owem
gawędka, w którą nagle, tonem na poły żartobliwym,
wtrącił:
- A dużo o tobie mówiła doktorowa P...
- Profesor się z nią zeszedł?... -
zapytałem.
- Była u mnie i... o tobie mówiła...
mówiła... powtórzył.
- Dziś się z nią widziałem...
- Nie dziwię się temu... - rzekł z
naciskiem znaczącym.
Doktorowa P., młoda kobieta, na dzień przed
przyjazdem moim, z mężem do Brukseli przyjechała. Z doktorostwem
poznałem się w Paryżu. Doktor w specyalnie naukowych, medycznych
podróżował celach. Towarzysząca mu żona również
miała cele specyalne, będąc z liczby tych Polek, co się,
przed wybuchem powstania styczniowego, żywo i mocno Polską
interesowały. Ze wszystkiemi wydatniejszemi na emigracyi
osobistościami doktorowa chętnie się zaznajomiła, celem
dowiedzenia się, czy i co się dla Polski robi i kiedy ona
niepodległość odzyska. Bardzo ją to, bardzo
obchodziło. Ona zaś obchodziła ludzi jako osobistość
wykształcona, uprzejma, bardzo ładna i uwagę na siebie
zwracająca tem, że natura, przy jasno płowych warkoczach,
obdarzyła ją okiem jednem czarnem, drugiem blękitnem.
Nadawało to obliczu jej wyraz zagadkowy. Lelewel żartem
prześladował nią mnie najniesłuszniej. Za każdem ze
mną spotkaniem:
- Cóż pani doktorowa? - pytał. Świadczy
to o towarzyskości jego, potwierdzając zeznanie Mickiewicza o
"życiu sercem między braćmi". Taki jak on uczony - z
wyżyn wiedzy zstępował na poziom stosunków powszednich i
wnosił w nie dobry humor. Dokładniej objaśni to przykład
jeszcze jeden.
U Lublinera Heltman, kilku ludzi młodych i ja,
zeszliśmy się na obiad proszony. Czekaliśmy na Lelewela. Gdy
się godzina obiadowa zbliżała, lunął deszcz.
- A!... jakie pół godziny z obiadem
wstrzymać się musimy... Lelewel z pewnością deszcz
przeczekać zechce... - odezwał się gospodarz.
Deszcz ustał. -
Lelewel nie nadchodził. Drugie pół godziny - więcej może
minęło. Gospodarstwo, po naradzie, do stołu podawać kazali.
Po zupie, przy pierwszem daniu półmiskowem, wchodzi Lelewel.
Powstawaliśmy za jego wejściem. Lubliner z usprawiedliwieniem siebie
za nieczekanie z obiadem, z wymówką do Lelewela za spóźnienie
się zwrócił.
- Mój kochany... -
Lelewel mu przerwał. Przyszła Maryanna... zagadaliśmy się i
zapomniałem o obiedzie twoim...
- Dla Maryanny o
Lublinerze zapomniał!? - wznosząc ramiona, zawołał do nas
Lubliner z wyrazem wielkiej na obliczu alteracyi.
Maryanna, niegdyś
markietanka przy jednym z pułków polskich, zapędzona przea losy do
Brukseli, utrzymywała się z prania bielizny. Podobno świetnieby
stanąć mogła, gdyby grosz zarobiony oszczędzać chciała.
Puszczanie grosza naprowadziło ją na inny łatwiejszy
zarobkowania sposób. Przedstawiała się przez Brukselę
przejeżdżającym Polakom. Dla markietanki wojsk polskich
otwierały się sakiewki turystów z nad Wisły, Niemna, Dniepru.
Żniwo najobfitsze miewała u wnijścia do domu, w którym
mieszkał Lelewel.
- Wielmożny pan do
pana prezesa Lelewela? - zaczepiała gości, poznając Polaków po
wyróżniających ich śród narodów rysach.
Gość mową
polską i zamaszystością postawy babuli ujęty,
wręczał jej, zwłaszcza, gdy się o jej funkcyi wojskowej
dowiedział, kilku, kilkunastufrankowy upominek. Niekiedy fr. 20
dostawała. Na cóż jej było przy bieliźnie się
chlapać!...
Dla tej to Maryanny o
Lublinerze Lelewel zapomniał. Zagadał się z nią nie o
Dakach pewnie, ani o numizmatach, ani o wędrówkach Benjamina z Tudeli. Była
to kobiecina bardzo gadatliwa, nie o wszystkiem jednak rozprawiać
umiejąca. Lelewel wszelako stosować się do niej umiał. Do
niej i do każdego. Doznałem tego na sobie. U Lublinera po obiedzie
zgadało się o pochodzeniu szlachty polskiej. Wziąłem w
rozmowie tej udział: postawiłem hipotezę, stosownie do której
snąłem wywody, gdy nagle spostrzegłem się, że
słuchaczem moim jest Lelewel. Zmieszało mnie to; gorąco mi
się zrobiło - języka w gębie zapomniałem. Do zabrania
w materyi tej głosu ośmieliło mnie postawienie się Lelewela
na poziomie towarzystwa, złożonego z paru ludzi dojrzałych i ze
studentów. Wśród nas żaden go w zakresie wiedzy naukowej do kolan nie
dorastał. Mimo to, między nami a nim najmniejsza się uczuwać
nie dawała różnica. Wydawał się równym nam w każdym, w
naukowym nawet względzie. Takim być on musiał w Wilnie - i tem
tłumaczy się jego wśród młodzieży
popularność, oraz wielki, jaki na nią wywierał wpływ.
Skromność
naturalna, prostota nieudawana, brak pozy absolutny stanowiły podkład
natury jego towarzyskiej, nie zmieniającej się nigdzie i dla nikogo.
Na salonach burmistrza Brukseli, na których zbierał się świat
elegancki, takim (jak mi powiadano) był samym, jak u Lublinera,
wesołym, dowcipnym, żartobliwym. Zapraszano go tam i usiłowano
zatrzymywać jak najdłużej. W celu przeszkadzania, ażeby nie
znikał zawcześnie, chowano mu nakrycie głowy, dla tego on z
czapką w kieszeni do stołu siadywał.
Raz od Lelewela nauczka mi się dostała.
Zaprosił mnie do kawiarni na piwo i dać kazał dla mnie i dla
siebie po szklance fara. Faro, zdaniem Belgów, ma być piwem bardzo
smacznem i najzdrowszem; zdaniem jednak po raz pierwszy je pijących, jest
to napój jeden z najobrzydliwszych. Nie innym się też wydał i
mnie. Ze wstrętem, szklanką o szklankę Lelewela
trącając, łyk po łyku przez gardło
przepuszczałem. Lelewel z pod oka na mnie spoglądał i
złośliwie się uśmiechał.
- Jakże ci faro nasze smakuje?... - zapytał
w końcu.
- Nie bardzo... - odrzekłem.
- Czemuż pijesz?... Przez grzeczność...
Czego się ludzie nieraz przez grzeczność nie
dopuszczają!...
Uprzejmość, jaką mi okazywał,
wytłumaczyłem sobie później. Słyszał o mnie - od
Worcla może - jako o człowieku w sile wieku, mającym ochotę
sprawie polskiej służyć. Miałem już za sobą i
przeszłość, pozwalającą do pewnego stopnia o
przyszłości wróżyć pod warunkiem, ażebym piw
paskudnych nie pijał... przez grzeczność. Ten był
prawdopodobnie powód szczególnej dla mnie uprzejmości jego. Wzywał
mnie razy kilka do siebie - chodził ze mną. Krążąc
niekiedy z nim po mieście, sprawdziłem podania o popularności
osoby jego śród mieszkańców Brukseli. Wszyscy go znali i z
uszanowaniem przed białowłosym, wpół zgiętym, w
szafirową bluzę robotniczą odzianym staruszkiem kościanym
głowy chylili. Gdy szedł, dla spoglądania ludziom w oblicza,
głowę do góry w prawo lub w lewo wykręcać musiał. Nie
widział składanych mu pokłonów; wiedział o nich jednak i
dlatego, w święta narodowe, kiedy się stolica tysiącami
ludności prowincyonalnej zapełniła, na ulicy się
pokazywać nie mógł, ukłony bowiem w tłumne i
hałaśliwe zmieniały się owacye. Nazwisko jego i postać
cześć w kraju całym wzbudzały.
Zdarzyło się atoli, że mu nazwisko i
postać nie dopisały. Wkrótce po zamieszkaniu w Brukseli, do czego
wygnanie z Paryża go zmusiło, dowiedziawszy się o ważnych
dokumentach i ciekawych numizmatach, znajdujących się w Naraur,
wybrał się do miasta tego piechotą w towarzystwie Worcla. Po
obejrzenia dokumentów, pobraniu notat i poprzerysowaniu numizmatów, Worcel do
Brukseli odjechał dyliżansem, Lelewel puścił się
piechotą. We wsi jakiejś zwrócił na siebie uwagę
żandarma, który, nie zadowolniony na zadawane mu przezeń pytania
odpowiedziami, o nazwisko go zapytał.
- Lelewel... była odpowiedź.
- Lelewel?... członek Rządu narodowego
polskiego?!... - wykrzyknął żandarm zdumiony.
- Tak...
Przestrzegaczowi porządku i bezpieczeństwa
publicznego wydało się, że odpowiadający w ten sposób
mizerak jest albo oszustem, albo na umyśle pomieszanym, zaprowadził
go więc do aresztu miejscowego. Władza wiejska przesłała
władzy wyższej do stolicy raport o uwięzieniu włóczęgi
bez paszportu, mieniącego się Lelewelem. Do raportu
dołączone były znalezione przy więźniu, okryte znakami
rzekomo kabalistycznymi papiery, które policya wiejska uznała za podejrzane.
Awantura tem się zakończyła, że po parudniowym w więzieniu
pobycie Lelewel do Brukseli karetą burmistrza powrócił.
O wypadku tym opowiadanie słyszałem z ust
znającego Lelewela blisko Worcla. Częstośmy o nim mówili. Rozmów
tych potwierdzeniem dosadnem było wrażenie, jakie z krótkiego z nim
obcowania wyniosłem. Wierność zasadom,
niezłomność przekonań, obok wyrozumiałości dla
opinii przeciwnych, stanowiły grunt istoty jego duchowej - grunt, na
którym z surową w stosunkach życiowych prawością
łączyły się: łatwość w obchodzeniu się
z ludźmi, prostota i skromność. Znanemi są, śmiesznie
niskie honorarya od wydawców przezeń pobierane; znaną jest
obojętność co do jakości i redukcya do niezbędnej
ilości przyjmowanych przez niego pokarmów; znanem jest odziewanie się
jego. Przeciwnicy, których miał dużo, najniesłuszniej go o
afektacyę, o pozowanie obwiniali. Z natury nie elegant, chodziło mu
więc tylko o odzież najwygodniejszą; nie żarłok, ani
smakosz, odżywiał się w sposób najprostszy:rano mleko, raz na
dzień kawałek mięsa gotowanego i chleba dużo - dużo
dlatego, że dzielił się nim z myszami, osłaniając
przez tu książki przed ich żarłocznością,
Gdyby nie książki, z pewnością
mieszkałby kątem, jeżeli nie w beczce wzorem Diogenesa. Dla
książek potrzebował mieszkania obszernego. Zajmował
apartament na pierwszem piętrze, na którem obszerny, frontowy od ulicy
pokój, obstawiony półkami, był jego biblioteką
podręczną. Pokój mały służył mu za
sypialnię. We wchodowym pracował i gości przyjmował.
Słabą w nim, ujemną stronę
stanowiło ochędóstwo. Czasu nie miał myśleć o niem. Maryanna
chwaliła się opieraniem go i utrzymywaniem mieszkania w
czystości. Jedno i drugie bardzo, bardzo dużo do życzenia
pozostawiało. Do czuwania nad nim potrzebną była jakaś
Maryanna specyalna, któraby mu matkowała. Brak takiej przy nim kobiety to
sprawił, że gdy na wieść o chorobie jego dr. Seweryn
Gałęzowski z Paryża do niego pośpieszył, znalazł
ciało jego okryte ranami, przez brud powyżeranemi. Nie dbał o
siebie, w czerń podobnym był do tych z wieków średnich
świętych, co ciało nędzną zwąc lepianką, za
życia je robactwu na pastwę oddawali. W lepiance lelewelowskiej
piękna, świetlana mieszkała dusza - dusza mędrca, wyznawcy
w słowie i czynie prawdy i sprawiedliwości.
|