|
ZENON
ŚWIĘTOSŁAWSKI.
Tytułowe sylwety
niniejszej nazwisko wymaga powiedzenia stówka o środowisku, na którem
się ono uwydatniło.
Środowiskiem
była organizacya polityczno-społeczna odrębna, ultrareligijna,
ultrasocyalistyczna, prawie - porównując ją z istniejącemi
obecnie stronnictwami socyalnemi - anarchistyczna. Stanowiły ją dwie
gminy: Grudziądz i Humań - jedna w Portsmouth, druga - później
założona - na wyspie Jersey. Gmina Grudziądz
tytułowała się pierwotnie sekcyą i wchodziła do
składu Towarzystwa demokratycznego; lecz się z Tow.
wykreśliła i gminą przezwała dlatego, że Tow. uznawało
własność osobistą i, oświadczając się
przeciwko szlachcie, nie potępiało mieszczaństwa. Gminy owe
przyjęły ogólne "Ludu Polskiego" miano.
Zasługującem na uwagę jest to, że podłożem ich
byli włościanie: żołnierze szeregowi z armii polskiej,
których Prusacy z Grudziądza, gdzie ich w niewoli trzymali, wyprawili do
Ameryki na trzech okrętach. Jeden z tych okrętów zawinął do
Hayre, drugi do Portsmouth - jedni wygnańcy pozostali we Francyi, drudzy w
Anglii. Tymi ostatnimi zaopiekowali się tacy skrajni w przekonaniach
swoich, jak Krępowiecki, ks. Puławski, Dzienicki, oraz Worcel,
należący do Zjednoczenia, który się do nich
przyłączył, celem przekonania się, azali z tej mąki
nie da się chleba zrobić. Przekonał się: wykluczonym
został. Cała organizacyi tej, krótko zresztą trwającej,
działalność ograniczała się na: ogłaszaniu odezw
i manifestów polemicznych, oraz na sporach i procesach wewnętrznych,
rozstrzygających się wykluczaniem członków, o różne
podejrzewanych zbrodnie. Podejrzenia zazwyczaj spotykały inteligientów.
Procesy do tego doprowadziły, że tę ultrareligijną i ultra
socyaiistyczną organizacyę ogołociły z inteligiencyi, z
której przedstawicieli pozostało w końcu dwóch: szewc Jan Kryński
i Zenon Świętosławski.
Zenon
Świętosławski mieszkał w Jersey i należał do
gminy Humań, która nazwała się w ten sposób dla wyrażenia
uznania dla czynu ludu, co w r. 1768 w tem mieście ukraińskiem
szlachtę i żydów wymordował. Pięknie się przez to
zaleciła. Z czyjego do nazwy tej przyszło natchnienia? Mocno o to
Świętosławski podejrzewać się daje, a to z tej racyi,
że, o ile wiem, pomiędzy dziewięciu składającymi
ją członkami, on jeden był z Ukrainy rodem; ojciec jego w
Humańszczyźnie majątek posiadał i nie komu chyba innemu,
jeno Zenonowi, w momencie wyszukiwania dla gminy nazwy, Humań i rzeź
Humańska na myśl przyjść mogły. Pięknie się
przeto i opowiadania niniejszego bohater zaleca. Ale - zapoznajmy się z
nim bliżej.
Biografia jego nie jest
mi znaną dokładnie. Nie umiem curriculum vitae jego w całej
rozpowiedzieć obszerności. Niewątpliwie w powstaniu na Ukrainie
r. 1831, pod dowództwem starego generała Kołyski, udział
wziął. W powstaniu jako żołnierz prowadzić się
musiał dobrze, inaczej bowiem nie byłoby dla niego w gronie
wychodźców miejsca a tem mniej poważania. Po upadku powstania
dzielić musiał losy tych wszystkich, co przez zabór austryacki, przez
Niemcy następnie dostali się do Francyi i we Francyi wsiąkli w
węglarstwo, sposobiąc rewolucyę, ogólnoeuropejską. Po
drodze rozmaite mu się do głowy dostawały poglądy i doktryny,
o których na Ukrainie może słyszał, ale uwagi na nic z
pewnością nie zwracał.
Bo i jakże!...
Czy miody w epoce
przedpowataniowej Ukrainiec, szlachcic zwłaszcza i bogaty, jakim był
p. Zenon, miał możność, miał zresztą czas takiemi
jak poglądy i doktryny tam jakieś zajmować się rzeczami?
Konie, charty, jarmarki itp. pochłaniały go całkowicie.
Przypuszczalnie nauki w Humaniu (u Bazylianów w Humaniu) pobierał. Ale,
jeżeli doszedł do klasy piątej, jeżeli nawet
szkołę skończył, co się Ukraińcom w czasach owych
dosyć rzadko zdarzało, to wykształcił sobie
wyobraźnię bardziej, aniżeli pojmowanie.
W dawniejszych
średnich zakładach naukowych literatura prym trzymała.
Szkoły humańskie dały nam Bohdana Zaleskiego, Seweryna
Goszczyńskiego, Aleks. Grozę, Michała Grabowskiego - wybitnych
poetów, ale nie z wybitnych uczonych, w liczbie których znalazł się
jeden Seweryn Gałęzowski, adjunkt przy katedrze chirurgii w b.
uniwersytecie wileńskim i autor kilku cennych prac chirurgicznych. Bohater
sylwety niniejszej, luboć nie wykierował się na twórcę
pieśni, dum i poematów, ale wykierować się mógł na
osobistość żywo się przejmującą wrażeniami i
odczuwającą je szczerze i głęboko. Poetami nie tylko
są tacy, co wiersze piszą, ale i tacy, co myślą, czują
i wrażenia na czyn zmieniają. Ze szkoły wynieść
musiał poetyczne, Ukraińcom właściwe usposobienie, oparte
na twardej katechizmowej wierze religijnej, utwierdzonej udziałem w domu
rodziców, w praktyce wedle przykazań kościelnych. Katechizm
nakazywał mu miłować Boga w Trójcy św. jedynego nade
wszystko i bliźniego jak siebie samego. Z tym nakazem,
obłogosławiony przez ojca, oblany łzami matki, która mu
szkaplerze na piersi zawiesiła, konno i orężnie wybrał
się na walkę w obronie ojczyzny. Wyobraźmy sobie
młodzieńca lak umysłowo i moralnie przysposobionego, który
się niespodzianie dowiaduje o nieprawościach, wymagających
naprawy. Nie wiedział o tem. W kraju rodzinnym, pod rodzicielską
pozostając ręką, ani się domyślał, że najbliżsi
jego, najmilsi mu, ojciec, matka, on sam są krzywdzicielami,
wyzyskującymi lud roboczy, żywiącymi się potem i krwią
jego.
- Naprawy! naprawy!! -
zawołało w nim głęboko dotknięte sumienie
człowieka, chrześcijanina i obywatela.
Biografia jego,
którą na domysł piszę, ukazuje mi go w szeregach karbonarów,
biorącego udział w wyprawie do Niemiec i do Sabaudyi. Inaczej
wytłumaczyćby się nie dała jego w Londynie w r. 1833 czy
1834 nie na domyśle już oparta obecność. W stolicy Anglii w
wielkim się znalazł niedostatku, w którym ratował się
wzorem nędzarzy ulicznych, żywiąc się tanio sprzedawanymi
skorupiakami. Nadarzyła się mu okazya dania o nędzy swojej ojcu
znać.
"Mnie i kolegów
sporo - pisał do ojca - losy na brzegi angielskie wyrzuciły. Źle
nam, głodno i chłodno: żywić się musimy
ostrygami."
W odpowiedź na
pisanie to, ojciec mógł mu niezwłocznie zasiłek
pieniężny posłać. Do posyłki dołączył
list, a w nim mocne wyraził zdziwienie, że syn jego na niedostatek
narzeka, zjadając ostrygi, nabywane na wagę złota w Warszawie.
Dziwił się oraz smakowaniu w paskudztwie takiem i zapowiedział,
że odeszle mu niebawem w monecie brzęczącej schedę jego pod
warunkiem, ażeby z niej dobry zrobił użytek.
Po otrzymaniu od ojca
zasiłku, Świętosławski przeniósł się na
wyspę Jersey i w oczekiwaniu na zapowiedzianą znaczną,
parękroć sto tysięcy złotych polskich wynoszącą
posyłkę, próbował się w literaturze opisowej. Opisywał
ojcu w listach wyspę, jakby ją opisał nie statysta, ale
podróżnik, zajmujący się nie ekonomicznemi jej właściwościami
(rolnictwo, przemysł, handel), ale położeniem, malowniczością.
Kwalifikował ją stale "wysepką", wspomniał o te]
osobliwości, że leży bliżej Francyi, aniżeli Anglii,
należy jednak do Anglii i produkuje dużo jaj, przynoszących
znaczny dochód, Anglicy bowiem jajami się zajadają.
Opis ten doszedł
rąk ojca i posłużył mu do udzielenia synowi rad,
tyczących się zużytkowania posłanego funduszu. Stary
Świętosławski radził synowi kupić Jersey, ze wzmianki
bowiem o dochodzie z jaj wymiarkował, że musi się na wysepce
owej rodzić zboże, bez którego by chłopi nie mieli pośladu
do hodowania kur, a którego (zboża) zbyt do Anglii łatwiejszym jest
niezawodnie z Jersey, niż z pod Humania. Przytem jedna tej
posiadłości zaleta szczególnie się staremu cenną
wydała, a to: natura granic, broniąca od sąsiadów i od sporów
granicznych, stających człowiekowi nieraz kością w gardle.
Przesłał nadto Zenonowi rodzaj kwestyonaryusza, odnoszącego
się do chłopstwa, do pańszczyzny, daremszczyzn, propinacyi,
źydowstwa i t. p. szczegółów gospodarskich.
Rzecz prosta, Zenon z rad
ojcowskich korzystać nie mógł. Kupił w Jersey dom,
założył w nim drukarnię, ożenił się z
Jerseyką i całkowicie się sprawie ludowej oddał. Sprawa
tyle zyskała, że bibliografię socyalistyczną zbogaciła
wydana w Jersey p.t. "Lud", książka in 4o maj., drobnym
odbita drukiem, zawierająca protokoły posiedzeń gmin
Grudziądz i Humań, manifesty, odezwy i długą pióra Zenona
Świętosławskiego o sprawie ludowej rozprawę, którą, o
ile wiem, nie świadczą się, ani posługują,
socyaliści nasi nowocześni.
Na sprawę oddał
wszystko, co posiadał, z potrzebującymi dzielił się i
wszystko stracił. Najgorzej na tem wyszły dzieci, pozostawione samym
sobie, matka bowiem, sprawie wraz z mężem służąc, i
dzieci i gospodarstwo domowe zaniedbywała. O Świętosławskim,
co do jego wartości moralnej, dwóch nie było opinij; wszyscy, co go
znali, murowaną przyznawali mu zacność. Wadliwość
ustroju społecznego i dzielącego ludzi na używających i
pracujących, na bogaczy i nędzarzy, na panów i niewolników,
bolała go. Traktował ją nie teoretycznie tylko: zaradzał
złemu, o ile mu na to możność pozwalała. Że
zaś złego znajdowało się za dużo, rychło
więc rozeszły się przez ojca przysłane tysiące
zł. p.
Poznałem go w
r. 1850 u Worclla. Przyjechał był dla mnie. Francya
zamknęła się była w czasie owym dla Polaków, co w wojnie
węgierskiej udział wzięli, zadenuncyowano ich bowiem, jakoby
sfery podejrzewające ówczesnego prezydenta rzeczypospolitej, ks. Ludwika
Napoleona Bonaparte, o zamiary nieczyste, upatrzyły ich i zamówiły na
wodzów przysposabiającej się w Paryżu rewolucyi. Bez paszportu
przeto ani myśleć było można o przekroczeniu granicy
francuskiej. Że zaś nas do Paryża ciągnęło,
trzeba więc było wynajdować sposoby na zwalczanie tej
przeszkody. Usunął ją przede mną
Świętosławski, wystarawszy się dla mnie o paszport
jerseyski. Z paszportem sam przyjechał dla powitania w osobie mojej swego
z Rusi spółziemianina.
W przywitaniu
czuć się ze strony jego dała serdeczność
powściągana, jakaś lękliwość, czy
skromność, odpowiadająca postawie, nie pozwalającej
się w nim od pierwszego oka rzutu Ukraińca domyślać. Ani
śladu tego, Ukraińców zdradzającego, akcentu kozaczego;
natomiast na postaci całej, na obliczu, w oczach rozlany wyraz
potulności, nie licujący z ideą, hajdamaczyźnie pokrewną,
co gminę Humań na wyspie Jersey do życia powołała.
Szczupły, wzrostu miernego, o obliczu matową powleczonem cerą,
mało mówiący, wyglądał na zgnębionego. Rozmowę w
ten podtrzymywał sposób, że na zadawane mu przez Worclla zapytaniu
odpowiadał. Na zapytanie:
"Jakże
tam gmina ?"
- A... -
ręką machnął.
Nie niepowodzenia
go przygnębiły, ale zawód - zawód, dzięki któremu stracił
nadzieję, nie straciwszy wiary. Wierzył w potrzebę naprawy
trapiących ludzkość nieprawości; liczył na to, że
na właściwe, celem usunięcia ich, trafił sposoby.
Doświadczenie wykazało mu sposobów tych niewłaściwości
i pozbawiło go nadziei dojścia do celu. Inny na jego miejscu
jakośby to sobie wyperswadował: głupiecby się
zaciął i na oślep brnął dalej: doktryner wykrętów
by szukał i odpowiedzialność na ludzi przewrotnych i na
okoliczności zwalał. Zenon Świętosławski głupcem,
ani doktrynerem nie był. Wiara społeczna tą samą, co
religijna weszła weń drogą i rozbudziła w nim sumienie,
które nakazało mu wszystko co posiadał i czem rozporządzał
w imię jej na sprawę ludową oddać, lecz nie pozwalała
tym zasłaniać się wybiegiem, do którego uciekają się
ludzie, co się wiarą jako narzędziem posługują: credo
quia absurdum. Nie wiedział, czy to absurd: wiarę więc
swoją w siebie wpędził - zamilkł i... posmutniał.
Świat
stanął przed nim z napisem, co Danta przy wnijściu do
piekła powitał:
"Pozbądźcie
się nadziei wszelakich."
|