|
LUDWIK MIEROSŁAWSKI.
I.
Generał Mierosławski - oto postać
typował... - typowa w całem, najściślejszem przymiotnika
tego znaczeniu. Typowa, ale nie wyjątkowa. W polskiem i w każdem
innem społeczeństwie było takich więcej. Wyjątkowość
Mierosławskiego polegała jedynie na niepospolitych, górujących
zdolnościach, jakiemi go natura obdarzyła.
Z matki Francuzki (Kamilla Notte de Vaupleux), z ojca
Polaka, sztabowego w wojsku francuskiem oficera, adjutanta marszałka
Davoust, przyszedł na świat r. 1813 w Nemours pod Paryżem. Po
zakończeniu wygnaniem na wyspę św. Heleny bohatera epopei
Napoleońskiej, ojciec chłopca nazwanego Ludwikiem, wstąpił
w stopniu podpułkownika do szeregów armii polskiej. Rodzina jego w r. 1820
do Polski się przeniosła. Ludwik zrazu nauki w Łomży w
szkole wojewódzkiej pobierał; następnie oddano go w Kaliszu do
korpusu kadetów, z którego w 15 roku życia przeszedł w stopniu
podchorążego do 5 pułku piechoty.
Zdaje się, że Łomżyńskie i
Kaliskie stanowiły okolicę gniazdową dla rodziny
Mierosławskich czyli Mirosławskich, herbarze bowiem pochodzenie jego
herbach dwojakich (Ogończyk i Rogala) z pobliża - z Mazowieckiego i
Płockiego wywodzą.
Nie wiem kiedy rodzice osierocili
podchorążego. Wiadomym jest jeno udział Ludwika w wojnie r. 1831
w stopniu porucznika, w korpusie generała Samuela Różyckiego, z
którym wyszedł do Galicyi. Do Francyi przybyć musiał r. 1833,
najpóźniej r. 1834, albowiem w 1835 w Paryżu, z drukarni Bourgogne et
Martinet, wychodziły już polskie jego utwory.
O udziale młodziutkiego Mierosławskiego w
wojnie polskiej, jakoteż o tem, czy i gdzie na emigracyi (w Galicyi, w
Niemczech, we Francyi) szkolnie w naukach się kształcił,
historya milczy. Przypuszczalnie należy on do rodzaju tych autodydaktów,
co wiadomości naukowe z powietrza niejako chwytają i sami je,
stosownie do upodobania osobistego na użytek własny przerabiają.
Wynikają stąd niekiedy poglądy oryginalne, nowe badaniom
naukowym wskazując drogi.
Wynikają stąd także nierzadko duże
bałamuctwa naukowe, które spowodowuje nie istota, ale forma przedstawiania
rzeczy.
Za granicą Mierosławski wcześnie
przebił się wśród młodzieży emigracyjnej i uwagę
na siebie zwrócił. Bolą jego jednak polityczna nie zaznaczyła
się od razu. Wystąpił jako literat w gronie znanem powszechnie
pod nazwą młodzieży złotej, biorącej życie ze
strony wesołej. Do grona tego należeli młodzi ludzie
zamożni, między innymi Aleksander Jełowicki, który się z
nim zaprzyjaźnił szczególnie, świadcząc przyjaźń
w ten sposób, że zachęcał go do prac literackich i -
ponieważ mu na to starczyło - łożył na wydawnictwo
niektórych przyjaciół utworów. Utwory te, poezye i powieści,
należały do rodzaju, traktującego erotyzm za zbyt swobodnie.
Na przyjaciół w gronie tem przyszedł moment
opamiętania: Jełowicki do zakonu Zmartwychwstańców
wstąpił, Mierosławski zaś utwory swoje pierwotne
wykupywał i niszczyć. Nie ulega prawie wątpliwości, że
Mierosławski wabiony był przez przyjaciół na tę
odpokutowywania za grzechy młodości drogę. Zwabić się
nie dał, mimo, że usiłowania w kierunku tym powtarzały
się wówczas jeszcze, kiedy autor "Żelaznej Maryny"
zajął wyraźne w obozie demokratycznym stanowisko. Świadczy
o tem następująca, przez ludzi na wiarę zasługujących
opowiadana mi anegdota.
Mierosławski często zapadał na
gardło, w którem wznawiał się od czasu do czasu wrzód,
sprawiający ból i zagrażający życiu, przedstawiał
się bowiem laryngologom pod postacią zadania trudnego do
rozwiązania, ze względu na niebezpieczeństwo operacyjne. Jedynem
na chorobę tę lekarstwem było pozostawienie leczenia jej
naturze. Lekarz ten tak się raz był urządził, że
rozeszła się wieść o nieochybnie nadejść
mającej śmierci Mierosławskiego: pokarmów już
przyjmować nie mógł, oddechał z potęgującą
się co chwila trudnością - życie jego całkowicie od
pęknięcia wrzodu zależało. W momencie tym zjawia się
Jełowicki, już ksiądz, siada przy chorym i w imię
przyjaźni przedstawiać mu poczyna potrzebę pogodzenia się z
Bogiem.
Ksiądz przemawiał serdecznie i wymownie, nie
zważając, przejęty pragnieniem oczyszczenia przed wędrówką
na tamten świat duszy grzesznika, na okazywaną przezeń coraz to
mocniej niecierpliwość. Krew mu do głowy uderzała, razy
Kilka usiłował się podnieść i przemówić; wreszcie
w wysiłku najwyższym zerwał się i wykrzyknął...
Co wykrzyknął? Wyrazu, który mu się z
gardła wydarł, nie powtórzę. Gdybym wyraz ten powtórzył,
posądzono by mnie o chęć znieważania duchowieństwa.
Ksiądz Jełowicki, który był kapłanem surowym, ale w
towarzystwie umiał być dowcipnym, zdarzenie to opowiadając, nie
wahał się wyrazu owego wymawiać, jak z ust, a raczej z
gardła Mierosławskiego wyszedł i skutkiem wykrztuszenia go to
sprawił, że spowodował pęknięcie wrzodu.
- Mam prawo przyznawać sobie dokonania
uzdrowienia cudownie chorego.... - powiadał jakoby ks. Jełowicki
żartem, dodając: Ale niestety, na nic się to nie zdało, bom
grzesznika nie nawrócił... W wieku naszym cuda nie na wiele
służą.
Do tegoż momentu choroby, z której grzesznik ów
cudem wyszedł, odnosi się anegdota prawdziwa jeszcze jedna.
Wobec perspektywy śmierci tej, sposobiono
się do grzebania nieboszczyka. Przyjaciele i współwyznawcy
obmyślali sprawienie młodzieńcowi genialnemu, który arystokracyi
gorącego za skórę sadła zalewał, pogrzebu przyzwoitego - z
konduktem, z wieńcami, z mowami. Do wygłoszenia mowy
zgłosił się Franciszek Grzymała, chorujący na
oratoromanię, ze strony tej z Warszawy jeszcze znany. Pisywał
prozą i wierszem i miał o sobie mniemanie takie, jakie mu w usta
Mickiewicz wkłada:
Świeci się pomnik mój nad szklany Puław
dach,
Przetrwa Kościuszki grób i Paców w Wilnie gmach;
Ni go łotr Wirtemberg bombami mocen zbić,
Ni podły Austryak niemiecką sztuką zryć.
Bo od Ponarskich gór...* etc.
Poetę, prozaika i krasomówcę tego natura
obdarzyła wzrostem małym, tuszą pokaźną,
głową dużą, obliczem nieponętnem i głosem
skrzeczącym. Napisał on sobie mowę pogrzebową, na
pamięć się jej nauczył i w momencie właśnie, gdy
się do wygłoszenia jej gotowił, dowiaduje się o cudownem do
zdrowia przywróceniu Mierosławskiego. Wątpliwości nie ulega, ze
mu tu przyjemności nie zrobiło. Nie okazał tego jednak po sobie:
do Mierosławskiego poszedł, uradowanie mu swoje z racyi wyzdrowienia
jego z akcentem szczerości wypowiedział i na dowód, jakimby ciosem
bolesnym dla Polski była takiego jak on człowieka strata, jakim by
żalem i smutkiem wszystkich, co myślą i czują po polsku,
śmierć Mierosławskiego przejęła:
- Pozwól - rzekł - panie Ludwiku, że ci
wygłoszę, co licznie na pogrzebie twoim zgromadzona płci obojej
publiczność polska z ust moich by usłyszała...
Z krzesła wstał, postawę odpowiednią
wobec leżącego w łóżku rekonwalescenta przybrał i z
całym szykiem krasomówczym nieboszczykowi niedoszłemu pogrzebową
wydeklamował mowę. Deklamacya do łez wzruszyła mówcę
samego. Gdy skończył, pot z czoła i łzy z oczu
obcierając, w te do Mierosławskiego przemówił słowa:
- A co, panie Ludwiku!... Przekonałeś
się, jak my wszyscy poważamy i kochamy ciebie...
Wyrazy ostatnie miały specyalne znaczenie swoje.
P. Franciszek do żadnego nie należal stronnictwa, przechylał
się jednak do arystokracyi raczej niż do demokracyi, wystąpienie
więc jego oznaczało, że cały ogół polski, bez
różnicy przekonań, w wysokiej ma Mierosławskiego cenie.
Tak było w
rzeczy samej. Pojawienie się jego sprawiło w obozach wszystkich
wrażenie ogromne. Zaznaczył on wprawdzie wystąpienie swoje w
sposób na uznanie nie koniecznie zasługujący. Sposób ten atoli,
wykazując ogromne w młodym człowieku zdolności pisarskie,
świadczył o odwadze cywilnej. Zdolności pierwotnie
zapowiadały się dopiero, zaznaczając się fantazyą
wyuzdaną, nie posiadającą jeszcze formy odpowiedniej.
Fantazyą go porywała do tego stopnia, że się w niej
czuć dawał aryostyzm. Bohaterowie i bohaterki poematów jego
dopuszczają się czynów nadzwyczajnych.
Maciej Szuja,
bohater powieści poetycznej p.t., "Szuja", syn żyda,
którego nie wiedząc, że to jego ojciec, sam w dniu wybuchu powstania
listopadowego jako szpiega powiesił, po nadokazywaniu w czasie wojny cudów
waleczności, ginie, biorąc udział w rozruchach paryskich,
przywalony ogromnym krzyżem przewróconym od granatu w klasztorze
Saint-Mery.
Na zakończenie
poeta daje epilog p.t. "Sen". Jawi się stary, zgrzybiały,
wynędzniony, obdarty wędrowiec, powiadający o sobie: "Ja
trzystu potomstw jestem pośmiewiskiem", nazywający się "Salathiel",
będący żydem bodaj czy nie "wiecznym tułaczem".
Domaga się
piekła, woli bowiem piekło niż niebo, w którem Bóg jest
"odwiecznym Bogiem Torquemada". Ów Salathiel, z "urwanym
stryczkiem na szyi", podrhodzi do szyldwachującego u wnijścia do
piekła, "w mundurze gwardyi narodowej francuskiej" dyabła i
wyprasza u niego wskazanie ścieżki do siedliska prowadzącej.
Ścieżką tą, w wąwozie się wijącą,
schodzi, i niewidziany, jest świadkiem uczty danej przez dyabłów
poetom i widzi przez szczelinę w drzwiach, pieczoną w kuchni
dyabelskiej, na przerobionym z lancy ułańskiej polskiej rożnie,
Katarzynę II.
Z pobytu w piekle
czytelnik niespodzianie dowiaduje się, ze Jędrna dyablica
porodziła Szuję" i "A ktoś jeszcze trzy słowa
domieszał, pamiętasz synku, kiedyś papę wieszał".
Dojść w
poemacie tym sensu bardzo trudno. Ani to w nim ładu, ani składu, ani
też stylowej i językowej poprawności. Mierosławski z tem
łamał się jeszcze. Gładziej mu poszło w poemacie
"Żelazna Maryń a", który w roku następnym z druku
wyszedł. W osnowie onego do celu szlachetnego prowadzą środki
haniebne. Skutkiem zniesienia przez Aleksandra I wolnomularstwa,
nastąpiło w Królestwie retrospektywne przestępstwa tego przez w.
ks. Pawłowicza prześladowanie.
Poemat rozpoczyna
się badaniem przez komisyę śledczą nie nazwanego przez
autora wielkiego pana, jednego z mistrzów. Sąd wojenny, mimo, że
się on do winy nie przyznał, skazuje go na dożywotnie w
podziemiach Karmelitów więzienie i celem wydarcia starcowi potrzebnych
rządowi dla prowadzenia prześladowań dalej wyznań, wnuka
jego w sąsiedniej zamknąć kazał komórce, ażeby
jęki smaganego rózgami ukochanego dziecka skazańca trapiły i do
złożenia wyznań żądanych go zmusiły.
Córką owego
starca a matką jego wnuka, jest Maryna. W czasie, kiedy się sąd
odbywał, bawiła ona zagranicą. Przyjechawszy po wydaniu wyroku okrutnego,
udała się do W. księcia z prośbą, jeżeli nie o
przebaczenie winy, ani o złagodzenie kary, to bodaj o pozwolenie
odwiedzenia ojca i syna w podziemiach karmelitańskich. Wielki
książę powiedział jej. że ona wszystko uzyskać by
mogła u sędziów, i dozorców generałów Zandra, Haukego,
Strantmana-Essakowa i innych, za cenę piękności swojej.
Zrozpaczona kobieta rady tej usłuchała; oddawała się
kolejno zbirom w. ks. bez różnicy, Moskalom i Polakom, najprzód generałom,
następnie ich podkomendnym w randze niższej i coraz niższej,
tonęła ciałem i duszą w otchłani
rozwiązłości i nie uzyskała pozwolenia odwiedzenia ojca i
syna, aż wybuch powstania listopadowego otworzył wrota
więzień takim jak ojciec jej zbrodniarzom.
Ojciec wyszedł
pomieszany na umyśle i wnet na wolności umarł; syn na
młodziana w podziemiu wyrósł. Maryna skalana, zohydzona, ale zawsze
piękna, syna porywa i, nie przyznając się mu, że jest
matką jego, uprowadza w łasy w górach Świętokrzyskich. Syn
rozkochuje się w niej. Ona, celem zrażenia do osoby swojej kochanka
takiego, opowiada mu koleje, przez jakie przeszła. Zaczyna od chwili, gdy
wróciwszy z zagranicy, dowiedziała się o doli osób jej
najdroższych.
"Z
rozpaczą w duszy, opłakana łzami,
Biegnę do księcia - padam na kolana,
Żebrzę litości, wzywam prawa - ale
Książę ze śmiechem: "Lepiej ci posłużą
Zastępcy moi". Miej zaufanie w Bogu,
W pana Hankiego i w twe, pani, wdzięki".
Ponieważ rada
ta pożądanego nie sprowadziła następstwa, opanowała
ją żądza zemsty. Żądza ta w dziwnie fantastycznym
wyraziła się sposobie, oprowadziła ją bowiem po
połowie kuli ziemskiej.
Dla niej, a raczej
z nią w duszy, popędziła do Indyj, oddała się
braminowi, oddawała się bonzom, i gdy jej zbrzydli, udała
się do Abisynii, gdzie z objęć hebanowego króla
przechodziła w objęcia murzynów. Wśród nich wszystkich
znalazł się poeta imieniem Antar, o którym powiadała synowi:
"Antar! o,
Antar!, zaprawdę powiadam,
Nikt mi słodyczy nie sprawił tak wiele
Z całego tłumu, który prawa rości
Do mej pamięci, Antara przekładam.
Co waru, soków, w tem spieczonem ciele,
Co smoły w żyłach, w sercu co miłości!"
Z dzisiejszych,
wśród nastrojowców, poetów impresyonistyeznych nikt chyba dosadniej
odmalować by nie potrafił ognia miłosnego w duszy nagiej.
Dzięki zapewne temu, że Maryna zapały podobne bez szwanku na
zdrowiu wytrzymała, autor ją "Żelazną"
przezwał.
Lecz Antara
porwał jej szatan - i ona od ludu uchodząc, niby "Farys"
drugi, na obszar pustyni się strąciła, szukając oddechu
postradanego kochanka, jedynego w oddechach tygrysów na Saharze. Pożerająca
atoli duszę jej żądza zemsty popędziła ją z
Sahary do Warszawy, dokąd przybyła w momencie wybuchu powstania.
Opowiedziała o
tem wszystkiem synowi; opowiadanie to jednak nie ostudziło w
młodzianie zapałów do niej. Opierała się mu, oprzeć
się nie mogąc macierzyńskiemu garnięciu go do piersi, nie
branemu przezeń za wylew uczuć macierzyńskich. Wtem Moskale
wtargnęli w góry Świętokrzyskie. Grzmią strzały
armatnie, warczą ognie plutonowe, góry się bagnetami jeżą.
Pod wrażeniem tych grzmotów i warczeń dokonał się akt,
który parę tę złączył węzłem, czyniącym
z młodzieńca Edypa, z Maryny Jokastę.
Na tem się
kończy poemat, wyrzucany Mierosławskiemu jako rzecz sprośna,
usprawiedliwiana jako błąd młodości. Dziś, obok
utworów poetyckich, dramatycznych i powieściowych najnowszej u nas
szkoły piśmienniczej, nie mógłby on uchodzić ani za rzecz
sprośną, ani za błąd. Szwankuje formą,
doprowadzoną obecnie do ultradoskonałości; szwankuje oraz
treścią, podszytą tendencyą, dopuszczającą
tarzania się w brudach dla celu szlachetnego, podczas kiedy dziś,
wszelaka z zakresu sztuki tendencya, na wygnanie skazaną została. W
brudach tarzać się wolno wyłącznie dla sztuki, jeżeli
nie dla przyjemności własnej.
Obok dwóch
powyżej zanalizowanych poematów Mierosławskiego, wyszły jeszcze
w r. 1835 "Bitwa Grochowska", w r. 1838 "Pugaczew"
i może co jeszcze - nie wiem. We wszystkiem tem przebija się talent
duży, wszystko we względzie formy szwankuje, w każdym z utworów
trafiają się ustępy przepiękne. Wzmiankowałem
powyżej, że świadczą one o odwadze cywilnej. Dowody odwagi
złożył w traktowaniu miłości z punktu
wyłącznie fizyologicznego i popisywanie się z tem, a bardziej
jeszcze w niezawahaniu się dedykowania "Szui" Mickiewiczowi. W dedykacyi:
"Adamowi Mickiewiczowi - Apostołowi na Pielgrzymce - w zakład
(?) hołdu - poświęca - Autor" - autor popełnił
błąd językowy przez użycie wyrażenia
niewłaściwego (tłumaczenie z francuskiego: en gage)
II
"O wieku
młody! - tyś wiosną człowieka - Na tobie ziarno
przyszłości on sieje". Dwuwierszem tym rozpoczął J. L
Kraszewski jedną z pieśni bodaj czy nie "Witoloraudy".
Wytwory - dzieła młodych lat Mierosławskiego - wykazują
grunt psychologiczny, na którym on moralne przyszłości własnej
ziarna zasiał. Czy ziarna te zeszły i plon wydały?- zobaczymy.
Nie wiem, w którym
M. do szeregów Towarzystwa Demokratycznego zaciągnął się
roku. Musiało to przed r. 1840 nastąpić - po rozstaniu się
z grupą Jełowickich i powzięciu przez autora "Bitwy
Grochowskiej" zamiaru pisania ciągu dalszego przerwanej przez
śmierć Mochnackiego (1834) rozpoczętej przezeń Historyi
powstania r. 1830. Że zamiar ten powziął nie jako historyk,
ale jako polemista, ze sformułowanem z góry założeniem,
polegającem na gromadzeniu t wymotywowywaniu danych, celem zgnębienia
stronnictwa i ludzi, którym upadek powstania przypisywano, o tem każda
niemal sześciotomowego dzieła jego świadczy stronica.
Posłużyło
mu to do opanowania języka polskiego, wyrobienia sobie odpowiedniego stylu
i wykształcenia się teoretycznie w rzemiośle wojennem. Co
się tego ostatniego (rzemiosła wojennego) tyczy, szkoła kaliska
wykształcić go nie mogła, ani dać mu nawet tych podstaw
naukowych, jakie się w matematyce (mechanika, budownictwo) i w naukach
fizycznych znajdują, bez których się wiedza wojskowa obejść
nie może. Do zadania, jakie się mu w historyi powstania
przedstawiało, wystarczały we względzie wojennym wskazówki
ogólne, dające się czerpać w dziejach powszechnych i
szczegółowych, w dziejach wojennych, w traktujących o strategii i
taktyce dziełach takich, jak generała Jomini, arcyksięcia
Karola, w biografiach wodzów znakomitych. Umysł taki chwytny i bystry,
jakim był umysł Mierosławskiego, z łatwością
przyswajał sobie i przerabiał po swojemu poglądy i reguły,
na których krytyka opierać się dawała. Dla celu tego
wystudyował geografię tak szczegółowo, że stał
się jednym z najlepszych we Francyi geografii wojennej znawcą i
profesorem. Studya w kierunku tym dały mu w ręce oręż
przeciwko każdemu generałowi, któremu szczęście nie
dopisało na polu działań wojennych. Czy go jednak samego
generałem zrobiły?... - pytanie. Może się to w dalszym
sylwety ciągu rozwiąże.
Studya, w
połączeniu z wyrobieniem pisarskiem, oddającem na usługi
jego retorykę bezwzględnie i bezwarunkowo, zrobiły z niego
postrach na mistrzów w sztuce wojennej. Pojawienie się pierwszych pióra
jego tomów historyi przeraziło generałów. Opowiadano mi, że
czytając ją Chłopicki, o ustępach, o których nie
wiedział co powiedzieć, opinii swojej inaczej wyrazić nie umiał,
tylko pisząc na marginesach ołówkiem: "Czyś był tam
blaźnie?" "Ach, kpie jakiś!" itp.
Była w tem
pociecha niejaka, która jednak rzeczy nie zmieniała. Generałowie
się gryźli; publiczności zaś, młodej zwłaszcza,
nie uwzględniającej tej prawdy, że "la critique est aisce,
l'art est difficil", wydało się, że Polska doczekała
się nareszcie wodza genialnego, który ją wyzwoli. Było to
niestety, złudzeniem, które wielu zawodów stało się
przyczyną, a którego ofiarą Mierosławski padł najpierwszy.
Uwierzył on w genialność swą bezwzględnie. Byli tacy
nawet, co widzieli w osobie jego urzeczywistnienie przepowiedni księdza
Piotra w trzeciej części "Dziadów":
"Nad ludy i
nad króle podniesiony
Na trzech stoi koronach, a sam bez korony.
Z matki obcej, krew jego dawne bohatery:
A imię jego czterdzieści i cztery".
Jakoby przepowiednia
ta wrażenie na Mierosławskiego wywarła - wrażenie, pod
którem pierwszy utwór swój poetyczny ("Szuja") Mickiewiczowi
ofiarował. Wielbiciele zaś jego proroctwa na seryo brali, na tem
się opierając, że: l) wyzwoliwszy Polskę, stanie na trzech
koronach, moskiewskiej, austryackiej i pruskiej, a sani, jako republikanin, bez
korony, 2) matka jego jest obcą, a krew polska jest krwią dawnych
bohaterów, 3) imię Ludwik, właściwie Ludowi k, składa
się z liter siedmiu, z których pierwsza w cyfrach rzymskich znaczy 50 -
odciągnąwszy pozostające 6, pozostanie 44. Nie wiem, czy
Mierosławskiemu znanem było to proroctwa tłumaczenie. W
każdym razie jest ono świadectwem uwielbienia, jakie on
wzbudzał, a które się nawet przeciwnikom jego udzielało. Natura
bo obdarzyła go nad wyraz hojnie.
Pisarz cięty,
mówca porywający, przytem geniusz wojenny domniemany - czy potrzeba
było czego więcej na olśniewanie Polaków? Olśnieni
łudzili się i na potęgę psuli człowieka,
rozdmuchując w nim próżność i zarozumiałość
- przywary dwóch ras w osobie jego złączonych i zdolnościami
istotnemi a ogromnemi podszytych. Wszystko, co się czuło polskiem,
roztęsknione do ojczyzny na emigracyi, drażnione
prześladowaniami przez zaborców w kraju, wszystko to głosem jednym,
westchnieniem ulgi na duszy odetchnęło:- Ah!... nareszcie...
Centralizacya,
przewodniczka Towarzystwa Demokratycznego, założonego w celu
wyzwolenia Polski, posiadłszy w gronie swojem geniusza w osobie jednego z
członków swoich, poczuła się nie to w prawie ale w
możności, a zatem i do obowiązku powołania narodu do
oręża.
-
Błąd!... szaleństwo!... zbrodnia!...
Przepraszam tych
panów, co na wspomnienie wypadków r. 1846, wyrazy te pawim wykrzykują
głosem, że im następującą pozwolę sobie
zwrócić uwagę: gdyby nie zbrodnie dokonywane od r. 1768 pod
postacią konfederacyj, wojen, sprzysiężen, tajemnych
organizacyj, ruchawek, powstań, utrzymujących serca polskie w
temperaturze patryotycznej i umysły w ruchu, od dawien dawna inteligencya
polska przegniłaby na "Scriptorów"*) a lud aniby
wiedział, że jest polskim. Wszakże do rzezi w Tarnowskiem
pchnąć się dał lud nie polski, ale "cisarski"
przez starostów i komisarzy ze szkoły meternichowskiej przerobiony.
Zachodzi nawet pytanie, czy: gdyby nie zbrodnie owe, mogła się Polska
chwalić nie tylko romantykami, co "szowinizm" w Polakach
rozpalali, nie tylko wymownymi w Krakowie, Poznaniu, Warszawie i Petersburgu
"szowinizmu polskiego" gromicielami, ale nawet wszelakiego szowinizmu
wyrzekającymi się modernistycznymi dekadentami, impresyonistami,
symbolistami, nastrojowcami? - co?...
Powstanie przeto
udecydowanem zostało - powstanie, które dla Mierosławskiego
pierwszą było konspiratorskich, organizacyjnych i wojennych jego
zdolności próbą.
Jak ta próba
wypadła?
W zawodzie
konspiratorskim nieudolność jego w całej objawiła się
okazałości w latach 1846 i 47.
Po przybyciu do
Poznania, gdy policya pruska pismo nosem zwąchała i śledzić
poczęła, nie umiał się odpowiednio zachowywać; gdy
zaś w ręce jej się dostał, dał się dyrektorowi
policyi podejść i, wbrew umowie nie wydawania osobistości,
wygadał przed nim wszystko, przez co tak się współobwinionym
naraził, że po ukończeniu śledztwa, gdy więźniom
w Moabicie dozwolonem zostało po dwóch, i>o trzech, w jednej
przebywać celi, nikt Mierostawskiego za towarzysza roieć nie
chciał. Dozorca Mierosławskiego z niemałym Białoskórskiego
i (Tuttrego zdołał uprosić trudem, ażeby go przyjęli.
Przed nimi się
do błędu przyznał i podjął się skompromitowanych
przez siebie na sądzie "powyłgiwać". Nie
wyłgał wprawdzie nikogo, ale się w opinii publicznej świata
ucywilizowanego i polskiej zrehabilitował wygłoszeniem świetnej
w obronie sprawy polskiej mowy.
Po procesie
nastąpiła rewolucya berlińska, która wyroki sądowe
skasowała i króla okrzykiem "Fritz hinaus!" kłaniać
się oprowadzanym w tryumfie skazańcom na śmierć
zmusiła. Wywiązało się stąd powstanie poznańskie,
zaznaczone zwycięstwami powstańców nad wojskami jego królewskie!
mości pod Miłosławiem i Września, nie tak doniosłemi i
świetnemi, jak je Mierosławski w książce p. t. ,,Powstanie
poznańskie w r. 1848" opisał, zawsze jednak zwycięstwami,
które na gruncie umiarkowiiną wodzowi zapewniały
wziętość, na zewnątrz atoli, rozgłoszone przez pisma,
sądzące o nim wedle mowy jego na sądzie, zrobiły mu w
Europie repufcacyę wodza wielkiego. A i Fryderyk Wilhelm IV także
wysokie o zdolnościach jego wojennych powziął wyobrażenie,
że często, gdy za dużo kieliszków kminkówki wychylił,
generałom swoim rozpędzeniem i zastąpieniem ich przez Mieroslawskiego
groził. Mimo to pięć miesięcy w więzieniu go przytrzymał
i gdy mu, na usilne ambasadora francuskiego naleganie, do Francyi powrócić
pozwolił, wnet zrepublikowani Badeńczycy na wodza go swoich sił
zbrojnych zaprosili, przeciwko prowadzącym na tron badeński wygnanego
przez nich wielkiego księcia wojskom Rzeszy niemieckiej.
Warunki
topograficzne i stosunku sił walczących, w jakich się ta wojna
toczyła, były takie, że wyprowadzenie z niej zwycięzkie
sił zbrojnych badońskich, było niemożliwością
absolutną. W warunkach analogicznych przyszło się
Mierosławskiemu w tymże jeszcze roku (1849) w charakterze wodza
naczelnego wojować w Sycylii.
Domaganie się
go na wodza naczelnego przez różne narody, nie mogło w nim chyba nie
spotęgować dobrego o sobie mniemania. Nie mogło też
mniemania tego o nim niu gruntować w opinii publicznej. Uległem mu w
zupełności. Stałem się Mierosławskiego wielbicielem,
wierzącym w geniusz jego bezwarunkowo mimo niepowodzenia, jakie go w
Poznańskiem, w Badeńskiem i w Sycylii spotkały. Odbyłem
już kampanię i należałem do rodzaju żołnierzy, zdających
sobie sprawę z działań, w których bierną odegrali
rolę.
Po odbyciu
praktyki, przestudyowawszy sztukę wojenną teoretycznie przy pomocy
wiadomości naukowych, nabytych na wydziale fizykomatematycznym.
dostateczne posiadałem przysposobienie do zdawania sobie sprawy z
trudności ogromnych, jakie miał do przełamywania
Mierosławski w każdej z trzech kampanij, w których naczelnie
dowodził. W Poznańskiem wojnę toczył bez pieniędzy,
bez broni, niewyrobionym w szeregach żołnierzem, mając nadto
przeciwko sobie rozżalone za sprawy procesowe obywatelstwo krajowe, które
w nim wodza przez emigracyę narzuconego widziało.
Badeńskie
geografia do prawego brzegu Renu przylepiła, nadając mu kształt
ważkiego paralelogramu, nie nadającego się zgoła na teatr
wojenny. Sycylia we względzie rewolucyjne wojennym była placówką
straconą, do zajęcia której albo poczucie obowiązku, albo
amatorstwo pobudzić mogło. Sprawę sobie z tego wszystkiego
zdawałem i w jesieni r. 1850, przejeżdżając przez
Paryż, pojechałem umyślnie do Wersalu, raz jako wielbiciel, po
wtóre jako żołnierz, celem nie tylko zameldowania się wodzowi
swemu, ale i wzięcia od niego wskazówek, poleceń, rozkazów,
odnośnie do funkcyi emisarskiej, w jakiej do Polski zmierzałem.
Niestety, nic podobnego wziąć od niego nie mostem ze względu
"a to, że po wyjściu z choroby gardlanej - bodaj czy nie tej, z
której go ks. Jełowicki cudownie uleczył - lekarz mu mówić
zakazał.
Przyjął z
gardłem szalikiem obwiązanem, chodząc po pokoju i niimicznie
biorąc udział w rozmowie, jaką ze mną toczyli Mazurkiewicz
(szwagier jego) i Sperczyński. Oglądałem go tylko. Bardzo dobre
sprawił na mnie wrażenie. Liczył naonczas lat 37, był
więc w tym wieku, w którym męzkość w całej w
młodości nabranej znajduje się sile. Siła też z jego
przemawiała postaci. Wzrostu średniego, krępy, jasny, o obliczu
otwartem, czole foremnem, siwych, wesoło i rozumnie patrzących
oczach, blondyn, miał wygląd pociągający tych dobrych,
dowcipnych koleżków, którzy w języku francuskim noszą nazwę
"bons enfants". Nie zaimponował mi, ale uzyskał zaufanie
moje. Przejął mnie żal: że ten człowiek gdzie indziej
niż w Badeńskiem i w Sycylii zdolności swoich nie
zużytkował - zwróciłem się więc do niego z zapytaniem:
- Generale, czemuś
do Węgier nie przybył?..
Odpowiedział mi
wzruszeniem ramion i giestem, oznaczającym: "stało się -
cóż robić!"...
Odjechałem go z
powziętem dawniej na słyszane i spotęgowanem przez widzenie
przekonaniem o wodzu, posiadającym wszystkie moralne i umysłowe
przymioty do wyzwolenia Polski potrzebne: kochającym ojczyznę, jak
Kościuszko, i obdarzonym wojennym Napoleona geniuszem. I w rzeczy samej:
Mierosławski
ojczyznę kochał, ale po swojemu. Zeszedłem się z nim w
siedm lat później - w momencie, w którym Polsce jaśniejsze
przyświecać zdawało się jutro. Paryż
napełniała młodzież polska z zaboru wyłącznie
prawie moskiewskiego, garnąca się w całości do Towarzystwa
Demokratycznego, którego zarząd (centralizaeya) zawsze przebywał w
Londynie. W Paryżu ciałem zastępczem niejako było to
kółko, które w r. 1853 przewodniczyło głosowaniu emigracyi na
udzielenie pełnomocnictwa generałowi J. Wysockiemu, celem
wzięcia udziału w wojnie przeciwko głównemu z pomiędzy
trzech państw, co Polskę rozebrały. Skład osobowy tego
kółka zmienił się o tyle, że się z niego
usunął Mierosławski i miejsce członka piątego
rezerwowanem zostało dla mnie, rok przedtem wybranego do centralizacyi,
lecz nieobecnego na stanowisku, z powodu niemożności przyjechania do
Konstantynopola.
Były to trzy
ogniska, ku którym zwracały się krajowe i emigracyjne grona ochotnicze
pod naglącem pracy nad wyzwoleniem Polski wezwaniem. Oktrojowane przez
Aleksandra II łaski łudziły i zachwycały tych jeno, co
się łudzić i zachwycać chcieli, doradzając
wyczekiwanie. Za zbyt dokładnie znano następstwa oczekiwania na
spełnienie wyraźnych Aleksandra I obietnic, ażeby można
było liczyć na pomyślne mglistego Aleksandra II liberalizmu
rezultaty.
Sposobiono się
przeto do czynu, przedstawiającego się w perspektywie pod
postacią akcyi orężnej. W kiyju - w Warszawie
zawiązywały się organizacye, potrzebujące
przedstawicielstwa jawnego, któreby za nie wobec opinii publicznej
poręczało i pomoc im niosło. We względzie tym dwa
nadawały się ogniska: Centralizacya w Londynie, stojąca na
uboczu i składająca się z osobistości szerokiemu
ogółowi nieznanych; Kółko w Paryżu, zajmujące stanowisko w
środkowym polityczno-dyplomatycznym punkcie Europy, do składu którego
wchodzili tacy jak znany z wojny węgierskiej i z zabiegów w Turcyi,
Wysocki, spokrewniony, skoligacony i zaprzyjaźniony szeroko w
Poznańskiem i w Królestwie Ordęga, skazany w Berlinie r. 1847 na
śmierć Elżanowski; Mierosławski wyosobnił się. Z
racyi tej, Kółko najlepiej się na przedstawicielstwo
zaznaczających się w kraju ruchów nadało. Moje w tym stanie
rzeczy położenie było drażliwem i zatrącało
fałszem, narzucało mi bowiem rolę człowieka na dwóch
siedzącego stołkach. Z roli tej wyjść usiłowałem
za pomocą sprowadzenia trzech tych ognisk do jednego mianownika. Nie
udało mi się to. Wystąpiłem więc z Centralizacyi i
opuściłem Londyn.
W Paryżu obserwowałem
Mierosławskiego, na którego jasnej, wyidealizowanej przeze mnie postaci
ukazywać mi się poczęły rysy i plamy, ścierające
z niej kościuszkowstwo w części znacznej. Odosobnił
się, zapewniał, że się do politycznych i organizacyjnych
robót mieszać nie chce i nie będzie, zamknął się niby
drugi Achilles w namiocie swoim, oddając się całkowicie
doskonaleniu wynalazku swego bojowego, na zewnątrz atoli namiotu tego
spotykać się dawali Patrokle, rozsyłani przezeń z
poleceniami, rozkazami, wezwaniami i oszczerstwami. Prowadził tajoną
przed Centralizaeyą i przed Kółkiem na rękę
własną działalność, a prowadził ją tak
niezręcznie, że niejeden z listów jego, zawierających kalumnie,
dostawał się do rąk osoby, będącej oszczerstwa
przedmiotem. Obdzierało go to z uroków, jakiemi osobistość jego
wyobraźnia ludu otaczała, nie osłabiało jednak przekonania
o przypisywanych mu zdolnościach.
- Niech no stanie na
czele szyków wojskowych, a wnet od niego nabytki ujemne odpadną...
Przypuszczenie to
prawdopodobnem czyniło skromne jego życie i swobodne, towarzyskie
zachowanie się.
Razu pewnego z
Mazurkiewiezem we dwóch szliśmy do czytelni polskiej, znajdującej
się na piętrze, przy uliczce, zwanej Pasażem de Commerce. Na
schodach o słuchy nasze ogromny uderzył hałas, który nas zdziwił.
Przyspieszamy kroku, wchodzimy i orzom naszym przedstawia się widowisko
kilku ludzi młodych do koszuli rozebranych i za bary się
wodzących, Mazurkiewicz nakrzyczał w sposób gromiący, zapasy
ustały, zapaśnicy usunęli się i z poza nich ukazał
się Mierosławski.
- Ludwiku!... -
zawołał na niego szwagier. Jak możesz na rzeczy takie w czytelni
pozwalać?.. Co to znaczy?...
Pod tem karceniem
Mierosławski przybrał minę studenta, co się
doi>uścił zbytku i na gorącym pojmany został uczynku.
Ulica de Comnierce wychodziła
czasu onego na plac, przy którym znajdowała się kawiarnia, zwana,
jeżeli się nie mylę, Moliere. W kawiarni tej, wewnątrz i na
zewnątrz, schodziliśmy się po obiedzie na kawę czarną.
Często zjawiał
się i Mierosławski; otaczano go, zawiązywały się
gawędy, dyskusye, które wywoływały opowiadania o zdarzeniach.
W opowiadaniach
generał celował, przedstawiając zdarzenia raz tak, drugi raz
inaczej, trzeci raz jeszcze inaczej itd. Z opowiadań jego każde w
piątej szóstej edycyi, do pierwszej podobieństwo całkowicie
traciło.
Do czasu onego odnosi
się sławna jego Mowa, wygłoszona w rocznicę
listopadową, którą przeładował porównaniami geologicznemi i
Boga w niej "z brodą rozczochraną od zenitu do nadiru"
przyrównał do siebie.
Rozstałem się z
nim w r. 1859. Szło ku powstaniu. Na rzecz powstania
założoną została we Włoszech w Cuneo, przeniesiona
następnie do Genui, szkoła polska wojskowa pod dyrekcyą
Mierosławskiego. Od dyrekcyi tej nieszczęsnej objawiać on poczyna
symptomaty, na podstawie których wielu z jego dawnych wielbicieli
oskarżają go o brudne niegodziwości, przeplatane dziwacznemi
niedorzecznościami. Czyż bowiem nie dziwaczną
niedorzecznścią było wystosowane do uczniów żądanie,
ażeby w imieniu kraju udzielili mu upoważnienia do reprezentowania
narodu polskiego i wyłącznego sprawami polskiemi kierownictwa?
Odrzucenie żądania tego wywołało zajścia, sądy,
wykluczania, organizaeyę straży przybocznej itp. głupstwa, które
pozbawiły go dyrektorstwa szkoły.
Po wybuchu styczniowym
nastąpiły reklamy: rozsyłanie secinami portretów z podpisem
własnoręcznym i z przyłączeniem Garibaldiego listu
autografowanego, zawierającego w sobie obok odezwania się do
Mierosławskiego, jako do wodza Polski powstającej, kilka wierszy
wykropkowanych, każących się głębokich jakichś
domyślać tajemnic.
Byłoby to jednak
małą rzeczą, słabostką, najwyżej
naśladownictwem reklamy kupieckiej, polecającej siebie jak handlarze
polecają towar, gdyby nie naciągane z Rządem Narodowym procesy o
władzę i pieniądze, gdyby nie oskarżania pawstania o
wyprodukowanie 5.000 złodziei. Wobec tego traci się zimną Krew,
potrzebną do sądzenia czynów ludzkich, zwłaszcza, gdy
powołanego przed kratki pokrywa płyta grobowa.
Owóż rozpatrując się uważnie w
czynnościach Mierosławskiego, odzyskuje się zimną krew
sędziowską. Wina nie cięży całkowicie na nim, ale z
jednej strony na naturze, która go obdarzyła wyobraźnią za zbyt
żywą i za zbyt chwytną, z drugiej na tych, co go zepsuli,
wmawiając geniusz w niego. Uwierzył w to i poczuł się,
uznał siebie nie zobowiązanym do żadnych względów etycznych
nadczłowiekiem. Polskę kochał, bardzo ją,
głęboko, ogniście kochał, ale dla siebie, jako swoją
najmocniej umiłowaną własność. Nominowała go w r.
1846 Centralizacya wodzem naczelnym, dyktatorem i on przy nominacyi tej od r.
1846 do 1878 obstawał, broniąc jej przeciwko rządom, ludziom,
losom - przeciwko wszystkimi wszystkiemu, biorąc w obronie w rachubę
nie środki, ale cel. Nie byłoż to dosadnie
scharakteryzowaną aberacyą umysłową?
O aberacyi bodaj czy nie najdosadniej wynalazek bojowy
świadczy. Posądzenie o nią powziąłem, gdy mi razu
pewnego na modelu tłumaczył fizyczne, na którym go oparł, prawo.
Za podstawę wynalazku wziął własność kuli,
przebijania ciała stawiącego jej opór, nie przebijania zaś tego,
które oporu nie stawi, tj. wiszącego. Stosownie przeto skrojone i uszyte
tornistry, na stosownie przyrządzonych zawieszone ramach, ustawionych
odpowiednio na specyalnie zbudowanym wozie, tworzą - zdaniem wynalazcy -
"fortyfikaeyę przenośną, zarazem lotną jak szarża
kawaleryi i wszystko przed sobą łamiącą, jak kolumny
szturmowe". Miało to być zmodernizowaniem i ulepszeniem taborów,
które Czechom w wojnach husyckich ogromne oddały usługi. Mimo
przestrogi i krytyki, wykazujące bezużyteczność, ba,
szkodliwość fortyfikacyj podobnych, niezdolnych się opierać
artyleryi i krępujących w bitwie swobodę ruchów,
Mierosławski tak dalece w wynalazek swój wierzył, że w dobie
powstania styczniowego, wszystkie, jakie mu tylko w ręce wpadały
pieniądze publiczne, na fabrykowanie wozów obracał i znalazłszy
się na teatrze wojny, w obozach pod Krzywosądzem i Nową
Wsią, zamiast obmyślać i przysposabiać oddzialik przeciwko
nieochybnym atakom Moskali, wozy na prędce fabrykował.
O nim stanowczo powiedzieć należy, że
był to człowiek niepoczytalny. Ogromnych, jakimi go natura
obdarzyła, zdolności, na dobre obrócić nie był w stanie.
Jedyną, pozostającą po nim korzyścią, jest
przykład dla młodzieży naszej, ostrzegający ją przed
wybujałością wyobraźni, z własnego strzelającej
"ja".
Nadczłowieczość dzisiejsza - czy nie na
tej, co on niegdyś, znajduje się drodze?...
|