|
Aleksander Guttry.
Po roku 1831 pomiędzy emigracyą polską
we Francyi a inteligencyą polską w zaborze pruskim istniało
porozumienie, które by nazwać się dało związkiem duchowym.
Wszystko w Wielkopolsce, co było w sile wieku, żywsze,
odważniejsze, nie mówiąc o młodzieży, wszystko to ku
emigracyi ciężyło. Pochodziło to, jak się zdaje
ztąd, że Prusy owoczesne w dążeniu ku zaokrągleniu
posiadłości swoich posługiwały się protekcyami,
wymienianemi za przysługi, które świadczyły za jakiemś
wynagrodzeniem nie wielkiem. W kierunku tym urooiła się dla nich
tradycya polityczna - mądra, ale podła - mądra, ponieważ
towarzyszyło jej ustawiczne wzmacnianie sił państwowych
wewnętrznych, podła, ponieważ historya nie wykazuje ani jednego
przez elektorstwo brandeburskie dawniej, przez królestwo później przez
Prusy zawartego układu, traktatu, przymierza, którego by nie
podszywało wiarołorostwo, zaznacza natomiast handel sumieniami
dziewiczemi pod postacią zaprzedawania prawosławiu protestanckich
swoich królewien i księżniczek, a nawet-w razie nagłej potrzeby-
pożyczania amatorowi płci pięknej królowej swojej, niby
pospolitej jakiej Walewskiej. Prusy w r. 1831 wysługiwały się
Rosyi - bez ich pomocy Paszkiewicz nie mógłby ani przez Wisłę
się przeprawić, ani Warszawy zdobyć. Rosya im za to żadnym
nie wywdzięczyła się rebuchem. Po przysługach przeto
spólniczce w rozbiorach oddanych, po na znęcaniu się nad
szukającem na terytoryum pruskiem schronienia żołnierstwem polskiem,
gabinet berliński - na wszelki wypadek - nie tylko sfolgował Polakom
poddanym swoim, ale i na emigrantów-przypuszczając snadź, że i
oni w razie danym przydać się mogą - łaskawym się
okazywał. Po r. 1831 Prusy wobec emigracyi polskiej odegrały rolę
podobną do roli, odegranej przez Austryę po r. 1863. Podobną
politycznie- wydatniejszą kulturalnie. Dzięki wpływowi
wyżej stojących w Prusiech, aniżeli w Austryi, zakładów
nauczających i naukowych, zabór pruski w umysłowym i literackim ruchu
przewodniczył w Polsce, w politycznem zaś także względem
Polski zajął stanowisko, że historya nie rozstrzygnęła
jeszcze pytania: czyjem wypadki r, 1846 były dziełem, emigracyi, czy
Wielkopolski? W procesie r. 1846, na 251 sądzonych, emigrantów było
tylko 26. Śród 11 głównych sprawców (Urheber), zasądzonych na
śmierć (8) i długie więzienie (3), emigrantami byli
Mierosławski i Elżanowski, inni - Wład. Kosiński, Stan. F.
Sadowski, Łobodzki, Cejnowa, Kleszczyński, Kurowski, Malczewski,
Trąpczyński i Libelt - z rodu i pobytu poznańczycy. Ci przeto,
co wypadki r. 1846 do rodzaju występków w Polsce zaliczają i
odpowiedzialność za nie na emigracyę, ściślej na
Towarzystwo Demokratyczne, a jeszcze ściślej na Centralizacyę
zwalają, dopuszczają się niesprawiedliwości. Odpowiedzialność,
jeżeli nie przeważnie, to w równej mierze ciąży na Wielkopolsce
wogóle, na wybitniejszych tej części Polski obywatelach w
szczególności.
Do tych wybitniejszych należał Aleksander
Guttry - ziemianin zamożny, pochodzący z rodziny szkockiej, która w
r. 1673 uzyskała, w osobie Jerzego Guttrego, majora wojsk koronnych,
indegenat. Rodzina ta osiedliła się w Wielkopolsce i
spolonizowała rdzennie przez kobiety w przeciągu półtora wieku.
Praprawnuk majora, ś. p. Aleksander, właściciel dwóch wsi
(Paryż i Piotrowice), w żyznej glebie w wągrowieckim
położonych powiecie, gospodarował i na każdy Ojczyzny apel
odpowiadał: "jestem!".
Do czynnej służby Polsce
zaciągnął się w pierwszej młodocianego wieku dobie,
urodzony bowiem w r. 1814 - w r. 1831 na koniu, z lancą w garści,
mierzył się już z wojskami najezdniczemi. Zaczął
młodo i nigdy w życiu nie pomyślał, że dług
ojczyźnie spłacił. Spłacał go ustawicznie - do
śmierci, przyjąwszy zasady i dążenia Towarzystwa
demokratycznego polskiego i podzielając działalność jego.
Na drodze działalności tej znalazł się w r. 1846 w liczbie
tych 251, co się pod sąd dostali. Pod sądem
poszczęściło mu się. Zkompromitowany "de facto"
(członek Komitetu Centr. od r. 1845) uniknął kompromitacyi
"de jure", dzięki odpowiedniemu zachowywaniu się przed
sędzią śledczem i temu, że w peryodzie dochodzeniowym nie
znalazł się w sprawie jego papla, któryby, jak Mierosławski,
dał się sędziemu podejść i nazwisko jego
uwydatnił. Upiekło się mu. Przesiedział półtora roku z
czemś w więzieniu prewencyjnem. Uwolniony bez kary dla braku dowodów?
Po uwolnieniu tryumfalnem wszystkich sądzonych i skazanych,
niezwłocznie począł swoją prusaczoną przemocą
duszę nowenn obarczać zbrodniami, biorąc czynny, jako
członek komitetu wojskowego, w powstaniu, pod dowództwem Mierosławskiego
udział.
Guttry do wielbicieli Mierosławskiego, wraz z
wielu Wielkopolanami i wszystkimi członkami Towarzystwa demokratycznego
należał. Proces nie zraził go do niego. Świetna mowa
obrończa zrehabilitowała niefortunnego konspiratora,
wielomowność zaś wobec sędziego śledczego nie
osłabiała ani trochę mniemania o wojennych kontynuatora Maur.
Mochnackiego "Historyi powstania r. 1830-1831" zdolnościach. W
powstaniu więc poznańskiem wszystko, co się w
społeczeństwie do obowiązku służenia Polsce poczuwało,
pod jego pogarnęło się rozkazy. Niepomyślny ruchawki tej rezultat
był naturalnym stosunku sił wojujących, niemożności
zaimprowizowania organizacyi ze strony polskiej i niedostateczności
wynikiem. Rezultat ów nie osłabiał o zdolnościach wodza
mniemania i następnie mniemania tego nie byłby osłabił,
gdyby zły duch nie poradził Mierosławskiemu napisania
książki, w której bardziej dowcipnie, aniżeli sprawiedliwie,
obywatelstwo poznańskie odsądził od rozumu i patryotyzmu, zalety
te sobie i emigracyi przyznając. Zraziło to do Mierosławskiego
ogromną obywatelstwa większość, w tej liczbie i Guttrego.
Krytyka wywołała krytykę, która zdolności wojskowe
generała w wątpliwem wykazała świetle. Odtąd
wielbiciel bezwzględny miarkować począł uwielbienie pierwotne.
Im pilniej się słońcu temu przypatrywał, tem większe
dostrzegał na niem plamy. Bolało go to szczególnie, że
dzięki żakostwu, polegającemu na wynoszeniu w patryotyzmie
jednych nad drugich, nadwerężyło się porozumienie, jakie do
r. 1848 istniało pomiędzy emigracyą a tym działem Polski,
który się z nią znosić i na nią oddziaływać
mógł. Żakostwo takie jest objawem dosyć pospolitym,
trafiającym się i w społeczeństwach ucywilizowanych: w
Szwajcaryi np. kantony wywyższają się jedne nad drugie -
zuryszanie mają siebie za coś lepszego od st. gallenczyków,
genewczycy od waudtczyków (Cton de Vaud) i odwrotnie. Czyni to jednak gmin:
wyróżniania podobnego dopuszcza się niemądra młodzież:
ludziom dojrzałym i do rozumu pretensyę mającym nie uchodzą
rzeczy podobne. Nam zwłaszcza Polakom, różniczkowanym przez wrogów,
nie przystoi różniczkowanie się nieoględne i nierozważne,
podniecane przez podszywane doktryneryzmem namiętności. A taka to
właśnie podnieta podyktowała Mierosławskiemu
książkę, naigrywającą się z czci obywatelstwa
jednego z działów rozszarpanej Polski. Guttry przewidywał, że wyniknie
stąd do emigracyi ze strony krajowców niechęć, której nie
omieszkają wyzyskać przeciwnicy pobudzanej przez nią politycznej
ruchliwości Polaków i wrogowie piastującego w łonie swojem
zaczyny wolności obywatelskiej narodu polskiego. Przewidując to, przeciwdziałał
przeciwko temu do spółki z ludźmi tej miary, co Niegolewski, Sew.
Mielżyński, Libelt i inni podobni, usiłując o ile
możności neutralizować wrażenie produktu literackiego,
wytworu zarozumiałości, sprzężonej, z obrażoną
miłością własną. Wierzył bowiem jeszcze w
Mierosławskiego geniusz militarny - w jego niezbędność w
razie, gdy się Polska do oręża porwie. Względami temi
kierował się w życiu prywatnem, w stosunkach towarzyskich i na
arenie parlamentarnej, na którą nie omieszkało wysłać go
zaufanie spółobywateli. Na arenie tej "rozumiał on - słowa
nekrologu na śmierć Guttrego, zamieszczonego w ("Wolnem Polsk.
Słowie" nr. 82 z d. l lutego 1891) - że rola polska w sejmie
zaborczym polega przedewszystkiem na upominaniu się o krzywdy - na
utrzymywaniu w ciągłości nieprzerwalnej tego procesu, który
się rozpoczął w r. 1772 i czeka na rozstrzygnięcie."
Lata, w których Guttry w sejmie pruskim
posłował, były świetnym w parlamentaryzmie wielkopolskim
momentem. Posłowie czuli się, uznawali i byli Polakami, byli nimi
rzetelnie, bezwzględnie, bez żadnych zastrzeżeń i
niedomówień. Żadnemu z nich ani się śniło, ażeby
mógł się wyznawać "Prusakiem polskiego pochodzenia"
(formuła narodowościowa trójtojalizmu), żaden nie
przypuszczał możliwości godzenia się z losem. Kiedy A. E.
Odyniec- spółredaktor i jeden z autorów wiernopoddańczego ohydztwa,
jakie w imieniu szlachty litewskiej "u stóp" Aleksandra II - za
pierwszej jego w Wilnie po śmierci rodzica "niezabwiennawo"
bytności - złożonem zostało, po dokonaniu tego
głębokiej polityki dzieła w Berlinie się zjawił i
Kołu polskiemu wizytę złożył, doznał od Koła
przyjęcia, które go o spazmatyczny przyprawiło płacz. Boć
Polacy to byli - Polacy, patryoci starej daty - demokraci narodowi* .
Rozdźwięk przekonaniowy pomiędzy nimi a
demokracyą emigracyjną tem się w momencie owym wyraził,
że ta ostatnia, widząc bezowocność działalności
Polaków w parlamencie pruskim, w którym bezwzględnie wszelkie ich wnioski,
interpelacye i reklamacye odrzucone były, sprzeciwiało się
braniu przez nich w ciele tem udziału. We względzie tym atoli racya
się po stronie posłów polskich znajdowała. Mieli się oni za
notablów, jakich zdobyte miasta wysyłają do nieprzyjaciela, celem
uzyskania od niego warunków o ile można najznośniejszych we
względzie kontrybucyi, dostaw, kwaterunku, podwód i t.p.
ciężarów. W roli tej przedstawiciele narodu polskiego w sprawowaniu
funkcyi poselskiej wyłącznie prawie interpelowali, reklamując
przeciwko nadużyciom urzędniczym i niedotrzymywania
zobowiązań rządowych i przyrzeczeń monarszych. Naprawy
krzywd nie uzyskali, ale oddziaływali na dwojaką opinią
publiczną: zagraniczną i krajową. Za granicą sprawę
polską na widoku ustawicznie utrzymywali; w kraju... "każde upomnienie
się "(W. P. Słowo" nr. 82, str. 6, kol. 3)
wywoływało nowe ze strony zaborców nadużycie i każde ich
nadużycie pogłębiało - że się tak wyrazimy -
sprawę polską, budząc interesowanie się nią w tych
warstwach społecznych, którym się najmniej uczuwać dawało
panowanie obce. Polityka ustawicznej protestacyi posłów polskich na sejmie
berlińskim, polityka opozycyi bądź co bądź, na pozór
jałowa, w istocie owocna się okazała. Polityka ta udzieliła
włościaństwu wielkopolskiemu świadomości patryotycznej
i przysposobiła dla narodowości krzywdzonej miliony obrońców
podczas, gdy takowi przed r. 1846 zaledwie na dziesiątki tysięcy
liczyć się mogli".
Guttry z kolegami w tym na arenie parlamentarnej
podążał kierunku poty, póki go od tej areny nie oderwało
powstanie styczniowe. Ponieważ należał do wyznawców demokracyi
wojującej, liczącej w procesie pomiędzy Polską a
Moskwą na wymowę argumentów palnych i siecznych, na wzięciu w
akcyi powstańczej udziału nie wyczekiwał wybuchu, lecz czynnym
być zaczął w epoce przygotowawczej. Dom jego stał się
główną kwaterą ruchu przed wybuchem i po wybuchu. Kilkakrotnie w
sprawie powstania jeździł do Warszawy dla osobistego z Komitetem
Centralnym porozumienia się. Zwróciło to na niego uwagę policyi
pruskiej i zniewoliło go usunąć się z kraju. Wyjechał
za granicę na zachód w niemożności udania się do Królestwa,
gdzie za zbyt znaczny rysopis jego wydałby go za pierwszem na gruncie
zaboru rosyjskiego stąpieniem w ręce żandarmeryi moskiewskiej.
Po wybuchu powstania Rząd N.[arodowy] powierzył mu czynność
bardzo ważną: zakupy broni i dosyłanie jej na teren wojny. Nikt
zadaniu temu lepiej od Guttrego sprostać by nie mógł, tak dla
fachowej rzeczy znajomości, jako też dla tego, że rzeczą
było nieprzewidzialną, ażeby w rozporządzeniu jego grosz
publiczny drogą przeznaczenia swego nie poszedł. Dla pełnienia obowiązku
tego w Liege zamieszkał. Powierzoną mu czynność
rozpoczął i prowadził ją dobrze poty, póki Rząd
Narod.[owy] nie sprzągł go nieoględnie z Mierosławskim,
który, zamianowany bezpotrzebnie organizatorem sił zbrojnych polskich za
granicą, założył w Liege fabrykę osławionych
wozów swoich i wytaczał procesy nie tylko o dyktaturę, ale i o
fundusze na zakupno broni przeznaczone. Smutne to były sprawy*.
W styczniu - może w lutym r. 1864 spotkałem
się z Guttrym po raz pierwszy w Paryżu.
Dużo - dużo o nim przedtem (w
Konstantynopolu) od Karola Brzozowskiego i Józefa Akorda, którzy w powstaniu
poznańskiem r. 1848 udział wzięli, słyszałem.
Znałem go więc ze słyszenia, poznałem z widzenia i
poznałem z dwóch naraz stron: z tej, że posiadał
kompromitującą wobec wszelkiej, przeznaczonej do tropienia
rewolucyonistów i buntowników, żandarmeryi postawę, oraz z tej,
że mówiąc tak wyrazy cedził, iż słuchając go
słuchacz najcierpliwszy cierpliwość tracić musiał.
Co do postawy należał do porody ludzi
pokaźnych i akcentem powagi naznaczonych; jasny blondyn, słuszny, na
urząd zbudowany, miał na pogodnem obliczu odmalowany i z
błękitnych oczu bijący wyraz dobroci warunkowej - warunkowej
dlatego, że sfałdowanie czoła i zmarszczenie brwi wnet obliczu i
oczom nadawały wyraz groźny. Te wyrazu zmiany wynikały
szczególnie w razach wyczytania lub usłyszenia o lekceważeniu
obowiązków patryotycznych, o zaniedbywaniu się w służbie
Polsce. O! bo Polska była przedmiotem umiłowania jego fanatycznego -
"szowinizm" grał w każdem u niego włókienku nerwowem.
Co się zaś wymowy tyczy, wada cedzenia
wyrazów trapiła go w mówieniu potocznem - opuszczała, gdy
przemawiał publicznie. Guttrego, przemawiającego publicznie,
słyszeć mogłem po r. 1866, kiedym się z Belgradu
przeniósł do Brukseli. Gnttry, wskazany pomiędzy r. 1863 a 1872 na
emigracyę, przemieszkiwał w Liege, gdzie broni już nie
kupował i wysyłką jej się nie trudnił, ale czas
spędzał bardzo pożytecznie. Po upadku powstania styczniowego
zakłady naukowe, wyższe zwłaszcza, w Niemczech, Szwajcaryi,
Francyi, Belgii zapełniły się młodzieżą
polską - rozbitkami zapasów orężnych. W Belgii uniwersytety i
szkoły fachowe w Gendawie i Liege szczególnie do siebie
ciągnęły młodych Polaków, zaopatrując ich w
wiedzę i zapewniając im chleb. Śród młodzieży tej, nie
zsocyalizowanej, pomimo że na zachodzie przebywała i z socyalizmem
się bezpośrednio stykała (najście socyalizmu na
młodzież polską nastąpiło ze wschodu), zajmował
stanowisko patryarchy, wskazując jej zadanie nauki w Polsce,
utrzymując ją na drodze patryotycznej i w razie danym
pełniąc śród zwaśnionych funkcyę bądź
rozjemcy, bądź sędziego. W czasie tym zawiązała
się między nim a mną znajomość bliska, uwieńczona
przyjaźnią umocnioną kumostwem: z żoną moją
trzymał do chrztu pierworodną państwa Leonostwa
Syroczyńskich (p. L. S. obecnie profesor w politechnice lwowskiej).
Odwiedzał nas w Brukseli, my jego w Liege. Zjeżdżaliśmy
się na obchodach patryotycznych. Wzięliśmy razem udział w
owacyjnem, pod przewodnictwem zacnego Erazma Malinowskiego, Kornela Ujejskiego
przyjęciu. Raz ostatni na wystąpieniu publicznem zeszedłem
się z nim w Liege na bankiecie pożegnalnym, wyprawionym dla niego
przez młodzież, gdy upojony tryumfami we Francyi nowo upieczony
cesarz niemiecki wszystkim przestępcom politycznym amnestyi udzielił
i Guttry w rodzinne powrócić mógł progi.
W progach tych odwiedziłem go w Paryżu, w
powiecie wągrowieckiem, w gronie rodziny, w roli gospodarza wiejskiego.
Zabawiłem u niego dni kilka, które mi upłynęły miło i
korzystnie. Poznałem cokolwiek wiejskie w Wielkopolsce życie. P.
Aleksander obwoził mnie i oprowadzał po gospodarstwie swojem, które
się opłacało pomimo, że gospodarz z dochodów
część znaczną obracał na działalność polityczną
i na książki. Spostrzegłem to i, wobec cale poważnego tak
co do ilości, jako też co do jakości księgozbioru,
zainterpelowałem go o ten obok rentująeych się roli, bydła,
owiec, "kapitał martwy".
- Tak... - odpowiedział. Majątku to nie
powiększa; na politykę atoli i na piśmiennictwo polskie nie
wydaję więcej nad to, co inni łożą na marszałków
dworu, na kuchmistrzów, stangretów, na konie cugowe, kamerdynerów, lokajów,
bony cudzoziemskie, podróże i innych rzeczy wiele, bez których wygodnie
obchodzić się można...
W domu u niego panował dostatek; zbytków ani
śladu. We względzie tym pomiędzy nim a żoną jego,
noszącą łacińskie, Prudencya - po polsku
"mądrość" znaczące - imię,
zgodność panowała zupełna. W czasach nieobecności
mężowskiej pani Prudencya gospodarstwo prowadziła, dzienniki
prenumerowała, rachunki Żupańskiego regularnie płaciła,
na wychowanie dzieci łożyła, mężowi grosza
dosylała i na wszystko jej starczyło, ponieważ na żadne nie
pozwalała sobie zbytki.
Oh! te zbytki... Gdyby nie one, o ileż by lepiej
dziś i zawsze sprawa polska stała!...
Obwoził mnie Guttry po sąsiedztwie.
Byliśmy w dworach kilku i... w pałacach. Jeden z pałaców
posłużył mi za model do napisania powieści pod zmienionym
dlii cenzury warszawskiej tytułem: "Dyplomacya szlachecka. Jeden
zaś dworek nowy, świeżo pod laskiem brzozowym zbudowany, we
wspomnieniach swoich pozostaje jako przybytek, urokiem świętości
opromieniony. Mieszkał w nim Karol Libelt. Pobudował go sobie
na gruncie niedawno nabytym i miejscowości dał nazwę wsi Brdowo,
pod którą syn jego w powstaniu zginął. Libelta nie
zastaliśmy - doglądał jakiejś robocizny, czy zbioru za
laskiem. Poszliśmy ścieżką przez lasek i spotkaliśmy
się z nim na niej. Nie pokaźnej to był powierzchowności
mąż, ale krótkie z nim obcowanie nakazywało powierzchowności
jego w rachubę nie brać. Naturalny, swobodny, lekko humorem zaprawny
sposób odnoszenia się towarzyskiego przypominał mi Lelewela.
Spędziłem z nim godzin kilka na dwa razy rozłożonych: raz w
Brdowie i w dni parę później w Paryżu (nie francuskim n. b.). Do
Paryża zjechało się było sąsiedztwo z rewizytą, w
czasie której rozmowy się rozstrzelały. Przedmioty, których
dotykaliśmy w domku pod laskiem brzozowym, przy wieczerzy
złożonej z mleka kwaśnego i kartofli w mundurach, w pamięci
mi pozostały. Mówiliśmy o śladach mieszkań napalowych,
odkrytych na jeziorze Czaszewskiem; o nieudałym Piusa IX cudzie, czemu
dziwił się i nad czem ubolewał hr. Czarnecki; o kłopotach
gospodarskich; o uprawie tytoniu i fabrykacyi cygar; o Towarzystwie
Demokratycznem i Centralizacyi; wreszcie o rzeczy ważnej - o wychodztwie
ludu do Ameryki. Przytoczenie w materyi tej w r. 1871, opinii takiego jak
Libelt męża stanu i myślieiela, me będzie może w dobie
obecnej bez interesu.
Lat temu trzydzieści z góra opinia publiczna w
Polsce głośno, wyraźnie i stanowczo się przeciwko
wychodźtwu ludu oświadczyła. Opinię tę
podzielałem, będąc pewnym, że opozycyi nie wywołuje.
Zrazu przeto bez przekonania, w końcu przekonany wysłuchałem
zwięzłego wykładu, który się da jak następuje streścić.
Libelt wykład swój zaczął od prawa ludzi, pracujących dla
zabezpieczenia bytu sobie i rodzinie i wyprowadził stąd
obowiązek pracodawców zaspakajania tej głównej pracowników potrzeby.
Gdy pracodawcy obowiązkowi temu uczynić zadość nie
mogą, w razie takim nie mają prawa sprzeciwiać się
pracownikom w poszukiwaniu zarobków, potrzebom ich odpowiadających.
Regułę tę ogólną objaśnił przykładem dwóch
parobków, którzy od niego do Ameryki odeszli i po trzech latach powrócili,
przywożąc rodzinom jeden tysiąc paręset, drugi ośmset
kilkadziesiąt dolarów, przy pomocy których rodziny te z nędzy
się otrząsnęły.
- Nie to jednak tylko - ciągnął dalej -
wychodźtwu ludu naszego wagę nadaje. Polska, po utracie bytu
państwa swego, gdyby nie posiadała przedstawicielstwa zagranicą,
wydana by była na łaskę i niełaskę zaborców, którzy by
ją, naród żywy, członka rzeszy narodów w świecie
ucywilizowanym, uśmiercić usiłowali. Broni ją od tego
obecnie emigracya polityczna dawniejsza w r. 1831 i nowa z r. 1863 - jedna
wygasająca, druga wygasnąć mogąca, zanim ją ruch nowy
z kraju nie zasili. Jakby na zapobieżenie temu tworzyć się
poczyna emigracya...
- W Ameryce?! - podchwyciłem - zarobkowa?!...
- Ameryka - odrzekł, domyślając
się sensu zapytania mego zdziwieniem zaakcentowanego - Ameryka
północna z pod sztandaru gwiaździstego pali się do
interweniowania w sprawach europejskich, a odległość
pomiędzy nią a Europą coraz to się umniejsza; zarzut
zaś zarobkowości nie pozbawia wychodźtwa polskiego,
gromadzącego się za oceanem, charakteru narodowego, piastującego
w sobie zaczyn polityczny, któremu nic nie przeszkodzi rozwinąć
się i wybujać nawet. I to przeto przedstawicielstwo przydać
się Polsce może, bylebyśmy o niem pamiętali i do niego
czucie utrzymali...
Opinia ta dała mi do myślenia. Od czasu
usłyszenia jej z ust Libelta wychodźtwo nasze do Stanów Zjednoczonych
poczęło mię interesować, jako polityczny w odniesieniu do
Polski czynnik i zainteresowanie się to rosło - rosło, aż
spowodowało w trzydzieści lat później podróż moją,
która mnie w opinii o przydatności politycznej zainstalowania się
wychodźtwa polskiego pod sztandarem gwiaździstym utwierdziła.
Wdzięczen jestem Guttremu za zawiezienie mnie do Libelta.
Rozstając się z Guttrym, pewny byłem,
ze go już nic od roli nie oderwie. Zawiodłem się. W
sześć lat później przyjechał do mnie, do Genewy, gdziem
wówczas mieszkał - przyjechał w towarzystwie Johnstona, powiernika
lorda Beaconsfilda, w interesie wojny pomiędzy Moskwą a Turcyą.
Chodziło o nasz w wojnie tej udział. Anglia życzyła sobie
urządzić w Polsce dywersyę, inaczej: powstanie
wywołać. Na dywersyę taką nie zgodziliśmy się.
Guttry, po rozmówieniu się ze mną, pozostawiając Johnstona,
który jak się zdaje spodziewał się mnie przekonać,
odjechał, złożywszy raz jeszcze dowód gotowości
służenia sprawie polskiej.
Ze służby się nie wycofywał - z
tej służby codziennej, prawdziwej, obywatelskiej, polegającej na
wypromienianiu patryotyzmu ze siebie w słowie i w czynach.
Służbę tę pełnił do śmierci, która
nastąpiła pod koniec stycznia r. 1891.
|