|
Władysław
Plater.
Znanego szeroko życiorysu Władysława
hr. Platera zaledwie dotknę. W sylwecie,
poświęconej Krystynowi Ostrowskiemu, zaznaczyłem
podobieństwo pomiędzy dwoma tymi, zasługującymi na
wdzięczność spółrodaków, mężami; zaznaczyłem
oraz zachodzącą pomiędzy nimi różnicę.
Podobieństwo polegało na tem, że jak jeden tak drugi,
kochając Polskę gorąco a głęboko, zamierzyli
służyć jej saumptem własnym, bez pomocy niczyjej. Różniło
zaś ich to, że jeden był demokratą republikaninem, drugi
arystokratąmonarchistą. Plater wkrótce po r. 1831 przymknął
był do Hotelu Lambert i założył w duchu stronnictwa tego pismo,
"Dziennik Narodowy", którego redakuyę powierzył jednemu z
najzdolniejszych publicystów emigracyjnych, Feliksowi Wrotnowskiemu. Rychło atoli
spostrzegł się, że w stronnictwie tem podległym być
musi, usunął się więc i założył ognisko
odrębne, licząc na to, że się około niego stronnictwo
skupi, stronnictwo, którego on będzie duszą, rozporządzicielem,
drugim ks. Adamem Czartoryskim. Organ jego redagował Wrotnowski; on
zaś zawierał znajomości i zawiązywał stosunki w
sferach wysokich politycznych, dyplomatycznych i kościelnych we Francyi i
Anglii. W ciągu działalności tej, redaktor raz mu skrewił:
za przykładem Mickiewicza ugrzązł w towianizmie, oddając na
rzecz doktrynytej redagowany przez siebie organ. Zaszkodziło to mocno i
organowi i ogniskowym Platera widokom pomimo, że towianizm z dziennika
niezwłocznie usunął. W rozmowie ze mną, wspominając
raz o organie swoim, powiedział:
- O!... Wrotnowskiego
krótko w ręku trzymałem...
Nie zdało się
to na nic. Widoki na zajęcie stanowiska przewodniczącego nie
ziściły się. Pismo założone w r. 1840, trzymało
się do roku 1847, wydawca zaś onego, rychlej niż Ostrowski,
już bowiem r. 1844 zamieszkał w Szwajcaryi z żoną
Niemką, którą pojął nie zbyt poprawnie. W Szwajcaryi sprawy
polskiej z oka nie spuszczał, ale w tyczących się jej
zdarzeniach brał udział dorywczo, utrzymując jeno
ciągłość nieprzerwaną w korespondeneyi, prowadzonej z
mężami stanu i dziennikami, obsyłając memoryałami i
adresami gabinety, pisując od czasu do czasu do monarchów i monarchio, do
papieża i kardynałów, publikując broszury polityczne.
Działalność jego w kierunku tym nie ustawała.
Prowadził ją w porządku kancelarynym, formując archiwum,
złożone z listów wychodzących i wchodzących, z wycinków i
wypisów z gazet i przeglądów, z wszelakich w ręce mu wpadających
a o Polsce wzmiankujących druków. Ciekawem jest archiwum to. W niem
przyszły dziejów emigracyi polskiej autor nie jedną znajdzie
wskazówkę.
Pracował
człowiek, pracował usilnie i gorliwie... dla Polski; lecz z pracy tej
korzyść byłaby nie wielka, gdyby nie przyszła mu myśl
założenia muzeum polskiego w Rapperswylu.
Myśli tej nie waham
się nazwać prawie genialną - "prawie" dla tego tylko,
że powstała w głowie człowieka, nie zasługującego
na posądzanie go o genialność. W sferze arystokratycznej
posądzano go o co innego: o pewne niedobory umysłowe. W sferach tych
nie inaczej, jeno z przekąsem o nim mówiono - i z przekąsem się
o pomyśle jegow ustnej i pisemnej mowie odzywano.
"Władysław Plater?", "Muzeum?!". Ci, co go znali
bliżej i lepiej, nie przypuszczali, ażeby co z tego być
mogło. P. Estreicher Karol zaszczycił mnie paru listami, w których
przedsiębiorstwu temu, ledwie, że nie występnemu zdaniem jego,
wróżył dla tego, że pod kierownictwem Władysława
Platera pozostawało, koniec smutny. W liście ostatnim, pisanym na
rok, jeżeli nie mniej, przed śmiercią Platera, czynił
emigracyę odpowiedzialną za wstyd i liańbę, jaka na Polaków
spadnie, gdy po śmierci Platera Szwajcarowie z publicznego targu za
długi sprzedadzą muzeum, noszące nazwę
"polskiego" i "narodowego". O długach na muzeum
ciążących, nic na pewne wiedzieć nie mogłem.
Przypuszczałem, że są; nie przypuszczałem jednak,
ażeby być miały wielkie, sądząc po tem, co się w
zamku, w salach muzealnych znajdowało. Czynsz za zamek tak jest niskim,
że nie mógł wzbudzać obawy; na zbiorach zaś pierwotnych,
wyglądających bardzo skromnie, a składających się w
części znacznej z rzeczy pamiątkowych, z przedmiotów takich, jak
np. szerśó z konia Kościuszki, kora z dęba, pod którym spał
Leszek Czarny przed bitwą z Jadźwingami, i miał sen
rokujący mu zwycięstwo, pod warunkiem, ażeby na miejscu tem
kościół pobudował i t.p., długi żadne
ciążyć chyba nie mogły. Nie zatrważały mnie
przeto obawy Sz. Estreichera. Odpisałem na nie, że zapobieżenia
przewidywanej przezeń hańbie wymagać należy nie od niezu
opatrzone j w monetę emigracyi, ale od zamożnej arystokracyi, w
szeregach, której rodzina Platerów poczestne zajmuje stanowisko.
Sanie muzeum, jako takie,
nie zachwycało mnie nadmiernie. Zachwycała mnie myśl, idea -
idea, która się w głowie Platera wylęgła.
Czemu idea ta, wysoko
przezemnie ceniona, wylęgnąć się mogła w głowie,
bardzo nie wysoko cenionej w tej sferze społecznej, do której
właściciel jej należał?Przedstawia się tu do
rozwiązania zadanie psychologiczne. Rozwiąże się ono z
łatwością za pomocą zapytania następującego:
"Czyby Platerowi
idea podobna do głowy zawitała, gdyby ona, do spółki z sercem,
nie była Polską zapełniona ?...".
Polska mu serce i głowę
zapełniała. Kochał ją i myślał o niej,
pragnąc jej służyć jaknajskuteczniej. I
służył - służył jak mógł i umiał: w
interesach jej do Francyi, Anglii, Niemczech (Frankfurt r. 1848)
jeździł, chodził, pisał, przemawiał,
nawiązywał stosunki, zakładał biura, organizował
agencye, dreptał, zabiegał. Świadectwami na piśmie
deptań tych i zabiegów w Brolbergu (nazwa domu jego, w którym nad jeziorem
zurichskiem zamieszkał) się otoczył i, na świadectwa te
patrząc, nieraz siebie zapytywać musiał:
"Na co
się to wszystko zdało ?... Czy jest wtem materyał dla mnie na
monumentum aere perenius?... Czy w materyale tym znajdzie się dla
ukochania mego Ojczyzny, jakie pocieszenie, jaka rada, jaka wskazówka?
Wątpliwości
podobne obsiadać musiały zmysł tego pana wielkiego,
możnowładcy polskiego w stylu możnowładeów, przez
Szajnochę nazwą "królewiąt" napiętnowanych,
któremu Moskale dobra w kraju skonfiskowali i który, wyekspensowawszy się
na działalność na rękę własną, gonił
resztkami uratowanych sztucznie zasobów majątkowych. Resztki te
nadszarpało mu mocno powstanie styczniowe tak w ciągu
półtorarocznego trwania, jak po upadku, gdy Szwajcaryę napełnili
rozbitki, których potrzeba było karmić, odziać, po mieszkaniach
umieszczać i w sposoby do życia na przyszłość
zaopatrywać. Pozawiązywane po stolicach kantonalnych i po miastach znaczniejszych
komitety czyniły we względzie tym dużo. Wymagało to jednak
czuwania. W Szwajearyi francuskiej czuwał Stryjeński, w niemieckiej
Plater. Plater czuwał, wzorując się na hetmanów, na
posłówdawnych, którzy w naałych potrzebach z własnej
łożyli szkatuły, l on w potrzebie jak tamci z własnej
łożył kieszeni. Tamtym Rzeczpospolita zwracała. Jemu
zwrócić nie było komu; za to było komu szkalować go,
oskarżać, wierszem i prozą ośmieszać z racyi
mniemanych nadużyć i rzeczywistych tonów pańskich. Nie zrażał
się tem, widząc ochoczość, z jaką spółziomkowie
Wilhelmów Tellów i Winkelridów nieśli pomoc bojownikom za
wolność, wyrzuconym z ziemi ojczystej. Ochoczość ta
poznać mu dała źródło, z którego wypływała:
był niem wiekami pielęgnowany patryotyzm narodowy, uwidoczniony
wszędzie, gdzie to się zrobić dawało, wspaniałym lub
skromnym pomnikiem, pouczającym naród o jego względem ojczyzny
obowiązkach. Czy by się nie przydało coś podobnego
Polakom?... - coś, co by i do nich, i do narodów obcych przemawiało?
Na zapytanie to
odpowiedziała kolumna spiżowa, postawiona kosztem Platera w
miesiącu sierpniu roku 1868, przy końcn alei ciągnącej
się od bramy zamkowej w miasteczku Rapperswil grzbietem wzgórza i
wrzynającej się cyplem w jezioro Zurichskie. Kolumna stoi na
piedestału kamiennym, głoszącym w czterech językach
(łacińskim, niemieckim, francuskim, polskim) światu, że
"Niespożyty duch polski, stuletnią krwawą walką
protestujący przeciw ciemiężącej go przemocy, z wolnej
ziemi Helwetów przemawia do sprawiedliwości Boga i świata".
Pytanie: czemu w
Rapperswylu, nie gdzieindziej - nie w Solurze np., gdzie umarł
Kościuszko, nie w Lozannie, w której akademii wykładał
Mickiewicz - miejsce na pomnik wybrał? Rapperswyl leży w kantonie St.
Gallen, kanton zaś St. galeński goręcej niż inne kantony z
rozbitkami z powstania styczniowego sympatyzował. Na żaden jednak
żalić się nie można. Zurich młodzieży polskiej
otworzył ułatwiony do szkól swoich wstęp, urządził dla
niej specyalne a bezpłatne kursa przygotowujące do uniwersytetu i
politechniki. St. Gallen sympatyą swojązamanifestował cieplej,
serdeczniej, czem względy Płatem pozyskał i wybranie Raperswylu
ua pomnik spowodował.
Możeby
fundaeya jego na pomniku poprzestała była, gdyby kolumna
zakończona u góry kulą ziemską, z której się do lotu
orzeł polski zrywa, posiadała warunki opierania się wiatrom,
ześrodkowującym się niekiedy w podłużnej dolinie
jeziora i uderzającym potęgą wielką na cypel zanikowy.
Wiatry uniemożliwiły trzymanie się na cyplu kolumny.
Pokazała się potrzeba przeniesienia jej na miejsce ubezpieczone a
odpowiednie.
Wyszukanie miejsca
takiego łatwem nie było. Nasuwał się niejako podwórzec
zamkowy. Pozostawienie zamku atoli w stanie, w jakim się w r. 18689
znajdował - w stanie rudery - i ulokowanie na podwórzu kolumny byłoby
dołączeniem jej do służących do zamiatania ulicy i
naprawiania bruków narzędzi i gratów rozmaitych, którym za skład
służył, i - zaprzepaszczeniem jej. Ażeby znaczenie jej
zachować, potrzeba było zamku przeznaczenie zmienić, czyli: do
kolumny go przystosować. Na drodze tej sam przez się wykiełkowal
pomysł założenia Muzeum.
Że jest to
pomysł znakomity, temu przeczyć mogą ci jeno desperaci, co nie
widzą już dla Polski miejsca w Europie i pragną, dla
nierozbudzania apetytów faktycznych, ogołocić ją ze wszystkich
posterunków polskich, oddając Polaków na łaskę i
niełaskę mocarstw, co ojczyznę ich pomiędzy siebie
rozebrały. Plater potrzebę posterunku, świadczącego o
kulturalnem Polski, śród narodów znaczeniu, o jej przydatności
cywilizacyjnej, czuł i rozumiał - raczej zrozumiał.
Zrozumiał z łatwością dla tego, że czutkochał.
Kochając, nie koniecznie być orłem potrzeba, ażeby
odgadnąć, co ukochanej istocie korzyść istotną
przynieść może.
Ze szczytu kolumny, od
orła, wpłynęła mu do głowy idea muzealna i...w r.
1870, w kantonie St.Gallen, w miasteczku Rapperswyl, w zamku o murach grubych,
zbudowanym, jak kroniki głoszą, r. 1098 na to, ażeby zrazu
baronom Rappom, następnie grafom Habsburgom, służył ku
mieszkaniu, obronie i rozweseleniu, stanęło Muzeum narodowe polskie.
Umowa o dzierżawę dokonała się z łatwością.
Rudera zamkowa, bluszczem zewnątrz obrośnięta, o połamanych
drzwiach i powytłukanych oknach, służyła za mieszkanie
puszczykom i nietoperzom, za schronisko dla wróbli, które w posiadanie
zabrały bluszcze i zapełniły je tysiącami gniazd.
Użytek, jaki z niej gmina ciągnęła, polegał na dwóch
wieżach, wznoszących się ze strony miasta. W jednej z nich
mieszkał strażnik, obowiązany ostrzegać o pożarach; do
drugiej przywiązanym jest przywilej stary nakręcania zegara, nadany
jednej z rodzin mieszczańskich, otrzymującej za czynność
tę wynagrodzenie. Zresztą znaczenie zamku, obok cmętarza i
kościoła, obok alei spacerowej, było czysto dekoracyjne.
Znaczeniu temu muzeum nie zagrażało ani usunięciem, ani
obniżeniem - przeciwnie: gmina przeto rapperswylska zyskiwała na
urzeczywistnieniu idei, którą kolumna zrodziła.
Piszę o tych
szczegółach wedle wspomnień długich rozmów, jakie z Platerem w
materyi muzeum toczyłem i korespondencyj, jakie z nim zamieniłem. W
pozostałych po nim papierach listów moich dziesiątków dziesiątki
znajdować się muszą. W nich, o ile przypominam sobie, o czem
innem mowy nie było, tylko, jeżeli nie wyłącznie, to
głównie, o dwóch sprawach: muzealnej i stypendyalnej.
Muzeum nieboszczyk na
szeroką zakroił był skalę. Miało ono nie tylko
być wszeehstronnem wobec świata ucywilizowanego przedstawicielem
Polski, ale oraz i jej sprawami, pod naczelnym Władysława Platera
dowództwem, kierować. W celu tym zamierzoną była kreacya
wydziałów ministeryalnych: spraw zewnętrznych i wewnętrznych,
finansów, wojny, oświaty, kultu i t.d. Miało się to
urządzać i różwijaó stosownie do napływu środków, na
co założy. ciel instytucyi tej na pewne liczył ze względu
na jej pożyteczność, oraz na to, że w muzeum w Rapperswylu
stanie Rząd narodowy jawny i uzyska taki posłuch, jaki naród w czasie
powstania dawał Bządowi narodowemu bezimiennemu. Rządowi, na
którego by czele stanął Władysław hr. Plater - czyżby
naród posłuchu i płacenia podatków odmówić miał?... W
zakroju tym, nie ogłoszonym ale zamierzonym - białemi niciami szytym,
naiwności było dużo; nie mniej jednak było dużo dobrej
wiary i chęci najlepszych.
Zamiar zaznaczał
się w ustanowieniu Rady muzealnej, oraz w gromadzeniu pod firmą
Muzeum funduszów na cele pozamuzealne, np. na zapomogi dla skazywanych na
Syberyę przez rząd rosyjski księży katolickich i inne.
Skład Rady
przedstawiony do uznania zarządowi kantonalnemu i uznany przezeń,
liczył członków pięciu, a mianowicie: Władysław hr.
Plater, Stefan Buszczyński, Henryk Bukowski, Agaton Giller i Józef Ignacy
Kraszewski. Z tych pięciu sam tylko Plater był czynnym; dwaj Bukowski
i Kraszewski, czynnymi być próbowali, lecz z Platerem do porozumienia
dojść nie mogli i faktycznie się usunęli; dwaj ostatni w
Radzie figurowali, ale udziału w niej nie brali. Plater rządził
i zawiadował wszystkiem sam, przy pomocy zamianowanego przezeń
kustosza, którym był Radomiński, nie speeya lista muzealny, ale
człowiek światły i rozgarnięty. Radomiński by sobie
radę dawał, gdyby miał był swobody trochę. Zauważyłem,
że na Platera wpływ niejaki wywierał Giller jeden, zresztą
nikt. Chciał być panem samowładnym i był nim w tem
przekonaniu, że się na wszystkiem zna i wszystko zarządzić
potrafi. Należał do rodzaju tych naszych wielkich panów, co się
mieli za równie uzdolnionych do wszystkiego na stanowisku nieinaczej, tylko
przewodniem, dla których wszystko było jedno: fach prawniczy, sztuka
budownicza, zajęcie finansowe, cele edukacyjne, buława
hetmańska, pastorał arcypasterski, czy co innego. W charakterze tym,
w okazałości całej, występował raz do roku, w dniu 29
listopada, obchodzonym w Rapperswylu z możliwie jaknajwiększą
okazałością.
W dniu tym odbywał
się zjazd. Specyalnie na cel ten wynajęty parowiec przywozi z Zurychu
młodzież polską uniwersytecką, emigracyę dawniej tam
osiadłą, delegacye słuchaczy węgierskich, włoskich,
słowiańskich (nie Moskali jednak), oraz parę osobistości z
grona profesorskiego lub urzędowego. Goście przybywali około 10
rano, udawali się niezwłocznie na zamek, gdzie dla nich w
głównej na pierwszem piętrze sali przygotowane były stołki,
otaczające w półkole ustawiony w głębi na podniesieniu
fotel, oskrzydlony ze strony jednej i drugiej krzesłami dla dygnitarzy
miejscowych i przybyszów dystyngowanych. Gdy goście pozajmowali
stołki i krzesła, Plater wstępował na podniesienie,
witał obecnych, zasiadał na fotelu i odczytywał mowę w
dwóch językach, w polskim i francuskim. Następnie udzielał
głosu mówcom z góry zamówionym, do których należałem ile razy
mię zapraszał, a zapraszał na obchód każdy. Delegaci
przemawiali w językach narodów, których członkami byli, a więc
po węgiersku, po włosku, po czesku lub serbsku. Po niemiecku odzywali
się dygnitarze szwajcarscy. Raz słyszeć się dały
akcenty mowy angielskiej. Stało się to na obchodzie setnej rocznicy
niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki północnej, w którym
udział wziął delegat ambasady amerykańskiej z Berna.
Był to obchód wyjątkowo uroczysty. Gdyśmy wieczorem po bankiecie
- obchody wszystkie bankietami się kończyły - do Zurichu
wracali, przyświecała nam iluminacya obydwóch brzegów jeziora.
Świadczy to, że - mimo, iż za orła w sferze swojej nie
uchodził - rozumiał znaczenie Stanów Zjednoczonych w polityce
wszechświatowej, żywo i mocno wybitniejszych zaborców Polski
interesującej. Na uczczenie Ameryki wysadził się. Na podwójnej
trzydziestokilkn kilometrowej długości brzegów jeziora,
iluminacyę sam zarządził i opłacił. W ogóle wszystkie
w Rapperswyln na obchody wydatki (parowiec, bankiet, dekoracye etc.) z
własnej opędzał kieszeni. Płacili sami za siebie ci tylko,
co z dalszych przybywali stron.
Na obchodach Plater w
całym występował majestacie, który w porównaniu z
występowaniem monarchów, a nawet i podrzędniejszych figur
urzędowych, skromniutkim był - raził jednak. Raził tem,
że w niepokaźnej postawie amfitrjona, w pospolitej jego fizyognomii,
w ruchach, w wymowie nic się nie przebijało majestatycznego. We
wszystkiem w oczy się rzucało przybranie. Miny przybierał -
dynastę udawał, przemawiając, czy to z wysokości fotelu w
sali muzealnej, czy też z krzesła prezydyalnego na bankietach, przy
których do spełniania toastów na cześć Polsfci i na
cześć hrabiego, służył piihar specyatny, mogący
mieścić w sobie wina litrów parę. Używał się on
dla formy tylko.
Formalizm, przez Platera
przestrzegany, zrażał do niego emigracyę demokratyczną
zwłaszcza, zrażało ją zaś bardziej jeszcze usuwanie
jej od spraw muzealnych - do wglądania w które rościła ona sobie
prawo ze względu na zwracanie się hrabiego do ofiarności
publiczne. Ze strony emigracyi dużo było racyi. Domagała
się ona sprawozdań, mianowicie zaś rachunków, które, ukazawszy
się razy kilka na początku, zaprzestuły nagle zawiadamiać
publiczność ze szczegółami dochodów i rozchodów. Milczenie w tym
względzie wywołało wieści o
niewłaściwościach w zarządzaniu muzeum, w przebudowywaniu
zamku, w obchodzeniu się z robotnikami, w obdłużaniu instytucyi.
Wieści podobne krążyły, jątrzyły opinię i
oburzały osobistości, bliżej się temi sprawami
interesujące. Wyrazem oburzenia stała się broszura wydana przez
Ludwika Michalskiego, ówczesnego prezesa Zjednoczenia towarzystw polskich w
Szwajcaryi, przez niego i przez kilku innych podpisana. Podpisu mego na niej
niema: odmówiłem, podejrzewając w niej przesadę i nie mając
pewności, ażeby się ona do poprawienia stosunków przyczynić
mogła. Plater się mi na Michalskiego ustnie i pisemnie
żalił. Perswadowałem mu, że jedynym i najpewniejszym na
uspojenie opinii sposobem są rachunki. "Niech hrabia Michalskiemu
zrobienie rachunków powierzy..." - słowa te znajdą się w
jednym z moich do niego listów, jeżeli się listy moje uchowały.
Na rachunki nalegałem w tem przeświadczeniu, że jeżeli
są jakie długi, to nie na Muzeum chyba, ale na prywatnym Platera
majątku, i nie muszą być wielkie, miarkując wedle tego,
że stypendya młodzieży dawał - stypendya z jakiegoś,
(póki, po śmierci Ostrowskiego, zapis jego nie stworzył stałej i
jawnej kasy stypendyjnej) funduszu zagadkowego,
Stypendya były
jednym z powodów, dla którego odmówiłem podpisania się na broszurze
Michalskiego, wykierowałem się bowiem mimochcąc na
pośrednika pomiędzy Platerem a uczącą się
młodzieżą. Pośrednictwa mego specyalność
stanowiło wyrabianie stypendyów dla socyalistów i kobiet, nie
posiadających jego względów. Stąd mnie o socyalizm
posądzał mimo, iż perswazyą moją,
przedstawiającą naukę jako nieochybny do zwalczania socyalizmu
środek, z uznaniem przyjmował. Ale
się posądzenia uie pozbywał i rachunków nie robił.
Posądzenia się nie pozbywał,
będąc jednym z tych myślicieli, którym, gdy co do mózgu się
wsunie, to już w nim twardo siedzi. Po śmierci Kraszewskiego i
Gillera, oglądał się za zastępcami ich w Radzie muzealnej.
Zwrócił był i na moją osobę uwagę, proponując mi
nie wprost lecz za pośrednictwem p. Malwiny Ogonowskiej, tej, co
języku polskiego Włochów nauczała i literaturę polską
w uniwersytecie bolońskiin wykładała, którą w celu tym do
mnie do Genewy przysłał. Propozycyę przyjrnowałem pod
warunkiem rachunków. Warunek ten, łącznie z posądzeniem o
socyalizm, odwrócił uwagę Platera od osoby mojej, zwracając
ją na osobę księdza Krechowieckiego, którym się zrazu
zachwycał, zwał go złotoustym, z którym się atoli nie wiem
o co poróżnił.
Rachunków nie robił nie przez upór, ani z
żadnego uwłaczającego mu powodu, ale dla tego poprostu, że
to nie jego była rzecz. Zaplątał się śród kas i
funduszów, które pozakładał i wybrnąć z odmętu nie
umiał. Aż natrafił na Gałęzowskiego Józefa
(pułkownika), uznającego doniosłość patryotyczną
idei muzealnej i biegłego w rachunkowości. Gałęzowski go z
kłopotów rachunkowych wyprowadził, ale po jego dopiero śmierci.
A kłopoty nawaliły się na niego
ogromne. Dojeżdżały go, z jednej strony emigracya, z drugiej
stańczykierya. Ta ostatnia wybaczyć mu nie mogła
zapobieżenia, przez założenie Muzeum, upadkowi politycznego
emigracyi polskiej znaczenia. Zmuszało go to do toczenia walki na dwa
fronty. Toczył ją - okuniem, hardo stawiał się na lewo i na
prawo. Walka ta jednak zmagała go, irytowała i kto wie, czy mu zgonu
nie przyspieszyła.
Ze mną stosunki do końca zachowywał
dobre. Na obchody do Rapperswylu przyjeżdżałem w przededniu,
zajmowałem numer w hotelu, w którym i on stawał i, wieczorem
zaproszony przezeń do jego numeru, spędzałem z nim całe na
rozmowie noce. Rozmowy te snuły się zawsze około spraw
publicznych.
Nie był to - powtarzam - orzeł. Punkt
wychodni poglądów i działalności jego mieścił się
nie w głowie, ale w sercu i ułatwił mu przez to powzięcie
myśli pożytecznej. Do myśli tej - do tej idei
przywiązał się, ale ponieważ komplikowały ją
warunki naukowe, artystyczne, polityczne, oraz administracyjne znane mu z
wysokości zajmowanegoprzezeń społecznego i towarzyskiego
stanowiska, urzeczywistnić jej należycie nie umiał.
Urzeczywistnienie warunkom tym odpowiadające, spada na tych, co rozwój w
ciągu dalszym zapoczątkowanego przez niego, pożytecznego i
potrzebnego dzielą wzięli na siebie. Zasługa wcielenia idei do
niego wyłącznie należy.
|